Wzrok kota, instynkt lamparta...

Eye of the Cat (1969 / 102 minuty)
reżyseria: David Lowell Rich
scenariusz: Joseph Stefano

Jest ponoć takie przysłowie: „Po zmroku wszystkie koty są lampartami”. Natura kotów jest nieodgadniona, co przekłada się na bardzo zróżnicowane traktowanie tych zwierząt przez ludzi. W czasach starożytnych koty były czczone jak bóstwa, w okresie średniowiecznym, gdy polowano na czarownice, kot był symbolem Szatana i nawet palono je na stosach. Dzisiaj są to zwierzęta uważane za przyjacielskie i nieszkodliwe dla ludzi, ale cząstka niepokoju pozostała (czarny kot to wciąż popularny przesąd zwiastujący nieszczęście). Koty znane są z tego, że chadzają własnymi ścieżkami i trudniej je wytresować niż psy. Dobrzy filmowcy nie znają słowa 'niemożliwe'. Są przekonani, że z dachowca też można zrobić dobrego aktora.

Kocie oko (1969) z USA, Czarniejszy niż noc (1975) z Meksyku i Czarny kot (1981) z Italii to trzy znakomite filmy, które niestety zostały odtrącone przez mainstreamową publiczność, zbagatelizowane przez krytyków i media. Całkiem niesłusznie, bo to świetne kino, zrealizowane bez zarzutu, trzymające w napięciu, prowokujące do refleksji na temat kociej natury. Reżyser recenzowanego obrazu, David Lowell Rich, to twórca serialowy - zrealizował m.in. dwa odcinki The Alfred Hitchcock Hour. Wpływ mistrza suspensu widać także w tym filmie. Zatrudniono scenarzystę Psychozy Josepha Stefano oraz tresera tytułowych Ptaków, Raya Berwicka, który podjął się wytresować niemałą (i pewnie niełatwą we współpracy) gromadę kotów. Głównego bohatera, tak jak kluczową postać Zawrotu głowy, obarczono fobią, a kompozytora Lalo Schifrina poproszono o soundtrack w stylu Bernarda Herrmanna.

Mistrzowski jest początek filmu, przygotowany zapewne przez wybitnego grafika Wayne'a Fitzgeralda we współpracy z operatorami: Russellem Metty i Ellsworthem Fredericksem. Niesamowicie intrygujące wprowadzenie - milczące, z wykorzystaniem podzielonego ekranu i kotem chodzącym po kliszy filmowej jakby totalnie wyrwał się spod kontroli. Most Golden Gate i samochody poruszające się w kierunku San Francisco osadzają akcję w konkretnym miejscu - metropolii znanej ze stromych uliczek. Uliczek niebezpiecznych szczególnie dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich. Natomiast gdy pierwszy raz na ekranie ukazuje się Gayle Hunnicutt i sprawdza swój wygląd przed lustrem trudno oprzeć się wrażeniu, że to kocica w ludzkiej skórze. Złota myśl głosi: „Prawdziwa kobieta jest jak kot - najpiękniejsze są w niej oczy i zagadkowa, nieprzewidywalna natura”.


Fabuła jest nieco irracjonalna, tak jak i ailurofobia, lęk przed kotami. Cierpi na tę przypadłość bratanek bogatej wdowy, właścicielki rezydencji na wzgórzu w San Francisco. Kobieta ma problemy z oddychaniem, sypia pod namiotem tlenowym, a na spacery jeździ elektrycznym wózkiem. Z pewnością jej krewni myślą o podziale pokaźnego majątku. Myśli o tym także Kassia Lancaster, wyrachowana i zimna dziewczyna, która ma dość żałosnego życia oraz niezbyt dochodowej pracy w salonie urody. Obmyśla plan, wtajemniczając krewniaka zamożnej wdowy. Problem w tym, że ekscentryczna dama mieszka z hordą kotów, a krewniak odczuwa strach przed tymi niegroźnymi (z pozoru) zwierzętami. Jest jak mysz, która ucieka z dziupli do dziupli, by w końcu wpaść w pułapkę. Co innego Kassia, która nie boi się zaryzykować. Jak czujny kocur obserwuje otoczenie, by znaleźć dla siebie właściwą ścieżkę i odpowiednich ludzi, których warto wykorzystać.

Film Davida Lowella Richa to znakomity thriller psychologiczny. Mimo iż fabuła nie jest zbyt prawdopodobna trzyma w napięciu aż do kapitalnego finału. Wiele pojedynczych scen powoduje nerwowe obgryzanie paznokci. Na przykład wspomniany prolog albo mistrzowska scena z Eleanor Parker i wózkiem elektrycznym ulegającym awarii na szczycie stromego podjazdu. Wymowny jest początek tej sceny (twarz ukrytej w cieniu Kassi za pomocą techniki przenikania zmienia się w czujnego kota o jaskrawej barwie). Natomiast sam zjazd ciotki ze wzgórza nasuwa skojarzenia z upadkiem detektywa ze schodów w Psychozie. Nie bez przyczyny umieszczono tu także catfight, czyli pojedynek dwóch kobiet. Wprowadził szczyptę humoru i ruchu do skostniałych reguł mrocznego thrillera. Ze względu na nieco śmieszną intrygę z kotami będącymi generatorem strachu i suspensu scenariusz musiał być nieco humorystyczny, aby dało się to przełknąć bez problemu. Hitchcock też stosował humor, czasem był on wisielczy, ale stanowił równowagę dla patosu i dramatyzmu.


Nie zawodzi obsada. Gayle Hunnicutt to aktorka oszczędna w wyrażaniu emocji, uwodzicielska, idealna do ról lodowatych, wyrachowanych kociaków. W czasach rozkwitu neo-noirów powinna regularnie dostawać role femmes fatale. Niestety, nie znam jej innych ról w tym stylu. Michael Sarrazin, niczym niepozorna mysz, niknie w cieniu swoich partnerek, szczególnie Eleanor Parker, która tworzy tu ostatnią wielką kreację w swojej karierze. To była wybitna osobowość, popularna w latach 50, ale nigdy tak naprawdę niedoceniana. Znakomicie się ją ogląda nawet w roli starszej schorowanej kobiety. Wciąż jeszcze, w wieku 45 lat, miała ten magnetyzm co dawniej i potrafiła go wykorzystać do wykreowania wiarygodnej postaci. Na szczęście swoje dobre momenty mają też koty. Szczególnie jeden pokazuje aktorskiego pazura, tworząc kreację wbrew emploi. Niegroźny z wyglądu pręgowany, zabarwiony na pomarańczowo sierściuch przed kamerą staje się drapieżnikiem (świetny fragment, gdy warczy, syczy i macha pazurami przed mającą złe zamiary Kassią).

Eye of the Cat to kawał porządnego kina i prawdziwy kamień szlachetny wśród amerykańskich horrorów. Niesłusznie zapomniany obraz, który może dostarczyć niezapomnianych wrażeń. Paradoksem jest, że w latach 60. najlepszych hitchcockowskich thrillerów nie kręcił już Hitchcock, który mógł z dumą obserwować jak wielki wpływ wywarł na licznych reżyserów. Przykładem są takie filmy jak: Dziewczyna, która wiedziała za dużo (1963) Mario Bavy, Miraż (1965) Edwarda Dmytryka, Doczekać zmroku (1967) Terence'a Younga, Jedna na drugiej (1969) Lucio Fulciego i właśnie Kocie oko (1969) Davida Lowella Richa. Amerykański dreszczowiec o nieprzewidywalnej naturze kotów to naprawdę miła niespodzianka dla fanów klasycznego thrillera. Film zrealizowany z pazurem i wyobraźnią, dobrze obsadzony, stylowy i alegoryczny. Powoduje właściwe reakcje odbiorcy. Kamera pracuje z kocią zwinnością i mistrzowską precyzją. Solidna realizacja oferuje rozrywkę na wysokim poziomie. Twórcy nie masakrują tandetą i nie obrażają inteligencji widza, a dzięki Eleanor Parker zyskują dodatkowy punkt do oceny końcowej.

4 komentarze:

  1. Kiedyś, pamiętam, wspominałeś już o tym tytule. Obejrzę, z tego, co piszesz zapowiada się nieżle.
    A ten meksykański ,,Czarniejszy, niż Noc'' to co za jeden ? Chodzi o ,, Night of 1000 Cats' Cardony jra , ze Stiglitzem ? (ciekawy thrash swoją drogą, chociaż nierówny )

    OdpowiedzUsuń
  2. Już wiem, o co chodzi, sprawdziłem :) Nie znam tego.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Blacker than the Night" - całkiem niezła gothic ghost story o niezwykłej więzi pomiędzy staruszką a jej "czarniejszym niż noc" kotem. Więzi, której nie przerwie nawet śmierć. Akcja toczy się wolno, ale też polecam ten film. W 2014 powstał remake, ale mówię oczywiście o klimatycznym pierwowzorze z lat 70. (reż. Carlos Enrique Taboada). Najpierw to ten film miałem recenzować, ale potem obejrzałem "Eye of the Cat", który zrobił na mnie większe wrażenie. Gdy o nim wspominałem kiedyś to jeszcze nie wiedziałem czy będzie taki dobry, postać reżysera sugerowała raczej przeciętną produkcję, ale film (przynajmniej dla mnie) okazał się miłą niespodzianką.

    OdpowiedzUsuń