Krwawy teatr

Theatre of Blood (1973 / 104 minuty)
reżyseria: Douglas Hickox
scenariusz: Anthony Greville-Bell na podst. pomysłu Stanleya Manna i Johna Kohna

Literatura Williama Szekspira to niewyczerpane źródło pomysłów. Od kiedy Laurence Olivier zekranizował Henryka V w 1944 światową kinematografię zalała powódź szekspirowskich filmów, która uspokoiła się dopiero w latach 70. po klęsce finansowej Tragedii Makbeta (1971) Romana Polańskiego. Szekspir pozostawał jednak wciąż żywy i co jakiś czas powracał w różnych trawestacjach i przeróbkach. Dość nietypowo elżbietańskie teksty wykorzystali brytyjscy scenarzyści i producenci John Kohn i Stanley Mann. Z twórczości Wielkiego Barda wybrali motyw przemocy zwracając uwagę jak bardzo brutalne są dzieła Szekspira. Film Krwawy teatr wykorzystuje modę na kino gore, jaka zapanowała w latach 70. Twórcy sugerują, że źródeł tego podgatunku horroru należy szukać w czasach elżbietańskich, a także w epoce starożytnej, która Szekspira inspirowała.

Historia teatru jest długa, a tworzenie scenicznych przedstawień to praca mozolna, wymagająca cierpliwości, inwencji, a także odporności na krytykę. Sztuki teatralne i filmy powstają z myślą o widzach, wśród których są też krytycy myślący nad tym do czego by się przyczepić, jak dogryźć twórcom, wbić im szpilę tak by mocno zabolało. Większość krytyków to prześmiewcy cechujący się ostrym piórem i ciętym językiem, ale nie można ich lekceważyć, bo za pomocą elokwentnych tekstów potrafią zgromadzić przed kinem lub teatrem tłumy widzów albo wręcz przeciwnie. Chwalą nowatorskie pomysły i realizm, potępiają kicz i brak oryginalności. Dzięki profesjonalnym krytykom piszącym dla specjalistycznych magazynów wiadomo co jest wartościowe i wybitne, a co jest tylko rozrywką dla mas. W dobie internetu magazyny filmowe stopniowo znikają, a zawód krytyka traci dawną pozycję. Teraz każdy kto potrafi składać słowa w zdania może być krytykiem, czego dowodem jest ten jak i inne blogi filmowe, kulturalne, książkowe.

Film Douglasa Hickoxa, mimo makabrycznej treści, jest totalną zgrywą z odwiecznej walki między aktorem a krytykiem. Edward Lionheart jest aktorem występującym wyłącznie w repertuarze szekspirowskim. Uważa się za prawdziwego mistrza sztuki aktorskiej, ale recenzenci nie zostawiają na nim suchej nitki. Uznany za zmarłego Lionheart (Lwie serce) powraca z koncepcją na nową sztukę inspirowaną dramatami Szekspira. Sam tę sztukę wyreżyseruje, a w rolach ofiar obsadzi recenzentów, którzy nie docenili jego talentu i poświęcenia jakie wkładał w każdą odgrywaną postać. Ci krytykanci, którzy najbardziej przyczynili się do jego porażki i rozpaczy, pożałują słów które niegdyś napisali na jego temat. Każdy z pewnością potrafi sobie wyobrazić taką sytuację: wykonujemy pracę, dzięki której spełniamy swoje marzenia, bo praca przynosi nam nie tylko korzyści materialne ale też radość i satysfakcję ... i nagle słyszymy, że zupełnie nie nadajemy się do tej roboty. Czar pryska i człowiek czuje się wtedy jakby zasztyletowano go podstępnie niczym Juliusza Cezara w Idy marcowe.


Dlatego bohater grany przez Vincenta Price'a jest nam bliski, rozumiemy go doskonale, ale mimo to nie możemy mu przyklaskiwać w tym co robi. Bo zabijanie krytyków nie rozwiąże problemu (o ile istnienie krytyków można nazwać problemem), zawsze znajdzie się ktoś kto będzie narzekał. Nie należy tej historii brać na poważnie. To groteska podlana czarnym humorem, makabrą i szekspirowskimi tekstami. Z twórczością Wielkiego Barda zmierzył się Vincent Price, który swoje kwestie wypowiada aksamitnym i złowieszczo brzmiącym głosem. Sprawia wrażenie jakby parodiował manierę aktorów szekspirowskich, a także swoją własną używaną najczęściej w filmach grozy, w jakich występował od 20 lat (od Gabinetu figur woskowych z 1953). Price był nie tylko specjalistą od ról szaleńców, ale miał również do siebie dystans. Niestraszne były dla niego godziny spędzone w charakteryzatorni ani role w tanich horrorach, które mogły go narazić na śmieszność.

Prolog i czołówka wraz z romantyczno-nostalgicznym tematem Michaela J. Lewisa wchłaniają bez reszty miłośników starych i stylowych filmów pełnych subtelnych aluzji do klasyki. Początek jest jednak zwodniczy, bo film zamiast budowania nastroju w stylu klasycznych filmów grozy nacechowany jest wisielczym humorem i krwawymi scenami. W obsadzie wielu jest znanych brytyjskich aktorów, którzy swoją obecnością podwyższają rangę tej niepoważnej produkcji. Nie jest to film doskonały, bywa momentami przesadzony i absurdalny lub po prostu głupi. Masakruje jednak odbiorcę genialną w swej prostocie fabułą oraz licznym wcieleniom Vincenta Price'a, odgrywającego postacie szekspirowskie. Krwawy teatr to film od początku do końca przesiąknięty twórczością słynnego brytyjskiego dramaturga, a brutalność i śmierć które tu dominują to część rzeczywistego świata jaką można odnaleźć zarówno w starej literaturze jak i współczesnym kinie. Od starożytnych Id marcowych po kino gore przemoc towarzyszyła ludziom, będąc elementem tragedii i rozrywką dla spragnionej wrażeń publiczności.

Tak więc uważajcie na to, kogo krytykujecie, bo konsekwencje mogą być fatalne ;)

4 komentarze:

  1. Jako groteska i czarna komedia wypada znakomicie, jako horror gorzej, bo brakuje napięcia między kolejnymi scenami wymyślnych zbrodni. Trochę jak w teatrze - akt zbrodni, nudnawa przerwa, kolejny akt. Sam pomysł na połączenie sztuki wysokiej z popularną bardzo dobry. A przebieranki Wicka absolutny top. Najlepszy w roli fryzjera z afro. Największe rozczarowanie to jednak Diana Rigg, pamiętam, że w "Rewolwerze i meloniku" wyglądała bardzo fajnie, a tu jak, nie przymierzając, zwiędła sałata.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zaprzeczam, faktycznie w paru momentach brakuje napięcia, ale ja nie oglądałem go całkiem na trzeźwo, więc ogólnie bardzo mi się podobał ;)
    Dianę Rigg również najmilej wspominam z serialu "Rewolwer i melonik", a w filmach kinowych mi się zwykle nie podoba (np. uważam, że jest najmniej atrakcyjną partnerką Bonda).
    Reszta obsady super, wielu tu brytyjskich aktorów, których bardzo cenię, swoimi występami potrafią ubarwić widowisko, choć rzadko występują na pierwszym planie: Harry Andrews, Michael Hordern, Robert Morley, Ian Hendry, a także Jack Hawkins, który z powodu raka gardła musiał być zdubbingowany (głos pod niego podłożył Charles Gray, czyli jeden z odtwórców Blofelda).

    OdpowiedzUsuń
  3. Gray to Hawkinsowi przez ileś tam lat głos podkładał. W "When Eight Bells Toll" też tak było.

    Szekspir Szekspirem, ale ci krytycy nie dość, że giną przy inscenizacjach sztuk, to każdy uosabia jeden z siedmiu grzechów głównych. Podobne treści religijne były w "The Abominable Dr. Phibes", gdzie Wicuś też zabijał, tyle że lekarzy pozorując jedną z plag egipskich.

    OdpowiedzUsuń
  4. "Dr Phibes" - do nadrobienia.
    Zauważyłem że w obsadzie "Theatre of Blood" jest jeszcze Dennis Price, wcześniej nie znałem tego aktora, mimo znajomego nazwiska nie jest on spokrewniony z Vince'em.
    Zarówno Dennis Price jak i Jack Hawkins zmarli w 1973, więc rola w filmie Hickoxa była jedną z ich ostatnich.
    Nie patrzyłem na ten film pod kątem treści religijnych, ale niektóre z siedmiu grzechów były bardzo widoczne.

    OdpowiedzUsuń