Pages

Na początku było Słowo... Filmowe propozycje na święta

Zbliża się najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie (Niedziela Wielkanocna), więc postanowiłem przynajmniej jeden wpis poświęcić filmom o tematyce klerykalnej. Takie filmy najczęściej wywołują dyskusje, w których spierają się dwa przeciwstawne obozy. Jedni wierzą, że Bóg istnieje i Biblia powstała pod natchnieniem Ducha Świętego, inni kwestionują taką możliwość, bardziej przychylając się ku teorii ewolucji Darwina. Trudno jest uwierzyć w to, czego nie można zobaczyć, a kto nie doświadczył nigdy prawdziwego cudu z pewnością będzie miał wątpliwości co do istnienia Boga, duchów i innych sił nadprzyrodzonych - nawet jeśli wychował się w katolickiej rodzinie. Nie będę jednak wnikał głębiej w rozważania na tematy religijne. Przedstawię tylko swoje filmowe propozycje - idealne do oglądania w święta chrześcijańskie. Święta są krótkie i moje zestawienie zawiera tylko cztery pozycje.

Pieśń o Bernadetcie
The Song of Bernadette (1943 / 156 minut)
reżyseria: Henry King 
scenariusz: George Seaton na podst. powieści Franza Werfla


„Dla tych, którzy wierzą w Boga nie potrzebne są żadne wyjaśnienia. Dla tych, co nie wierzą żadne wyjaśnienia nie są możliwe”. Myślę jednak, że ten film ma w sobie coś, co nawet ateiści będą w stanie docenić. Bo reżyser dość wiernie opowiada historię, która zdarzyła się naprawdę. Często uderza w sentymentalne nuty, ale one nie osłabiają realizmu, lecz powodują autentyczne wzruszenie. W 1933 roku papież Pius XI kanonizował Bernadettę Soubirous, a 10 lat później Henry King postanowił opowiedzieć o jej niezwykłym życiu. Akcja opowieści rozpoczyna się w 1858 roku, w małej, nędznej wiosce Lourdes na południu Francji. Największym problemem władz jest doprowadzenie do wybudowania linii kolejowej, która bardzo ułatwiłaby życie mieszkańców. Ale za sprawą 14-letniej Bernadetty pojawia się inny problem...

Chorowita córka zubożałego młynarza doświadcza wizji i powoduje tym spore zamieszanie. Władze lokalne, państwowe i kościelne zastanawiają się, czy jest sprytną oszustką i manipulantką pragnącą zwrócić na siebie uwagę, osobą obłąkaną wymagającą pomocy specjalisty czy może faktycznie jest wybranką, przez którą przemawia Bóg lub Matka Boska. W tym filmie nie ma złych ludzi, którzy działaliby wbrew zdrowemu rozsądkowi. Rozumiemy tych, którzy nie potrafią lub nie chcą uwierzyć w to czego nie widzą. Ale rozumiemy także Bernadettę, bo gdy wpatrujemy się w jej rozpromienioną twarz wierzymy, że ona naprawdę zobaczyła coś niezwykłego. Duża w tym zasługa początkującej i naturalnej w wyrażaniu emocji Jennifer Jones. Aktorka wzbudziła autentyczny podziw i zdobyła Oscara, pokonując m.in. Ingrid Bergman.

Henry King majstrował przy wielu gatunkach filmowych (nakręcił m.in. biograficzny western Jesse James i efektowną przygodówkę Czarny łabędź). Biografia Bernadetty Soubirous należy do jego najwybitniejszych osiągnięć. To bardzo rzetelna hollywoodzka robota - fantastyczny monochromatyzm, garść wzruszeń, psychologiczna głębia, zagadkowość (dopiero pod koniec wyjaśnia się, jakie cechy świadczą dobitnie o wyjątkowości tej niedouczonej dziewczyny). 24-letnia Jennifer Jones w tym filmie to nie kobieta, lecz zjawisko - bije od niej blask bardziej olśniewający niż u największych gwiazd tamtej epoki. Ale nie można zapominać, że reszta aktorów w tej produkcji również pokazuje swój kunszt - w obsadzie mamy przecież Vincenta Price'a, Lee J. Cobba i Charlesa Bickforda. Archaiczne kino, ale nakręcone z pasją i artyzmem.

Franciszek, kuglarz boży
Francesco, Giullare di Dio (1950 / 85 minut)
reżyseria: Roberto Rossellini 
scenariusz: Roberto Rossellini, Federico Fellini, ojc. Félix Morlión, ojc. Antonio Lisandrini na podst. książki I Fioretti di San Francesco


Ze względu na osobę Roberta Rosselliniego film bywa zaliczany do grupy dzieł neorealistycznych. Spora ilość humoru wprowadza jednak trochę wątpliwości co do takiej klasyfikacji. To filmowa groteska pokazująca losy św. Franciszka w sposób alegoryczny, przeszarżowany, wzruszająco zabawny. Celem twórców było stworzenie mocnego kontrastu między franciszkanami a resztą społeczeństwa. Dzięki tym dysproporcjom czyny żyjących w ubóstwie księży wydają się niezwykłe, a nawet nonsensowne. Film jest adaptacją zbioru opowiadań Kwiatki św. Franciszka, pochodzącego prawdopodobnie z XIII wieku. Wystąpili tu aktorzy niezawodowi, z wyjątkiem Aldo Fabriziego, który zagrał groteskową postać tyrana.

Po hagiografię św. Franciszka z Asyżu sięgnęło Hollywood (film Michaela Curtiza z 1961), ale specjalistami od tej tematyki byli Włosi: Franco Zeffirelli (Brat Słońce, Siostra Księżyc, 1972), Michele Soavi (Francesco, 2002), Fabrizio Costa (Klara i Franciszek, 2007), przede wszystkim Liliana Cavani, która o tej postaci zrobiła trzy filmy (1966, 1989, 2014). W Kuglarzu bożym współtwórca neorealizmu przeobraża się z chłodnego obserwatora w filozofa i misjonarza. Stosując książkową strukturę (przypowieść w 11 rozdziałach) opowiada o miłosierdziu, pobożności i prostocie życia. Zadaje egzystencjalne pytania, nie jest jednak nachalny w prawieniu morałów. Czy garść złota jest warta ludzkiego życia to w zasadzie pytanie retoryczne, ale nad kwestią dotyczącą doskonałego szczęścia należy się głębiej zastanowić.

Film rozpoczyna się od cytatu z Listu św. Pawła do Koryntian: „Bóg wybrał to co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to co niemocne aby mocnych poniżyć i to co nie jest wyróżnił Bóg, by to co jest unicestwić”. Rossellini stworzył liryczny, erudycyjny i dydaktyczny film, w którym humorystyczne sceny i groteskowe postacie nie odbierają wcale powagi. Poprzez ukazanie Franciszka i jego zwolenników jako arcydziwnej wspólnoty (by nie powiedzieć „oszołomów”) autorzy filmu położyli nacisk na ich nadzwyczajność, bliskość Ewangelii. Ci orędownicy nauk Chrystusa stanowią czytelną przeciwwagę dla ludzi, którzy nie rozumieją takiej filozofii i stanowczo odrzucają ubóstwo jako naczelną cnotę. Rezygnacja z przepychu, jakim cechują się hollywoodzkie widowiska, harmonizuje z tym, co reżyser chce przekazać poprzez tę historię. Pragnie nakłonić tych co wierzą do pójścia śladami Franciszka z Asyżu. Mówi: odrzućcie to co piękne i kosztowne na rzecz ascezy, prostoty, altruizmu i modlitwy.

Historia Ruth
The Story of Ruth (1960 / 132 minuty)
reżyseria: Henry Koster
scenariusz: Norman Corwin


W latach 1949-59 w Hollywood regularnie realizowano wystawne filmy biblijne: Samson i Dalila (1949), Dawid i Betszeba (1951), Dziesięcioro przykazań (1956), Salomon i królowa Saby (1959). Wymieniłem tylko te najważniejsze, które powstały w oparciu o księgi Starego Testamentu. W latach 60. tego typu filmy zaczęły tracić popularność, ale dziś możemy zaobserwować, że historia się powtarza, bo produkcje biblijne realizowane są przez uznanych reżyserów (Noe: Wybrany przez Boga, reż. Darren Aronofsky, Exodus: Bogowie i królowie, reż. Ridley Scott). Ja chciałem jednak wyróżnić produkcję niezbyt spektakularną i bagatelizowaną, ale bez wątpienia interesującą i wartościową.

Film Henry'ego Kostera, o którym mowa, wykorzystuje motywy z Księgi Ruth, opisującej dzieje rodu Dawida. Nie ma tu widowiskowych scen batalistycznych ani wyścigów rydwanów, ale jest ciekawa opowieść o zderzeniu dwóch kultur i nawróceniu na właściwą drogę. Małoletnia Ruth zostaje sprzedana do świątyni kamiennego boga Kemosha. Cudem unika złożenia w ofierze, a po latach zostaje moabicką kapłanką przygotowującą dzieci idące na śmierć. Takie zwyczaje nie podobają się wyznawcom niewidzialnego, litościwego Boga. Jeden z tych wyznawców próbuje przekonać Ruth, że zabijanie dzieci to zwykłe okrucieństwo, nie mające nic wspólnego z pobożnością i dostojeństwem.

Ruth oczywiście się nawróci, ucieknie od moabickich fanatyków i nauczy się żyć zgodnie z prawem mojżeszowym, lecz ze względu na pogańską przeszłość wciąż będzie uważana za osobę obcą, niegodną zaufania, posądzaną o wszelkie zło. Film zawiera elementy kina przygodowo-kostiumowego, ale na czoło wysuwa się historia miłosna, której owocem będzie przyszły król Dawid, a także Jezus uważany przez wielu ludzi za Mesjasza. W roli tytułowej wystąpiła pochodząca z Izraela debiutantka Elana Eden, kobieta o wyjątkowej urodzie i niewielkiej sile przebicia, co uniemożliwiło jej zrobienie kariery. Nie jest nawet postrzegana jako aktorka jednej roli, bo o tym filmie mało kto słyszał. Historia Ruth to udany spektakl cechujący się podniosłą tonacją, lecz pozbawiony taniego sentymentalizmu.

Ostatnie kuszenie Chrystusa
The Last Temptation of Christ (1988 / 164 minuty)
reżyseria: Martin Scorsese
scenariusz: Paul Schrader na podst. powieści Nikosa Kazantzakisa


Triduum Paschalne to trzy doby upamiętniające mękę, śmierć i zmartwychwstanie  Chrystusa, więc w tym świątecznym zestawieniu nie mogło zabraknąć filmu o życiu tego „człowieka”. To, że ktoś taki jak Jezus istniał i umarł na krzyżu jest raczej pewne - istnieje zbyt wiele przekazów historycznych, by w to wątpić. Sceptycyzm można odczuwać jeśli chodzi o jego boskość i opieranie się pokusom. Martin Scorsese ekranizując powieść Kazantzakisa postanowił poszukać prawdy w tej historii. Pierwszym krokiem w tym kierunku była rezygnacja z preferowanej m.in. przez Zeffirellego metody, by role świętych i cnotliwych ludzi grali aktorzy „piękni jak z obrazka”. Obsadzono więc Willema Dafoe, którego już sam wygląd sugeruje osobę zatrważająco dwuznaczną, pełną wad i słabości. A więc bliższą prawdziwemu człowiekowi.

Film niejednokrotnie potrafi zaskoczyć widza przywykłego do barokowych i akademickich adaptacji Pisma Świętego. Już początek jest dość nietypowy, bo widzimy w nim Jezusa wykonującego dla Rzymian krzyże i asystującego przy egzekucji. Ciekawie ukazano wewnętrzny konflikt bohatera, konflikt między duszą i ciałem, między myślą i słowem. W myślach Jezus jest grzesznikiem, ale gdy otwiera usta mówi o miłości, jakby nie był sobą. Najmocniej dyskutowane i potępiane jest tytułowe ostatnie kuszenie (Jezus wyobraża sobie, jak schodzi z krzyża, żeni się z Marią Magdaleną, ma z nią dzieci i dożywa starości). W ten sposób wzmocniono wymowę i wyeksponowano cierpienie postaci, pokazując że najgorsze nie jest biczowanie czy wbijanie gwoździ w nadgarstki, lecz rezygnacja z osobistego szczęścia.

Wbrew pozorom ten film wierny jest literze i duchowi Ewangelii. Pokazuje, że droga przez mękę i wyrzeczenie się własnego dobra to najważniejsze ścieżki prowadzące do zbawienia, odkupienia win i wiecznego szczęścia. Wiedzieli o tym Franciszek z Asyżu i Bernadetta Soubirous - ich ascetyczne życie zostało więc wyróżnione. Kielich goryczy to nie jest to, co człowiek wybierze świadomie, rozumiemy więc wątpliwości „tego, który musi umrzeć” i nie powinniśmy być zaskoczeni, że jest on przerażony. Jezus przyznaje, że jego Bogiem jest strach, a to typowo ludzka przypadłość, odczuwana szczególnie w obliczu śmierci. Ostatnie kuszenie Chrystusa cechuje się wysoką jakością artystyczną i kompleksowo zagłębia się w rozważaniach na temat dwoistej natury Zbawiciela i jego duchowego konfliktu.

9 komentarzy:

  1. Nie mój klimat. Z tych proponowanych tutaj to wybrałbym "Franciszek, kuglarz boży", bo najkrótszy :) No i zabrakło mi "Żywotu Briana" - jako przeciwwaga do reszty napuszonych adaptacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Żywot Briana" lubię, rozbawił mnie ten film, ale od dawna go nie przypominałem.
      Pierwszy i ostatni film z zestawienia warto obejrzeć choćby ze względu na aktorów jeśli klimat i tematyka nie pasują.

      Usuń
  2. Śmiem twierdzić, że większość wierzących nigdy cudu nie doświadczyła i raczej nie doświadczy, a mimo to nie ma wątpliwości co do istnienia Boga. Powody ku temu są złożone, ale racja to nie ten blog by się nad nimi rozwodzić :)
    Ciekawe propozycje, ja bym dodała np. "Oto jest głowa zdrajcy", to apropos niezachwianej wiary...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy też od tego co nazwiemy "cudem", dla niektórych to np. narodziny dziecka są cudem ;)
      Film "Oto jest głowa zdrajcy" kiedyś widziałem, stara dobra szkoła brytyjskich filmów kostiumowych.

      Usuń
  3. Typowo moherowe rozdanie ; kareta dewotek ( ostatnia z innej talii )

    OdpowiedzUsuń
  4. No i git , ważne nie na poziomie katechezy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie polecane przez Ciebie szkolne klimaty nie przypadły do gustu (mówię o "Jeżeli..." Andersona).

      Usuń
  5. Ja ten film lubię, bo jest mi bliski ( dwa razy wyjebali mnie ze szkoły ) Anderson uchwycił pewien stan ducha, jak nikt.

    OdpowiedzUsuń