Six men on mission. Tuzin parszywych filmów


15 czerwca minęło dokładnie pół wieku od premiery Parszywej dwunastki (The Dirty Dozen, 1967) Roberta Aldricha, jednego z tych amerykańskich klasyków, których echa pobrzmiewają do dziś. To dobra okazja, by przypomnieć filmy wykorzystujące ten jeden konkretny motyw fabularny – men on mission (lub mercenaries on mission). Filmy o ludziach, którzy mają wspólny cel i tylko dzięki zgranej kooperacji są w stanie ten cel osiągnąć. Aby podkreślić motyw współdziałania, zdecydowaliśmy się zrobić filmowe zestawienie wspólnymi siłami. Każdy z uczestników zajął się dwoma produkcjami, dzięki czemu niniejsza kolekcja składa się z dwunastu tytułów, co jest dodatkowym hołdem dla wspomnianego obrazu Aldricha. Do współpracy udało się zaangażować pięciu gości: Radosław Kwiecień (Bezdroża kinomana), Patryk Karwowski (Po napisach), Arek Szpak (No hay banda) oraz Haku i Simply (The Blog That Screamed). Całą tę ekipę można też spotkać w serwisie Kinomisja.


* * *

MARIUSZ CZERNIC

Misja na Bałkanach (1964), reż. Roger Corman  

aka The Secret Invasion


Między realizowanymi w Anglii horrorami Maska czerwonego moru i Grobowiec Ligei Roger Corman przeniósł się na około miesiąc do Jugosławii, by nakręcić dramat wojenny na podstawie scenariusza Roberta Wrighta Campbella. Fabuła przypomina późniejszą o trzy lata Parszywą dwunastkę i jest od niej bardziej zaskakująca. Pięciu przestępców zostaje zwerbowanych do misji na terenie Jugosławii. Ich winy zostaną darowane, jeśli wezmą udział w akcji odbicia włoskiego generała przetrzymywanego przez Niemców w warownej twierdzy na wzgórzach Dubrownika. Od powodzenia tej akcji zależą losy wojny. Jest rok 1943 – moment przełomowy, gdyż alianci mają szansę pozyskać nowego sojusznika, Włochy, a tym samym odebrać sojusznika Niemcom i przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Uczestnicy misji są nie tylko przestępcami, każdy z nich posiada jakieś umiejętności, które go wyróżniają. Jest wśród nich specjalista od kamuflażu (William Campbell, brat scenarzysty), fałszerz (Edd Byrnes), zabójca o martwych oczach (Henry Silva), spec od materiałów wybuchowych (Mickey Rooney, najzabawniejsza postać) oraz erudyta (Raf Vallone). Zdolności tego ostatniego sprawiają, że wyznaczony na dowódcę major Richard Mace (Stewart Granger) schodzi na dalszy plan.

Film dobrze się sprawdza w gatunku men on mission, ponieważ nie ma tu jednego głównego bohatera. Każdy z uczestników operacji ma swój indywidualny charakter. To ludzie z burzliwą i niechlubną przeszłością, dla których udział w tej akcji to szansa na odkupienie win. Niektóre filmy Cormana (szczególnie te z lat 50.) zostały słusznie zapomniane, bo były tanie w najgorszym tego słowa znaczeniu. Inaczej jest z Sekretną inwazją, znaną w Polsce także pod tytułem Misja na Bałkanach. Czas i budżet z pewnością były ograniczone, ale tego na ekranie nie widać. Cormanowi udało się namówić jugosłowiański rząd do współpracy, dzięki czemu filmowcy mogli skorzystać ze sprzętu i personelu wojskowego. Powstał spektakularny film akcji, dostarczający obfitej porcji rozrywki. Scena abordażu pozostawia wprawdzie wiele do życzenia, ale im bliżej końca, tym lepiej to wygląda. Nadmorskie plenery Jugosławii, w tym twierdza w Dubrowniku, nie tylko dobrze prezentują się w kadrze, ale mogą także symbolizować kres podróży – tylko krok dzieli tych bohaterów od otchłani, od śmierci. Trudno przewidzieć, komu uda się przeżyć (nawet trzymane na rękach dziecko nie jest bezpieczne). Tajna inwazja to znakomite kino przygodowo-wojenne, które nie powinno pozostawać tajne – należy je więc wydobyć z otchłani zapomnienia.

Plaża Bogów Wojny (1973), reż. Yu Wang   

aka Zhan shen tan / Beach of the War Gods


Wśród odgłosów szumiących fal i gwiżdżącego wiatru, w palącym słońcu na wysuszonej plaży pojawia się tajemniczy osobnik. Przekracza mury miasta i poznaje tutejszą sytuację – bogaci mieszkańcy uciekli, gdyż obszar terroryzowany jest przez japońskich piratów. Gdy garstka Japończyków przybywa z żądaniem dużej sumy pieniędzy, tajemniczy przybysz za pomocą dwóch mieczy rozprawia się z nimi. Wtedy u nieszczęśników pojawia się cień nadziei, bo oto przybyła znikąd osoba, która mogłaby przygotować obronę przed kolejnymi najazdami. Opowieść zainspirowały autentyczne wydarzenia z XVI wieku, z czasów dynastii Ming, ale podobieństwa do Siedmiu samurajów z pewnością nie są przypadkowe. O ile jednak w filmie Kurosawy sceny walki były tylko dodatkiem do historii cechującej się głębokim przekazem, o tyle w filmie Yu Wanga (także odtwórcy głównej roli) dominuje akcja. O bohaterach wiemy tylko to, jaką bronią potrafią walczyć. Jeden umiejętnie posługuje się dwoma mieczami, drugi jest płatnerzem używającym najczęściej miecza o szerokim ostrzu, trzeci walczy za pomocą włóczni, a czwarty wojuje przy użyciu dwóch tarcz. Jest jeszcze piąty śmiałek – nożownik, który najpierw odmówił udziału w misji, gdy dowiedział się, że nic na tym nie zarobi, ale zgodnie z przewidywaniami zmienił zdanie. W innych okolicznościach stałby się pewnie najemnikiem i skrytobójcą, idealnym czarnym charakterem (i jeszcze ta blizna na twarzy). Los dał mu jednak okazję, by swoje umiejętności wykorzystał w szlachetnym celu.

Nawet w takich typowych filmach nurtu men on mission, jak Parszywa dwunastka, występują postacie kobiece, zwykle gdzieś na dalszym planie. Jednak w Plaży bogów wojny nie ma kobiet nawet wśród statystów. To sugeruje, że wszystkie kobiety opuściły miasto wraz z bogatymi mieszkańcami osady. Żadnych zbędnych wątków tu nie ma, jest tylko walka mężczyzn o dominację, niezależność, przyszłość swojej ojczyzny. Bohaterowie stosują podstęp, by uzyskać przewagę, tytułowa plaża jest więc pełna pułapek. Gdy dochodzi do bezpośredniego starcia, walka jest bardzo długa i męcząca, a szala zwycięstwa przechyla się raz na jedną, raz na drugą stronę. Można przewidzieć wynik bitwy, ale trudno zgadnąć, która z pięciu najważniejszych postaci wyjdzie z tego starcia o własnych siłach. I ten wiatrak w scenie finałowej – uchwycony został w kadrze, jakby coś symbolizował, jakąś niewidzialną siłę, która wprawia w ruch machinę. Po seansie pozostaje więc taka myśl: co właściwie popchnęło tych ludzi do takiego poświęcenia? Chęć sprawdzenia własnych możliwości, strach przed zniewoleniem czy może zwykły altruizm? Czy chodziło tylko o pomoc bezradnym mieszkańcom, czy może jednak o coś więcej? Gdyby Japończycy odnieśli zwycięstwo, coraz śmielej posuwaliby się w głąb lądu, a więc walka toczyłaby się o znacznie większą stawkę niż życie garstki obywateli.

* * * 

KUBA HACZEK

Bohaterowie z piekła (1978), reż. Enzo G. Castellari  

aka Quel maledetto treno blindato / The Inglorious Bastards

Podczas II wojny światowej grupa amerykańskich żołnierzy zostaje skazana za przestępstwa, których rozpiętość jest dosyć szeroka – od dezercji z pola bitwy aż po morderstwo. Podczas transportu do więzienia, w którym mają zostać straceni, ich konwój atakuje niemiecki oddział. Więźniom udaje się zbiec – plan jest taki, by dostać się do Szwajcarii, której neutralność wobec wojennych zmagań może zapewnić bohaterom spokojne doczekanie końca wojny. Po kilku przygodach, podczas których zmieniają swoją tożsamość, wikłają się w końcu w straceńczą misję przygotowaną przez francuski wywiad – przechwycenie rakiety V2 z przewożącego ją pociągu pełnego niemieckich żołnierzy .

Quel maledetto treno blindato został po latach rozsławiony quasi-remakiem przez Quentina Tarantino, który podkreślał w wywiadach, że to najlepszy film włoskiej eksploatacji w dziejach, a Castellari to niedościgniony mistrz. Mimo wielu podobieństw do Parszywej dwunastki Roberta Aldricha obraz jest silnie naznaczony reżyserską werwą Castellariego oraz czarnym humorem (jest nawet miejsce na ukochane przez Włocha sceny slow motion). Przedstawieni bohaterowie to romantyczni anarchiści wywracający do góry nogami ustalony porządek, niezbyt przejmujący się konsekwencjami własnych czynów. Nie mają lidera, z czasem do tej pozycji dochodzi porucznik Robert Yeager (Bo Svenson), choć tylko z powodu najwyższego stopnia w grupie. Jego zastępcą zostaje Canfield (gwiazda kina blaxploitation Fred Williamson; na ten rynek film wyszedł jako G.I. Bro <sic!>), którego atrybutem jest nieodłączne cygaro (motyw wielokrotnie powracający w filmach akcji). Nie sposób uniknąć wrażenia, że dla Castellariego bardziej liczy się walor przygodowy kina niż wojenne nawiązania – krwi w filmie nie uświadczymy, tragizmu wojennego właściwie także nie. Powinniśmy jednak docenić niezłe efekty pirotechniczne, wyczyny kaskaderskie oraz sceny akcji, które Castellari wykonał znakomicie (nie obyło się oczywiście bez uroczych wpadek, jak na przykład ujęcie, w którym człowiek po wybuchu granatu wylatuje pionowo w górę!). Najbardziej zapadającym w pamięć fragmentem jest jednak scena, w której nagie nazistki z karabinami w rękach przepędzają bohaterów (podglądaczy) przez rzekę.

Ostatnie słowa należą do Enzo G. Castellariego: „Cóż, [było to] dziwne doświadczenie, film zaczynaliśmy kręcić jako tani obraz, ale z dnia na dzień rozrastał się do czegoś wielkiego. Nakręciliśmy go z amerykańskimi aktorami w Rzymie. W końcówce jest mocna scena wybuchu pociągu na stacji. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że widzowie odbierają go jako wielką produkcję. W tym czasie we Włoszech istniało jednak prawo zakazujące używania w filmie broni – a więc zrobiłem film o wojnie bez prawdziwych pistoletów! Byłem bardzo innowacyjny w tym względzie, tworzyliśmy większość broni z plastikowych części…”.

Strike Commando (1987), reż. Bruno Mattei

Tytułowe Strike Commando to zespół komandosów przeszkolonych w „samobójczych” misjach. Widzimy ich w prologu podczas ataku na wietnamską bazę, w której przechowywana jest broń wroga. Misja się nie udaje, jej członkowie giną pozostawieni samym sobie przez pułkownika Radka (Christopher Connelly). Jedynym ocalałym okazuje się sierżant Mike Ransom (Reb Brown), który dostaje się resztkami sił do wietnamskiej wioski, gdzie w odzyskaniu zdrowia pomaga mu młody chłopak o imieniu Lao (Edison Navarro). Po rekonwalescencji Ransom wspiera mieszkańców wioski w walce z okupującymi ją radzieckimi wojskami, planując jednocześnie zemstę na pułkowniku Radku. Podczas jednej z akcji zostaje schwytany przez Rosjan i poddany okrutnym torturom. Udaje mu się uciec, a jego śladem rusza okrutny Jakoda (Alex Vitale). Także Radek ma swój plan, chcąc raz na zawsze pozbyć się niepokornego żołnierza

Podobnie jak dzieło Castellariego, tak i Strike Commando jest klasycznym rip-offem; to bękarcie i pozostawione samemu sobie dziecko Rambo II z wyraźnym ukłonem w stronę Czasu Apokalipsy F.F. Coppoli oraz Zaginionego w akcji Josepha Zito. Nad scenariuszem wraz z reżyserem pracował jego przyjaciel Claudio „Troll” Fragasso, całość nakręcono zaś w filipińskiej dżungli – na więcej nie pozwalał nikły budżet. To, co udało się przenieść włoskim twórcom na ekran, jest do dziś nieustannym źródłem doskonałej zabawy – Reb Brown w roli Mike’a Ransoma skupia w sobie najlepsze cechy Chucka Norrisa, Sylvestra Stallone’a i Arnolda Schwarzeneggera. To niezniszczalny (fizycznie i psychicznie) nadczłowiek o złotym sercu, wzór sprawiedliwości i chodzący ideał, w pojedynkę pokonujący wielkie armie wroga (w filmie wymordowuje ponad 90 przeciwników w widowiskowym stylu za pomocą ulubionego M-60).

To czysta, zupełnie niezobowiązująca rozrywka, w której krzywym zwierciadle odbija się wszystko, czym żyło „poważne” kino wojenne lat 80. – klasyczne kino zemsty staranowane przez zerowy budżet i posklejany z odpadów scenariusz, pełen kultowych już dziś dialogów: w jednej ze scen Ransom zaraża młodego Wietnamczyka wizją rajskiej Ameryki i Disneylandu, w którym na drzewach rośnie prażona kukurydza (sic!). Rozbrajający Reb Brown (potrafiący w tym samym czasie płakać i się śmiać) z powagą wypowiadający te i inne, równie absurdalne, kwestie to klejnot pośród morza chaosu. W szranki z nim może stanąć jedynie ciągle marszczący brwi Christopher Connelly, traktujący z buta kobrę, krzyczący (tu wszyscy krzyczą) w gniewie w stronę głównego bohatera tylko jedno słowo: „amerykański!”. Gdy dodamy do tego wpadający w ucho muzyczny motyw powracający co kilka scen oraz zupełnie surrealistyczny finał (do M-60 zostaje podpięty granatnik!), dostajemy dzieło kompletne. W mniejszej roli francuskiego księdza (ach, ta egzotyka!) weteran Luciano Pigozzi (żeby pasował do reszty obsady, podpisany jako Alan Collins). Obraz w Polsce wyszedł tylko na pirackim VHS-ie, czytał Tomasz Knapik. Odszukajcie koniecznie tę wersję. I pamiętajcie – najlepsze szczęki robią rosyjscy dentyści.

* * *

PATRYK KARWOWSKI

Piekło jest dla bohaterów (1962), reż. Donald Siegel

aka Hell is for Heroes 


Na wojnie człowieka mierzy się inną miarą. Don Siegel przedstawił szczególny typ bohatera, wojennego wariata (ale nie w tym awanturniczym, z lekka wesołym nawet znaczeniu), poświęconego broni, niepotrafiącego inaczej spojrzeć na rzeczywistość niż przez muszkę w swoim karabinie. Cynik szaleniec, który gotów strzelić w łeb przełożonemu, gdy ten podniesie na niego głos. Nie liczy się z niczym i nikim. Tym szczególnym typem jest szeregowy Reese (Steve McQueen), który wyżej niż nad swój aktualny stopień wojskowy nie podskoczy. Siegel wzorowo przez pierwszą część filmu buduje obraz człowieka zniszczonego przez wojnę, zawieszonego trochę w letargu, topiącego wojenne wspomnienia w mocnym alkoholu. Nieufny do bólu mówi: „Ludzie wszędzie są tacy sami” (moja ulubiona scena z barmanką oddającą pokłony Francuzom, Niemcom, Amerykanom – w zależności od tego, kogo jest więcej w mieście). Klimat, jaki wokół postaci buduje Siegel, jest znakomity. Nie czujemy do niego sympatii, ale szacunek. I dość szybko zdajemy sobie sprawę, że jak przyjdzie do walki, to nie ma lepszego druha niż Reese.

Reese doświadczony za kilku żołnierzy razem wziętych, choć wciąż szeregowiec, nie da sobie w kaszę dmuchać jakimś tam sierżantom czy kapitanom (świetnie jest budowane napięcie na szczeblach dowodzenia w tak małym oddziale). Za dużo krwi przelał. Filmowe piekło rozpocznie się, gdy mały oddział (raptem sześcioosobowy) będzie musiał utrzymać strategiczny punkt w niedalekim oddaleniu od niemieckiego bunkra z przeważającymi (ukrytymi w okolicy) siłami wroga. Misja tej ekipy jest karkołomna, gdyż Niemcy zdają się podejrzewać, że na przyczółku stoi ledwie kilka osób. Jednak można stać w miejscu i czekać na wsparcie albo realizować kolejne pomysły dywersyjne, w tym najbardziej ryzykowny (idiotyczny?).

Siegel nie traktuje wojny jako okazji do przedstawienia szczęśliwych zakończeń, a jego oddział, zamknięty w patowej sytuacji, dostaje ostre cięgi. Poza McQueenem, który gra tutaj pierwsze skrzypce, Siegel miał jeszcze kilka asów w rękawie, w tym Jamesa Coburna jako mechanika i debiutującego Boba Newharta w roli żółtodzioba, służbisty, który znalazł swoje miejsce w szeregu doświadczonych wiarusów. Ten film, kręcony miejscami w ponad 40-stopniowym kalifornijskim upale (tym razem to piękne miejsce robiło za Francję), to majstersztyk. Mocny, sugestywny, doskonale zagrany, z wieloma niespodziankami – zarówno natury technicznej (jak na swoje czasy co najmniej wyraziste efekty po wybuchu granatu), jak i tej bardziej przyziemnej: Coburn ponownie spotyka się z McQueenem (po Siedmiu wspaniałych Johna Sturgesa), a do oddziału pragnie dołączyć Polak – cywil, który przeszedł pół Europy, walcząc z Niemcami, i teraz chce wstąpić do amerykańskiej armii. Część dialogów odbywa się w naszym ojczystym języku! I rzeczywiście należy odnieść się w wymiarze wojennym z szacunkiem do samego tytułu, bo piekło jest dla bohaterów.

The Losers (1970), reż. Jack Starrett 



Chociaż największą ilość akcyjniaków klasy B (ale nie tylko) z akcją osadzoną w Wietnamie kinematografia wypluwała w latach 80., to warto nadmienić, że również dekadę wcześniej (gdy lufki i lufy moździerzy nie stygły na Półwyspie Indochińskim) powstawały tytuły znamienite. The Losers jest więc szczególny, bo został stworzony na długo przed tym, jak kino w Stanach rozpoczęło otwarty dialog ze swoim wojennym dramatem. Jack Starrett, twórca niepokorny, który debiutował rok wcześniej Run, Angel, Run!, tutaj pokazał, że dla fanów eksploatacji okaże się reżyserem znaczącym. The Losers sprawdza się nie tylko jako kino śmieciowe, lecz także komentarz do aktualnych (wtedy) wydarzeń. Pomimo spływającej na widzów w trakcie seansu frajdy w końcowym wymiarze Straceńcy nabierają ponurej tonacji. To również arogancki w swoim wyrazie bikesploitation, gdzie motory ale o tym za chwilę.

Guys on mission występują tutaj jako grupa harleyowców, która zapuściła na dłużej korzenie w Wietnamie. Dziewczyna w każdym porcie? Tutaj pasuje raczej „dziewczyna w każdej wiosce i na dokrętkę dziecko”. Ta kilkuosobowa grupa nieokrzesanych zapalonych entuzjastów jazdy na jednośladach (w tym William Smith z charyzmą, która kruszy wszystkie palmy w okolicy) ma stanowić trzon uderzeniowy armii Stanów Zjednoczonych pod wezwaniem CIA. Wykorzystując swoją hardość ducha, niewybredne maniery, bezkompromisowe podejście do akcji, muszą wydostać pojmanego agenta z ukrytej w dżungli wioski. W odróżnieniu od innych tytułów z cyklu „kolesie na misji” straceńców poznajemy od razu w komplecie. Pewni siebie, aroganccy, za misję zabierają się tak, jak ja za naukę na studiach. Ważniejsze są wizyty w lokalnych burdelikach (tylko po to wyprzedzają konwój, by szybciej dotrzeć do domu uciech), obicie pysków na ulicy, gorzała i harce z małoletnimi partyzantkami. Gdy jednak przychodzi czas, że trzeba się ogarnąć, wsiąść na rącze yamaszki, panowie ukazują oblicze prawdziwych twardzieli.

To brutalne kino i już sceny otwierające pokazują, z jaką estymą Starrett traktuje klasyków. Nakręcona w
slow motion strzelanina to jako żywo ukłon w kierunku Peckinpaha. Zresztą i w trakcie seansu juchy bucha tyle, że można by nią podlać solidną porcję mięsiwa. Później jest nie tylko rzetelnie, ale także pomysłowo. Motory chłopaków to istne demony dla oddziałów wroga. Przerobione na wojenne machiny, diabelsko zwrotne i zabójcze wyglądają tak, że i Max Rockatansky zawiesiłby na nich oko (a może on przede wszystkim). Im dalej w las, tym więcej wilczych jagód zbierała ekipa. I dobrze! Smacznego! Dostajemy piękną piosenkę, której najlepiej wysłuchać podczas nagiej kąpieli pod wodospadem. No i Starrett nie zapomniał o tym, by bohaterowie ściągnęli parę porządnych buchów w czasie uwięzienia przez Wietkong. A że to nade wszystko jest wciąż widowisko obfitujące w soczystą akcję, nie zabraknie też zrywającej do ataku muzy. Stu Phillips skomponował solidną wojenną uwerturę, która mogłaby zaliczyć obiegówkę od wysokobudżetowego mainstreamu po – jak stało się to tutaj – obskurną i brudną eksploatację w stylu „men on mission”. Do wielokrotnego oglądania, fragmentami i w całości, do utraty świadomości.

* * * 
 

RADOSŁAW KWIECIEŃ

Ciemna strona słońca (1968), reż. Jack Cardiff

aka The Mercenaries / Dark of the Sun

Jeśli przymkniemy oko na najsłynniejszych przedstawicieli gatunku, jak choćby Cena strachu, Parszywa dwunastka, Tylko dla orłów, Predator czy też Bękarty wojny, to właśnie Ciemna strona słońca jest doskonałym wprowadzeniem do konwencji „grupa twardych facetów na misji”. Obraz Jacka Cardiffa to prosta i surowa historia, która pod płaszczykiem przemocy skrywa humanistyczną treść, jednocześnie spełniając wszystkie reguły gatunku. A wśród fanów filmu są m.in. Martin Scorsese i Quentin Tarantino. Demokratyczna Republika Konga pogrążyła się w ogniu rebelii wznieconej przez generała Mosesa i bojowników Simba. Prezydent Ubi szuka ratunku u najemnika, kapitana Curry’ego. Jego zadaniem będzie podróż pociągiem 450 kilometrów w głąb kraju, aby uratować ludzi z Fort Reprieve. Drugim celem misji jest wydobycie stamtąd diamentów wartych 50 milionów dolarów. Curry ma trzy dni na wykonanie zlecenia i wolną rękę w doborze ekipy. Sęk w tym, że prawie nic nie idzie zgodnie z planem. 

Główny bohater o facjacie Roda Taylora to twardziel jakich mało, jeden z tych, którzy widzieli już wszystko. Zawsze wie, co powiedzieć, szybko przechodzi do konkretów i równie sprawnie od słów do czynów. Nic nie jest w stanie przesłonić mu celu misji, a jakiekolwiek zagrożenie nie robi na nim wrażenia. Curry najwyraźniej był już w piekle i wrócił z niego znudzony. Towarzyszy mu czarnoskóry sierżant Ruffo (Jim Brown), człowiek inteligentny i szlachetny. Jako obywatel kraju kieruje się chęcią odzyskania ojczyzny. On także nie owija w bawełnę: „Wyszedłem z buszu i zabiję każdego, kto będzie chciał mnie tam z powrotem wysłać”. Mimo wyraźnych różnic charakterów i w obranym systemie wartości iskrzy między nimi męska przyjaźń. Jak mówi Ruffo o Currym: „On jest tego wart”. Zapewne by uciąć ewentualne spekulacje, wprowadzono szczątkową rolę Claire. Piękna Yvette Mimieux stanowi właściwie heteroizolator. To typowa pannica w opałach, która przechodzi od histerii do maślanych oczu wymierzonych w silnego najemnika. W pociągu znalazło się też miejsce dla kapitana Henleina (Peter Carsten), przebiegłego wichrzyciela ze swastyką. Cieszy się poważaniem jako żołnierz, lecz nie sympatią i zaufaniem. Jest również lekarz, nad którym ciąży widmo alkoholizmu, dr Wreid (Kenneth More). Na koniec wsiada żółtodziób Surrier oraz 40 bezimiennych żołnierzy.

W chwili premiery film został zmiażdżony przez krytykę, jednogłośnie piętnującą ukazywaną w nim przemoc. Ciemna strona słońca czerpie z prawdziwych wydarzeń kryzysu kongijskiego lat 60. Jack Cardiff udał się na miejsce, aby rozmawiać z reporterami, którzy przeżyli ten okres, oglądał zdjęcia pokazujące niewymowne bestialstwo. Film przedstawia jedynie dalekie echo rzeczywistości rzeź cywili, wyraźną sugestię zbiorowego gwałtu na młodym żołnierzu, różnego rodzaju okaleczenia. Dzisiaj trudno uznać te obrazy za tak szokujące, aczkolwiek nadal robi wrażenie otwartość i brak ustępstw w tych kwestiach. Jednak akcja, przemoc i spoceni mężczyźni to nie wszystko. Choć wyraźnie dominują, znajdziemy w ich cieniu inne zagadnienia. Szybko wychodzi na jaw rasizm, traktowanie czarnoskórych jak wielkie małpy w dzikim kraju. Ruffo i jego naród chcą walczyć o ojczyznę, zachować niepodległość, lecz dla wielu jest to tylko pole brutalnej gry, sposób na zarobek. Bezpośredni lub pośredni interes w każdej wojnie ma wiele krajów, w tym przypadku: „Broń jest chińska, kupiona za ruskie ruble. Stal pochodzi zapewne z niemieckiej fabryki zbudowanej za franki francuskie. Została tu przerzucona przez afrykańskie linie lotnicze, finansowane prawdopodobnie przez Stany Zjednoczone”.

Na gruncie osobistym ważna będzie też kwestia zaufania i ludzkiej moralności. Działania napędzane chęcią zysku i oparte na przemocy prowadzą do odsłonięcia mrocznej natury bohaterów, na powrót wtrącają ich do „czarności”, z której wyszedł człowiek, aby odebrać jego duszę. Ciemna strona słońca jest nie mniej zapomniana niż jej reżyser, Jack Cardiff, wybitny operator i fotograf. Scorsese nazwał go najwybitniejszym zdjęciowcem Technicoloru (Czerwone trzewiki, Oscar za Czarnego narcyza, nominacja za Wojnę i pokój). Powstał o nim ciekawy dokument Kamerzysta życie i twórczość Jacka Cardiffa. Grzechem byłoby też przemilczeć znakomitą muzykę Jacquesa Loussiera, wykorzystaną później w Bękartach wojny Tarantino. Nie pozostaje nic innego, jak tylko wydobyć film z otchłani zapomnienia i oglądać. W przeciwnym razie odwiedzi was we śnie Rod Taylor z pieśnią na ustach: „Nie zabiję go, tylko oderżnę mu łeb!”.

Kondory Wschodu (1987), reż. Sammo Hung  

aka Dung fong tuk ying / Eastern Condors

Muzyka otwierająca film przypomniała mi dźwięki Tajemniczych złotych miast (19821983), jednej z bajek mojego dzieciństwa. Podobnie Kondory Wschodu należą do tych filmów, które wypada obejrzeć w młodości na kasecie VHS. W charakterystycznej stylistyce, bez krępacji sięga po rozpoznawalne motywy z kina amerykańskiego i doprawia je hongkońskim duchem lat 80.

Rok 1976. Pułkownik Lam otrzymuje ściśle tajne zadanie od armii USA. Musi zniszczyć ukryty bunkier ze składem amerykańskiej broni w Wietnamie, zanim odnajdą go siły Wietkongu. Aby tego dokonać, skompletuje drużynę skazańców, którzy w zamian za powodzenie misji otrzymają czystą kartotekę i 200 tysięcy dolarów na głowę. Niestety, sekundy po zrzuceniu oddziału na terytorium wroga akcja zostaje odwołana. Pozostawieni na pastwę losu żołnierze postanawiają dokończyć samobójczą misję zgodnie z planem. Fabuła na pewno brzmi znajomo. Lwią część filmu stanowi schemat Parszywej dwunastki, tylko bez rozbudowanej rekrutacji i części szkoleniowej. To wielka szkoda, zwłaszcza że zwiastun filmu pełen jest dodatkowych scen, w tym także z życia więziennego. Braki te rekompensuje wartka akcja wykorzystująca elementy Łowcy jeleni, filmów z Johnem Rambo, Dzikich gęsi i kto wie, czego jeszcze.

Wbrew wojennej tematyce film ma dosyć lekką tonację. Teoretycznie bohaterowie są ostatnią hołotą, ścierwem ziemi, tej ziemi, bezwzględnymi mordercami i kryminalistami z wieloletnim wyrokiem. Jednak łatwo zyskują sympatię widza, gdyż ich charakterystyka bliższa jest siedmiu krasnoludkom czy innym smerfom. Humor serwowany jest równie często, co sceny akcji. Podobnie rysuje się spotkany po drodze lokalny wesołek. Najpoważniejszymi postaciami są kambodżańskie partyzantki. Depczący wszystkim po piętach generał Wietkongu to żywe odbicie złoczyńców z filmowej serii o Jamesie Bondzie. Mimo to w żadnym wypadku nie mamy do czynienia z pastiszem czy komedią. Humor jest częścią świata mężczyzn, którzy postawieni w obliczu zagrożenia mogą jedynie zachować kamienną twarz, rzucić dowcipem i stanąć oko w oko z zagrożeniem. Reżyser traktuje konwencję filmu z powagą. Jak przystało na azjatycką produkcję wojenną, wszystko jest tu trochę bardziej heroiczne i dramatyczne. Walka jest bardziej bezpośrednia podczas gdy Amerykanie preferują broń palną, dla hongkońskiego bojownika najlepszą metodą ataku jest wyskok w powietrze w zwolnionym tempie. Nic tak nie niszczy wroga, jak porządny kopniak w twarz.

Tradycyjna pirotechnika cieszy oko, ale to właśnie rękoczyny dają najwięcej satysfakcji. Kaskaderskie wyczyny i walki kung-fu nigdy się nie zestarzeją, a jeśli bohaterowie jeszcze strzelają z liścia (dosłownie) i kopią kokosami, pełnia szczęścia gwarantowana. Finalna kopanina została wykonana z wielką dbałością o jakość, co nie powinno dziwić, skoro w obsadzie znaleźli się: legendarny choreograf sztuk walki Woo-ping Yuen, choreograf Corey Yuen, mistrz kick boxingu Billy Chow, legenda japońskiego kina akcji Yasuaki Kurata, jak również Haing S. Ngor, zdobywca Oscara za rolę w Polach śmierci. Wierzę na słowo miłośnikom tego typu obrazów, gdy nazywają Kondory Wschodu sztandarowym przykładem produkcji ze złotej ery kina hongkońskiego oraz jednym z największych osiągnięć Sammo Hunga, reżysera i odtwórcy głównej roli. Sympatyczna rozrywka.

* * *

SIMPLY

Salt in the Wound (1969), reż. Tonino Ricci 

aka Il dito nella piaga / The Liberators
 

Każdy filmowy archeolog, a zwłaszcza ten, którego ulubionym terenem wykopalisk są włoskie cmentarzyska tytułów z lat 60. i 70., zna doskonale uczucie euforii, jakie niesie (najczęściej po przesortowaniu tony badziewia) ekshumacja czystej kinematograficznej perły. Niemniej pośród takowych z różnych powodów interesujących okazów rzadko trafiają się pozycje par excellence wybitne, oddziałujące wszystkimi idealnie dobranymi i sprzęgniętymi składnikami dzieła filmowego naraz. Tak właśnie określiłbym wojenny dramat Tonino Ricciego i jego reżyserski debiut (!!!), który u mnie wskakuje do czołówki gatunku macaroni combat. Nie jest to typowy „men on mission”, choć w nieoczekiwanym momencie takim się staje. To surowy dramat ludzki o przetrąconych moralnie maruderach, z których wojna wyciąga to, co najgorsze i najlepsze. Dostępują oni w końcu szansy odkupienia win, choć za najwyższą cenę. To także opowieść wolteriańska z bohaterami jak liście na wietrze, gdzie sytuacja bez wyjścia może w jednej chwili i bez ich udziału obrócić się na korzyść, a idylliczny stan odnalezionego szczęścia pryska nagle pod naporem śmiertelnego zagrożenia.
Druga wojna światowa , kampania włoska. Amerykanie, tocząc zacięte walki, prą na północ. Kapral Haskins (Klaus Kinski) i czarny szeregowy Grayson (Ray Saunders) zostają skazani na śmierć przez sąd polowy. Haskins włamał się do jakiejś willi i pakując do torby znalezioną tam biżuterię, przy okazji skosił serią staruszkę, która go przydybała. Grayson też użył Tommy Guna, kładąc pokotem bezbronnych jeńców niemieckich, a następnie usiłującego interweniować amerykańskiego oficera. Egzekucję ma nadzorować porucznik Sheppard (George Hilton), niewąchający dotąd prochu frontowy żółtodziób, prosto po West Point. Jadą w odludne miejsce. Porucznik ustawia pluton egzekucyjny i każe załadować karabiny tylko jednym nabojem, jak stoi w regulaminie. Przynosi to opłakane skutki, gdy tuż przed złożeniem się do salwy zostaną zaatakowani przez oddział Wehrmachtu. Z masakry ocaleją tylko skazańcy, którzy porwawszy z ciężarówki pm-y, wyrąbali sobie ogniem drogę ucieczki, oraz porucznik. Teraz w odcięciu i na obcym terenie ich dotychczasowe role tudzież priorytety tracą sens. I to po obu stronach, co do niektórych dociera z wyraźnymi oporami. Tułając się po bezdrożach, cała trójka trafia do zabytkowego toskańskiego miasteczka, które wygląda na wymarłe

Tu rozegra się jedna z najwspanialszych scen filmu. W nutach Riza Ortolaniego złowrogi Szostakowicz płynnie ustąpi miejsca beethovenowskiej euforii. Ni stąd, ni zowąd puste uliczki zaroją się od rozradowanych mieszkańców, którzy biorą naszych maruderów za wyzwolicieli. Orkiestra rżnie marsza, ludzie płaczą ze szczęścia i częstują grappą, panny z kwiatami rzucają się na szyję, a zbaraniałe chłopaki mają miny jak Rod Steiger w Garści dynamitu tuż po uwolnieniu więźniów z bankowych kazamatów. Przewrotna symetria losu sprawi jednak, że lornetujący okolicę Niemcy też zauważą obecność Jankesów w miasteczku. Nie mając pojęcia o ich faktycznej liczebności, przypuszczą atak zmasowanymi siłami piechoty ze wsparciem czołgów. Dwaj antybohaterowie wraz z porucznikiem stawią im czoła niczym Pike Bishop.

Finałowa bitwa to warsztatowy brylant, kipiący berserkerskim zatraceniem w śmierci. Szturm nastąpi podczas procesji, zatem trup cywilny zaścieli ulice, a fragmenty sakralnych artefaktów będą fruwały w powietrzu. Nasi „wyzwoliciele” zaczną dziesiątkować nacierających Teutonów niczym jacyś herosi z peplum. Operator Sandro Mancori (od groma spaghetti westernów) wykorzysta tu cały garnitur planów, kątów widzenia, szybkich panoram i zoomów, czasem łącząc je w jednym ujęciu. Ogląda się to z przyjemnością bez mała erotyczną. Jedyny, który dał dupy na całej linii, to rekwizytor. Za te zabawkowe Tommy Guny „from outer space”, z których strzelają protagoniści, powinien wylądować na trzy miechy w karnej kompanii, najlepiej w Armii Czerwonej (Pershingi imitujące hitlerowskie czołgi można wybaczyć, w italo combatach to normalka).

Wcześniej będziemy mieli jeszcze okazję poznać bliżej naszych bohaterów. Ujęci ciepłem i serdecznością, jakich nie doświadczyli nigdy w swym tragicznym życiu, odsłonią bardziej ludzkie oblicza. Na aktorskie wyróżnienie zasłużył przede wszystkim Klaus Kinski. Jego Haskins to początkowo wcielenie arogancji i nihilizmu. Człowiek fatalnie życiowo doświadczony, który pod wpływem uczucia stoczy prawdziwą wewnętrzną psychomachię. Jego cynizm, agresja, rozpacz i upokorzenie to jedne z najbardziej introwertycznych momentów w całej karierze Klausa wielkiego aktora i szalenie skomplikowanego człowieka. Kinski wspomina w autobiografii epizod z pobytu w Sajgonie na początku lat 70. Na ulicy został opluty przez wietnamskiego siedmiolatka, który widział Salt in the Wound i wziął go za prawdziwego amerykańskiego żołnierza.

Guns and Guts (1974), reż. René Cardona Jr. 

aka Las viboras cambian de piel



Spaghetti westerny w latach świetności były szeroko eksportowane do krajów Ameryki Środkowej, gdzie cieszyły się zawrotną popularnością. Zwłaszcza wśród plebejskiej publiczności, która mogła doświadczyć pełnej identyfikacji z bohaterami, czego nie gwarantował hołdujący innemu systemowi wartości amerykański hamburger western. Do wyrzygania prawy John Wayne jawił się co najwyżej jako żandarm represyjnego jankeskiego porządku, a taki Tuco, Django czy Cuchillo to jak by nie patrzeć „swoje chłopy”, tak samo zdesperowane, wykorzenione i niepewne jutra jak ludzie w gettach Mexico City czy Kingston. Wpływu włoskich westernów na kształt latynoamerykańskiej sztuki filmowej nie sposób nie zauważyć. Choćby w El Topo Jodorovskyego czy – drążąc głębiej taco obskurę – w okrutnym, pełnym tragizmu El Tunco Maclovio Alberto Mariscala, powstałym z ducha Il grande silenzio. Zresztą nie tylko filmowej, wielkim fanem spag westu był Lee „Scratch” Perry, kultowy jamajski dub master i producent płyt reggae, a tytuły jego autorskich albumów z wczesnych lat 70. mówią same za siebie: Return of Django, Clint Eastwood Rides Again, The Good, The Bad, and The Upsetters.

René Cardona Jr. (Tintorera, The Night of a Thousand Cats) w latach 70. dzielnie szedł w ślady słynnego, nadal aktywnego ojca (Night of the Bloody Apes), współtworząc bogatą mozaikę meksykańskiego kina gatunków, zwykle w tanim, eksploatacyjnym wydaniu. I taki właśnie jest Guns and Guts, B-klasowy western powstały pod przemożnym wpływem szkoły Cinecittà, z podwójną peckinpahowską dokład. Mamy tu wszystko, czego dusza zapragnie: gówniany budżet, nieintencjonalnie komiczne aktorstwo w wydaniu lokalnych supergwiazd, sporo golizny, romantyczną pochwałę anarchii, kurestwa i samozagłady (także lojalności), do tego serię przegięć, które większość amerykańskich czy nawet włoskich westernowych majstrów uznałaby za shit poniżej własnej godności. To ostatnie dotyczy zwłaszcza otwierających scen, gdzie do głosu dochodzi lokalny koloryt w formie przefasonowanego na westernową modłę lucha libre.

Dwóch zapuszczonych brodatych mruków pewnego dnia wpadnie na siebie gdzieś na szlaku znikąd donikąd. Jeden (Rogelio Guerra) wygląda jak wydziedziczony brat Hugo Stiglitza, drugi (Pedro Armendáriz Jr.) sprawia wrażenie cofniętego nieco w rozwoju przez częste chlanie. Nie mają imion, nazwisk ani przydomków. Obaj pałają żądzą zemsty na pewnym nicponiu, który zaiste nieludzko sobie u nich nagrabił. Pierwszego wyzuł z majątku i pod fałszywym zarzutem wpakował za kratki, drugiemu odbił żonę. Problem w tym, że ich cel jest aktualnie szeryfem w Santa Fe, rezyduje w klasztorze, z którego uczynił warownię, i strzeże go armia uzbrojonych (m.in. w kartaczownice Gatlinga) zbirów. Nasi bohaterowie są tak zaślepieni nienawiścią, że nawet nie chce im się układać planu działania po prostu ruszają, by zabić, reszta ich nie obchodzi. Po drodze spotykają wyelegantowanego macho-pięknisia w czerni (meksykański symbol seksu Jorge Rivero), który okazuje się rewolwerowcem i płatnym zabójcą. Nowy compañero trochę dla obiecanej doli, ale bardziej chyba dla sportu postanawia wesprzeć ich w dziele zemsty. Ma on ciekawą życiową filozofię. Jego marzeniem jest wielkie ranczo, gdzie chciałby otworzyć luksusowy burdel, w którym byłby jedynym klientem. Nie chce się z nikim wiązać ani zapuszczać korzeni, uwielbia tylko dziwki (minimum kilka naraz), z którymi także grywa w rozbieranego pokera, a że jest dobrym pokerzystą, to i widz na tym korzysta. Zastrzega sobie, że jeśli zginie, cała jego dola ma iść z nim do piachu. Coś jednak się w nim przełamie, kiedy natknie się na swoją drugą połówkę: kociooką supersucz i ideał kurewskiej urody imieniem Chiquita (Zulma Faiad), z którą postanowi rozpocząć nowe życie, gdy już będzie po wszystkim.

Po zbijającym z pantałyku początku akcja toczyć się będzie bez pośpiechu, co drastycznie odmieni się w ciągu ostatnich 20 minut. Wzrośnie napięcie, jeden z bohaterów dotarłszy do celu wyprawy, uskuteczni cyniczną grę pozorów w stylu Eastwooda z Za garść dolarów, a finałowa rozpierducha, skąpana w strumieniach krwi i seriach slow motion, wystawi Cardonie celującą ocenę z przedmiotów Dzika banda i Dajcie mi głowę Alfreda Garcii. Chiquita spakowana do drogi będzie czekać na ukochanego tak długo, aż dotrze do niej, że tym razem rzucił ją dla tej, z którą cytując klasyka zawsze miał „coś wspólnego”. Gdy wejdzie do nabitego po brzegi saloonu i pójdzie z pierwszym lepszym na górę, odruchowo nasunie się obraz Claudii Cardinale z wodą w tłumie robotników kolejowych. Życie musi toczyć się dalej.

* * *

AREK SZPAK

Cena strachu (1977), reż. William Friedkin

aka Sorcerer / The Wages of Fear

Druga, tym razem amerykańska, adaptacja powieści Georges’a Arnauda, zekranizowanej już wcześniej przez Henriego-Georges’a Clouzota w znakomitym filmie z 1953 roku, której z racji wielkiej estymy, jaką cieszy się francuski film, nie zawsze oddaje się sprawiedliwość i docenia tak, jak na to ów doskonały obraz Friedkina zasłużył. Historia najemników-straceńców, transportujących w spartańskich warunkach śmiertelnie niebezpieczny ładunek nitrogliceryny, to w jego ujęciu opowieść, pod którą mogliby się podpisać zarówno Sam Peckinpah, jak i Werner Herzog. A najlepiej obaj do spółki. Z jednej więc strony pozbawione sentymentalizmu, brutalne, szorstkie kino o twardych facetach w drodze pod górę, z drugiej – film o oporze, jaki człowiekowi stawia nie drugi człowiek, ale sama droga. Imponująco sfotografowany, prawdziwie malowniczy w swojej surowości, bardzo fizyczny – bo nie ma wątpliwości, że ogromny wysiłek włożono również w realizację filmu – intensywny spektakl o pojedynku człowieka (ale też maszyny) z naturą, którego seans jest jak dwugodzinne mocowanie się na rękę z kimś większym, silniejszym i mądrzejszym od ciebie.

Banda jednej ręki (1986), reż. Paul Michael Glaser

aka Band of the Hand


Historia pięciu młodocianych przestępców – zróżnicowanych rasowo i czasem ze sobą skonfliktowanych – którzy poddani niekonwencjonalnemu programowi resocjalizacyjnemu na bagnach i ulicach Florydy mężnieją i uczą się solidarności, by następnie, już jako zwarta grupa, stawić czoła narkotykowemu bossowi z Miami. Zrealizowany wcale nie małym nakładem środków, wyprodukowany przez Michaela Manna film Glasera ma w sobie wiele z teledyskowej stylistyki serialu Miami Vice. Jest przy tym barwną pop-pocztówką z dekady, w której kino po raz pierwszy na tak dużą skalę zachłysnęło się młodością: jej energią, językiem i wolnością. Jako taka Banda jednej ręki nie w każdym swoim aspekcie wygrywa walkę z czasem, jest dość naiwna i nieco szpanerska w charakterystyce bohaterów.  Jednak nie sposób odmówić jej wciąż żywej brawury i realizacyjnego polotu, zwłaszcza w nasyconych kolorem zdjęciach Reynaldo Villalobosa i zaserwowanej ze smakiem przebojowej ścieżce dźwiękowej – w końcu jaki inny ejtisowy akcyjniak spod znaku ulicznych gangów, kolorowych marynarek i karabinów uzi może się pochwalić przewodnią piosenką skomponowaną i zaśpiewaną przez Boba Dylana?

* * *

korekta: Sylwia Wodzisławska

22 komentarze:

  1. Jednak nie ma Zawodowców w tym zestawieniu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano nie ma. Chyba jednak to zbyt znana ekipa, aby rekomendować jej usługi. Na szczęście Simply zadbał o to, żeby westernu nie zabrakło ;)

      Usuń
    2. Obejrzałem z ciekawości to Guns and Guts - nawet zabawne. Nieźle odjechani kolesie, a najlepszy ten kobieciarz grany przez Jorge Rivero ;)

      Usuń
  2. A to Mariusz Ci nie zaproponował udziału w tej polecance?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaproponował, dziękuję, z tym że ja się nie czuję zbyt mocno w tym gatunku "men on mission"; no i żadne mało znane westerny, pasujące do schematu, nie przychodziły mi do głowy ;)

      Usuń
    2. Simply'emu pewnie chodziło o to, że skoro otrzymałeś taką propozycję, to mogłeś o "Zawodowcach" pisać.

      Usuń
  3. Dokładnie. Nie było wymogu , że to musi być koniecznie film o którym świat zapomniał , głośnie tytuły też się trafiły ( ,, Cena Strachu'' ,, Strike Commando - hit wypożyczalni w swoim czasie ) . Chodziło o to, żeby nie pakować po raz setny ,, Dział Navarony'' ,, Tylko dla Orłów'' ,, Siedmiu Wspaniałych'', etc .
    A westernów typu men on mission trochę jest , choćby ,, Rio Conchos'' z Richardem Boone'em które polecałem lata temu. Czy ,, Przejście Północno Zachodnie'' Kinga Vidora - interesujesz się historią podboju Zachodu, powinieneś to znać. ,, Major Dundee'' też tu pasuje jak cholera.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ale przecież artykuł jest ok, to nie rozumiem o czym jest teraz dyskusja? O.o Ja się tylko zastanawiałem, czy w zestawieniu pojawią się Zawodowcy czy nie...

      Usuń
  4. Właśnie o tym, że o nich nie napisałeś :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja nie widziałem ani remake'u Ceny strachu ani Strike Commando :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest genialny. Cieszę się, że Arek go dołączył do listy Takie zestawienie wypadłoby też ciekawie z podziałem na dekady.

      Usuń
  6. Sorcerer jest genialny, nadrabiaj w te pędy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja po prostu nie utożsamiam się z nazywaniem największego gatunku w dziejach kina "hamburger westernem" a jego największej ikony "strażnikiem represyjnego jankeskiego porządku" ;). Może dlatego?

      Usuń
    2. Ta niechęć Simply'ego do takiego kina jest tylko pozorna. Jak współtworzyliśmy na Kinomisji zestawienie klasycznych westernów to co wybrał Simply? Film Johna Forda z Johnem Wayne'em :) I nie omieszkał przy okazji pochwalić aktorstwa całej trójki, a więc Wayne'a także. Nie podoba mu się to emploi, które do niego przylgnęło, ale pojedyncze role z pewnością docenia ("Poszukiwacze", "Rewolwerowiec").

      Usuń
    3. Mariusz nie bądź moim adwokatem :) Andrzej to wszystko doskonale wie, niech w końcu sam rozwinie ten swój mętny wątek.

      Usuń
    4. Mariusz, ale do tamtej notki Liberty Valance to akurat średnio pasował. Sam pisałeś w którymś z artykułów, że to antywestern, a nie typowy klasyk i trudno się z tym nie zgodzić.
      Simply, nic nie będę rozwijał - gdy ktoś próbuje być wobec mnie uszczypliwy, to ja nie pozostaję dłużny.

      Usuń
    5. Andrzej @
      Nie ma takiego czegoś, jak antywestern. To jest debilne , sztuczne i z dupy wysrane pojęcie. A to, że się niestety przyjęło , to jeszcze nie powód, żeby się nim podpierać, jak jakąś protezą własnego myślenia kulawego.
      To tak, jakbyś komuś, co ma ponad 20 lat wmawiał, że jest antyczłowiekiem. Western rozwijał się na wielu etapach i w różnych, kolejnych latach, stopniowo o coraz to inne doświadczenia się zawsze wzbogacał.
      Nie byłem wcale uszczypliwy ( sam Mariusz zwrócił na to uwagę ) , wcale się Ciebie nie czepiałem. Ty wyjechałeś ni w chuj ni w oko z bełkotliwym tekstem , a w obliczu grzecznego pytania o co chodzi , spinasz się jak jakieś dziewczę od Urszulanek , że niby ,, na uszczypliwości nie pozostajesz dłużnym''. Dżon Łejn by się tak w życiu nie zachował.

      Usuń
    6. Przecież to w waszym artykule pada podział na klasykę, spaghetti i antywestern (który rzekomo klasykę dobił) - rozumiem, że jako współautor się pod tym podpisałeś? Teraz z kolei piszesz, że nie ma antywesternu. No to ja już mam mętlik w głowie.
      Po drugie, ja komentuję konkretne teksty i zawarte w nich stwierdzenia. Czasem krytykuję, gdy się z nimi nie zgadzam. Ale nie robię, do licha, wycieczek personalnych do autorów. Nie mówię nikomu co mają oglądać, a czego nie, o czym mają pisać i z kim. Nie wypominam, co kto powinien wiedzieć o dzikim zachodzie a czego nie. A już na pewno nie obrażam nikogo, używając porównań do Urszulanek czy w ogóle pomagając sobie w dyskusji wulgaryzmami.
      Niestety ten poziom przenosisz też do artykułów i to jest smutne.
      To mój ostatni komentarz w temacie.
      Pozdrawiam.

      Usuń
    7. Pod niczym się nie podpisywałem. Ja tylko nadesłałem zamówiony tekst i tyle. Wstęp pisał , podejrzewam, gospodarz strony i nie dawał mi go wcześniej do przejrzenia. Po prostu nie trawię tego pojęcia , uważam je za semantyczną pokrakę. Uniosłem się trochę, bo mi bezpodstawnie wyjechałeś z tymi ,, uszczypliwościami''
      pozdrawiam

      Usuń
  7. ,,Może dlatego'' co? Nie wiem do czego pijesz.
    W tych środowiskach o których wspomniałem klasyczne westerny amerykańskie ( a na pewno spora ich część ) jak i ta największa ikona, mogły być tak właśnie postrzegane. Przytoczyłem pewien punkt widzenia, to chyba powinno być czytelne.

    OdpowiedzUsuń
  8. A hamburger western jest w takim samym stopniu uwłaczający, co spaghetti western. Nie wiem o co kaman? :D

    OdpowiedzUsuń
  9. The End! Bo kogoś tu zaraz zbanuję :)

    OdpowiedzUsuń