Poliziottesco. Krew, pot i strach...


Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

Bardzo łatwo jest mówić, że włoskie kino sensacyjne lat siedemdziesiątych jest imitacją amerykańskich filmów typu Bullitt (1968), Brudny Harry (1971) i Francuski łącznik (1971). Geneza gatunku zwanego poliziottesco jest bardziej złożona i związana jest z sytuacją polityczną i społeczną we Włoszech pod koniec lat sześćdziesiątych, po tak zwanej „gorącej jesieni”. Pewnym przełomem był koniec roku 1969, kiedy doszło do zamachu bombowego na Piazza Fontana w Mediolanie. Zginęło wówczas 17 osób, 88 odniosło obrażenia. W roku następnym powstała organizacja terrorystyczna Czerwone Brygady, która zasłynęła porwaniem i zabójstwem premiera Włoch Alda Moro w 1978. Całe lata siedemdziesiąte to był „czas ołowiu”, wystrzelono mnóstwo kul, zdetonowano wiele bomb, policja była bezradna, a obywatele żyli w ciągłym strachu.

Wydarzenia rozgrywające się w kraju oraz stopniowa utrata zaufania do władzy, sądów i policji miały wpływ także na kino. Filmowcy nie mogli przejść obojętnie obok aktualnych problemów współczesnego świata, a widzowie zamiast westernów oczekiwali filmów bliższych rzeczywistości. Oczywiście nie bez znaczenia jest też fakt, że przemoc w kinie sprzedaje się bardzo dobrze. Przemoc musiała być dosadna, a przestępcy wzbudzać odrazę, aby podkreślić, że tej patologii nie zwalczy się biurokratycznymi, policyjnymi metodami. Trzeba wykroczyć poza reguły, wtedy szanse się wyrównują. Problemem są nie tylko jednostki psychopatyczne i indolencja policji, ale także korupcja na najwyższych szczeblach władzy. Co można zrobić, kiedy łajdakiem okaże się prokurator, sędzia albo jakiś bogaty przemysłowiec? Bo łajdakiem może być każdy, a nie tylko ten co napada na banki i wyrywa torebki starszym paniom. 

Gatunek, o którym dziś mowa, zapuścił korzenie jeszcze przed premierą Bullitta. Wzorca można szukać w ekranizacjach powieści sycylijskiego pisarza Leonarda Sciasci: Każdemu swoje (1967) Elia Petriego i Dzień puszczyka (1968) Damiana Damianiego, a także w dwóch filmach Carla Lizzaniego: Wake Up and Die (1966) i Bandyci w Mediolanie (1968). W ostatnim z wymienionych można zobaczyć pościg samochodowy, który został sfilmowany w mieście, a nie na odludziu jak w Bullicie. Takie sceny stały się później „stałym fragmentem gry” – symbolicznym sprawdzianem wytrzymałości dla poliziotti i criminali. To co oglądamy w najlepszych filmach gatunku to jest absolutne mistrzostwo i powinno być uwzględniane w zestawieniach typu „the best of”. Zakręty fabularne, bohaterowie, pościgi samochodowe – świadczyły one o wysokim stopniu profesjonalizmu włoskich filmowców. Czasem zatrudniano także Rémiego Julienne'a, francuskiego specjalistę od car sequences. Zresztą kino francuskie także dostarczało inspiracji, bo nad Sekwaną już od połowy lat pięćdziesiątych realizowano znakomite filmy gangsterskie.

Krew, pot i strach, czyli pierwsza część cyklu Mark the Narc (1975-76, reż. Stelvio Massi)

Spaghettii westerny były realizowane głównie w Hiszpanii, filmy giallo w całej Europie, a poliziotteschi były osadzone w rzeczywistości włoskiej. Najczęściej rozgrywały się w Mediolanie, co widać także w niniejszym zestawieniu. Niektóre już w tytule mają miasto Mediolan (Milano). Włoskie tytuły to też ciekawa kwestia. Przykładów na to jest wiele: Policja chciałaby podziękować (1972, Stefano Vanzina), Policja oskarża prawo rozgrzesza (1973, Enzo Castellari), Policja się przygląda (1973, Roberto Infascelli), Policja ma służyć obywatelom? (1973, Romolo Guerrieri), Mediolan drży: Policja chce sprawiedliwości (1973, Sergio Martino), Mediolan płonie nienawiścią: Policja nie może strzelać (1974, Umberto Lenzi), Policja prosi o pomoc (1974, Massimo Dallamano), Policja ma związane ręce (1975, Luciano Ercoli), Gliniarzu, twoje prawo jest powolne... my... nie! (1979, Stelvio Massi). Ten wątek chyba nie wymaga komentarza.

Temat policyjno-gangsterskich zależności był rozwijany trzema różnymi sposobami. Pierwszy skupiał się na społeczno-psychologicznych aspektach, a tym samym przyciągał festiwalowe gremia i krytyków szukających w filmach jakichś ambicji. Drugi sposób to droga komercyjna, a więc postawienie na anarchię: pościgi, strzelaniny, eksplozje, bijatyki. Na trzeciej ścieżce znaleźć można komedie, cechujące się niezbyt wyszukanym humorem. Nas interesuje drugi sposób, gdyż filmy zaliczane do gatunku poliziottesco, chociaż nie były pozbawione krytycyzmu społecznego, to jednak większy nacisk kładły na sceny akcji i przemocy. 

Jeśli kogoś interesuje ambitniejsza strona włoskiego kina policyjnego to koniecznie powinien zapoznać się z twórczością Damiana Damianiego, który od Dnia puszczyka (1968) regularnie podejmował problematykę mafii i związanych z nią niepokojów społecznych. Wszedł z tym także do telewizji inicjując serię Ośmiornica (od 1984). Jednym z ciekawszych dramatów policyjnych z górnej półki jest również Żelazny prefekt (1977, reż. Pasquale Squitieri) – niezapomnianą rolę zagrał w nim Giuliano Gemma. Natomiast mówiąc o ścieżce trzeciej – komediowej – miałem na myśli filmy duetu Terence Hill / Bud Spencer, a także serię Stefana Vanziny (Steno) o przygodach neapolitańskiego gliniarza, inspektora Rizzo (Bud Spencer grał tę rolę czterokrotnie w latach 1973-80).

Żyj jak glina, zgiń jak mężczyzna (1976, reż. Ruggero Deodato)

Gdy reżyserzy amerykańskich filmów policyjnych chcieli podkręcić tempo i dodać gazu to ktoś, kto siedział na miejscu pasażera, próbować wcisnąć hamulec. We włoskich akcyjniakach z lat siedemdziesiątych hamulec używany był bardzo rzadko. Dzięki temu powstały produkcje bezkompromisowe, dynamiczne i drapieżne. Oprócz tego posiadające wizualny błysk, niezapomniane aktorstwo i muzykę, która zostaje z widzem jeszcze długo po seansie. W moim zestawieniu znajduje się dwanaście filmów uporządkowanych chronologicznie. Każdy film zrealizował inny reżyser, w każdym jest nawet inny aktor pierwszoplanowy. Powtarzają się nazwiska kompozytorów (po trzy razy bracia Guido i Maurizio De Angelis, Stelvio Cipriani, Luis Bacalov, dwa razy Ennio Morricone i raz Gianni Marchetti). 

Do swojego zestawienia zdecydowałem się wybrać filmy z przedziału 1972-76. Wtedy gatunek cieszył się największym powodzeniem. Podobnie jak w przypadku spaghetti westernów późniejsze filmy zaczęły zbliżać się w stronę karykatury i nie robiły już wielkiego wrażenia. Ale na przełomie dekady też można znaleźć udanych reprezentantów gatunku, przede wszystkim Kontrabandę (1980) – jedyne polizio w reżyserii Lucia Fulciego, poziomem brutalności dorównujące jego krwawym horrorom. Potem, gdy wprowadzono cenzurę i oddano pole włoskiej telewizji, ten rodzaj kina upadł całkowicie i nie mógł się odrodzić także w nowym milenium. Czasem trafi się coś co przypomina o „starych dobrych czasach”, jak na przykład Żegnaj, miłości (Arrivederci amore, ciao, 2006) w reżyserii Michela Soaviego, ale to raczej tylko łabędzi śpiew, nie zaś nowy rozdział.

Tyle tytułem wstępu, przejdźmy teraz do konkretnych przykładów filmowych...


1. Kaliber 9 (1972), reż. Fernando Di Leo

aka Milano calibro 9 / Caliber 9


Di Leo to pierwsze nazwisko, które przychodzi do głowy, gdy mowa o gatunku poliziottesco. O jego wyjątkowo sprawnej ręce do kina sensacyjnego świadczą trzy filmy, które przygotował w bardzo krótkich odstępach czasu. Tworzące tak zwaną trylogię półświatka (The Milieu Trilogy) obrazy z przedziału 1972-73 Milano Calibro 9, La Mala Ordina, Il Boss otoczone są kultem przez fanów włoskiego kina gatunkowego. To dzieła zróżnicowane, będące dowodem na nieszablonowość gatunku. Stylowy kryminał, szalony akcyjniak i mroczny dramat mafijny – trzy różne schematy, ale jeden reżyser i jeden gatunek. Wśród bohaterów znajdują się dwa kontrastowe duety. Jeden gangsterski (Gastone Moschin / Mario Adorf) i jeden policyjny (Frank Wolff / Luigi Pistilli). To przykład, że reżyser (będący również scenarzystą) nikogo nie wrzuca do jednego wora. Zarówno wśród policjantów jak i przestępców są bardzo zróżnicowane typy. Te różnice dobrze zaakcentowali aktorzy. Gdy jeden zachowuje spokój i aktorski minimalizm, drugi szarżuje na potęgę.

Obsada to bardzo mocny atut tej produkcji. Mario Adorf jako bezwzględny gangster Rocco nieprędko wypadnie z pamięci. Podobny typ postaci odgrywał Joe Pesci w filmach Martina Scorsese. To wyjątkowo popędliwy osobnik, który pragnie zasłużyć na miano prawdziwego mafioza, ale poprzez emocjonalną szarżę sprawia wrażenie człowieka pozującego na twardziela. Jest jednak niezrównoważony i nieprzewidywalny, a więc bardzo groźny. Jeden z tych, których nie chcielibyśmy spotkać na swojej drodze. Reszta obsady nie zapada tak mocno w pamięć, ale czasem wychodzą z cienia, by wziąć udział w akcji (Philippe Leroy, Lionel Stander). Chociaż w tej typowo męskiej historii sporo jest przemocy, to nie brakuje także zmysłowych momentów. Taniec Barbary Bouchet w nocnym klubie to świetne wprowadzenie tej postaci. Nie chodzi tylko o sam taniec, ale i sposób jego sfilmowania – zrobiono to tak, że przykuwa wzrok i działa na zmysły.

Kaliber 9 to przetworzenie motywów z opowiadań Giorgia Scerbanenco. Temat znany choćby z filmów Melville'a (Szpicel, Drugi oddech) został dopracowany do perfekcji. Przestępca mający za sobą odsiadkę (czyli tak zwany ex-convict) wpada w wir dawnych układów, trafia w tryby między lojalnością i zdradą, między wspólnikami i policją. Znakomita jest sekwencja otwierająca, w której po sprawnej wymianie paczek następuje wybuch szału i agresji. Dobrze tu zadziałała muzyka Luisa Bacalova, który wraz z grupą Osanna stworzył wspaniałe preludium do „opery przemocy”. Zamykająca prolog eksplozja jest sygnałem, że właśnie została otwarta puszka Pandory. Po tym otwarciu następuje czołówka, podczas której obserwujemy miasto – możemy wtedy wziąć oddech, gdyż potem nie będzie czasu na podziwianie widoczków. Historia opowiedziana jest z dużą dozą emocji i napięcia, ale reżyser nie zapomina o postaciach i fabule. Mamy tu szereg pełnokrwistych charakterów, atrakcyjne wolty fabularne i szarpiące nerwy sceny przemocy. Aż do znakomitego, bardzo przemyślanego finału mamy wrażenie obcowania z kinem najwyższego kalibru.

2. Brutalni zawodnicy (1973), reż. Sergio Martino

aka Milano trema: la polizia vuole giustizia / The Violent Professionals


Swoje sukcesy Sergio Martino zawdzięczał przede wszystkim pisarzowi Ernesto Gastaldiemu, z którym współpracował przy pięciu filmach giallo. Przy policyjnym thrillerze pod tytułem Brutalni zawodnicy Gastaldi także mocno się zaangażował (samodzielnie stworzył fabułę, bohaterów i dialogi), a po latach mówił, że to jego ulubiony film, przy którym brał udział. Na taki osąd z pewnością wpłynęła rola francuskiego aktora Luca Merendy, wcielającego się w postać twardego i skutecznego w działaniu gliniarza Giorgia Caneparo. Swoją definicję prawa pokazuje już na początku filmu, gdy zamiast aresztować zbiegłych skazańców zabija ich. Zasłużyli sobie na to, gdyż zamordowali bezbronne dziecko. Gdy w zamachu ginie jego szef – człowiek praworządny – Caneparo rozpoczyna krucjatę przeciwko mediolańskim bandytom. Zamach został poprzedzony piosenką, która nasuwa skojarzenia z beztroską i spokojem – nie zapowiada tragedii, usypia czujność widza, by mocno dać do zrozumienia że zagrożenie przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie.

Jeśli ktoś tworzy ranking najlepszych pościgów samochodowych to raczej nie pominie Bullitta (1968) ani Francuskiego łącznika (1971). W filmie Sergia Martina mamy trzy pościgi, które nie tylko są świetnie zrealizowane, ale i dobrze osadzone w fabule. Takie sceny nie były czymś wyjątkowym w tym gatunku, każdy reżyser specjalizujący się w poliziotteschi próbował nakręcić efektowną scenę pościgu. Budżet na to pozwalał, bo – wbrew temu co mówi wielu krytyków – nie były to tanie podróbki amerykańskiego kina. Dzięki zdolnym reżyserom, scenarzystom i aktorom otrzymaliśmy szereg produktów wysokiej jakości, które powodują opad szczeny podczas oglądania. Nie należy również zapominać, że tu chodzi o coś więcej niż sensacyjną intrygę. Martino i Gastaldi stworzyli bardzo przekonujący obraz politycznego chaosu, jaki spotęgował się w latach siedemdziesiątych we Włoszech. Wśród obywateli wybuchła epidemia nieufności, policja coraz bardziej traciła autorytet, strach i niepokój przybierały na sile, nie oszczędzano nikogo, ani szefów ani dzieci. 

Anglojęzyczne tytuły miały być proste i przystępne, aby zachęcić większe grono odbiorców do obejrzenia filmu. Tutaj ten zamysł na pewno się sprawdził, bo Brutalni profesjonaliści (The Violent Professionals) brzmi lepiej niż Mediolan drży: policja chce sprawiedliwości (Milano trema: la polizia vuole giustizia), ale ten tytuł to jednak coś więcej. Doskonale oddano w nim sens opowieści. Działanie gwałtowne (violent), czyli bezwzględne i ryzykowne, powinno iść w parze z profesjonalizmem, czyli myśleniem zdroworozsądkowym, pragmatycznym. Samą przemocą niczego się nie wywalczy, ale stosując wyłącznie zasady fair play również nie osiągnie się celu. Przestępcy nie mają zasad, więc i Temida powinna wykroczyć poza biurokrację. Genialne jest zakończenie filmu, w którym jeden gest znaczy więcej niż tysiąc słów. Bracia De Angelis znowu trafili w czuły punkt. Ich muzyka płynie wartkim nurtem, tak jak cała intryga, napisana i zrealizowana przez rozszalałych profesjonalistów.

3. Rewolwer (1973), reż. Sergio Sollima

aka Revolver / Blood in the Streets


Aby się obronić przed złem człowiek ma do wyboru kilka opcji: policja, sądy, prasa, albo najskuteczniejsza z nich – rewolwer. Przed takim wyborem zostaje postawiony bohater filmu Sergia Sollimy, naczelnik więzienia Vito Cipriani. Gdy zostaje porwana jego żona zmuszony jest porzucić bezpieczne życie, by wkroczyć do świata, którym wcześniej gardził. Kidnaperzy żądają, aby wydostał z więzienia skazańca Milo Ruiza. Problem w tym, że skazaniec nie ma pojęcia, komu tak bardzo zależy na jego wolności. Nie ma już przyjaciół, ostatniego pochował na samym początku filmu. Jednak teraz, pomiędzy osamotnionym więźniem a zdesperowanym naczelnikiem, tworzy się nić sympatii, gdyż obaj są ofiarami, pionkami w jakiejś grze o niejasnych regułach.

Po zrealizowaniu trzech wspaniałych westernów Sergio Sollima nakręcił dwa znakomite filmy sensacyjne. Jego Miasto przemocy (1970) ze względu na obsadę i miejsce akcji bliższe jest kinu amerykańskiemu, ale już Rewolwer z Oliverem Reedem i Fabio Testim to włoszczyzna najlepszej jakości. Od pierwszych taktów muzyki Ennia Morricone do przewrotnego i jakże wymownego zakończenia jest to przejmujący dramat o ludziach walczących o to, co im się należy: sprawiedliwość, wolność, możliwość wyboru najlepszej ścieżki. Jakież prostsze byłoby życie bez rewolwerów. Ale wtedy takie filmy nie byłyby potrzebne. One działają na widza dlatego, że opowiadają historie, które mogłyby się przydarzyć każdemu.

Alternatywny tytuł amerykański brzmi In the Name of Love i jest to dobry trop, bo wskazuje na miłość jako siłę napędową głównego bohatera. Uczucie do żony (zjawiskowa Agostina Belli, znana z oryginalnej wersji Zapachu kobiety) determinuje działania urzędnika Vita Ciprianiego. Z kolei poczynania gangsterów polegają na wyszukiwaniu u ludzi słabych punktów. Potrafią umiejętnie szarpać struny – tak, by ofiara mimo początkowych oporów tańczyła zgodnie z ich melodią. Wykorzystują oni miłość, by coś zniszczyć, protagonista potrzebuje jej zaś po to, by coś zbudować. Niestety jednak sytuacja pcha go w takie rejony, gdzie trudno zbudować trwały związek. Krew na ulicach i rewolwer w ręce symbolizują ścieżkę, która nie prowadzi do szczęśliwego finału. Piosenka Ennia Morricone i Daniela Berretty (Un Amico) to elegia o utraconej osobie, utraconym bezpieczeństwie i zmarnowanym życiu. W podobnym znaczeniu użył tej kompozycji Quentin Tarantino w Bękartach wojny (2009).

4. Policja ma służyć obywatelom? (1973), reż. Romolo Guerrieri

aka La polizia è al servizio del cittadino? / The Police Serve the Citizens?


Tytuł tego filmu to właściwie definicja gatunku. Stwierdzenie czegoś, co wydaje się oczywiste, a jednak ten znak zapytania nie jest przypadkowy. Formację, którą nazywamy policją, tworzą ludzie i są to obywatele jak każdy z nas. Bywa że nie potrafią ochronić samych siebie. Bywa że ulegają korupcji. Niektórzy są uczciwi, ale kto zbyt długo upiera się przy swoim ten przegrywa. Bo przestępczość jest już zbyt dobrze zorganizowana, by można ją było zwalczyć. Ale zawsze przyjemnie zobaczyć, jak ktoś próbuje. Bohater, który podejmuje walkę z potężną machiną zawsze wzbudza sympatię widza. W napięciu czeka się na moment, gdy będzie musiał wyjść poza reguły prawa. Bo inaczej się nie da. Prawo to szereg zakazów i ograniczeń, daje niewielkie pole do działania.

Enrico Maria Salerno świetnie nadawał się do takich ról, a tutaj stworzył interesującą kreację policjanta, który jest pochłonięty pracą i wpędza go ona we frustrację. Mafia zajmująca się wymuszaniem haraczy i zastraszaniem detalistów opanowała portowe miasto, Genuę, a ich wpływy sięgają wysoko. Wspomagany przez swojego zastępcę rozpoczyna śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa w porcie. To dopiero pierwsze z serii zabójstw, które doprowadzą praworządnego komisarza do zaskakujących wniosków. Policja rzecz jasna służy obywatelom, ale też dzieli obywateli na lepszych i gorszych. Tych lepszych nie tyka, przyzwalając tym samym na zło, które czynią. Dobry policjant powinien swoją frustrację zamienić w czyn bezwzględny i dynamiczny. Powinien na chwilę zapomnieć o procedurach i przekroczyć tę cienką granicę. 

Nie jest to zbyt doceniany film i Romolo Guerrieri nie jest uznanym filmowcem. To dzieło jednak dowodzi, iż miał do powiedzenia coś istotnego w temacie wielkomiejskiej przemocy. Swoją wypowiedź poparł solidnymi argumentami: przekonującym aktorstwem i surowym, realistycznym scenariuszem (autorem tekstu jest Massimo De Rita). Akcji nie ma wiele, ale gdy się jakaś pojawi to mocno uderza w emocjonalne struny. Autorem muzyki jest Luis Bacalov – soundtrack nie dorównuje ścieżce z filmu Kaliber 9, ale dobrze wkomponowuje się w akcję. Co ciekawe, do niniejszego zestawienia trafiły także filmy Marino Girolamiego i Enzo G. Castellariego, którzy są spokrewnieni z reżyserem omawianego obrazu. Jeden jest jego bratem, drugi bratankiem.

5. Wściekłe psy (1974), reż. Mario Bava

aka Cani arrabbiati / Rabid Dogs


W latach siedemdziesiątych Mario Bava nie miał szczęścia. Po kolejnych filmach, które w kasach kin nie przyniosły spodziewanych zysków zapewne myślał już o porzuceniu branży, kiedy z pomocą przyszedł relatywnie nieznany scenarzysta Alessandro Parenzo. Opowieść o rabunku i ucieczce gangsterów kojarzyła się z gatunkiem, z którym Bava nie miał jeszcze do czynienia. Była więc okazja do sprawdzenia się na nowym terytorium. Niestety pech dopadł reżysera jeszcze zanim ukończył film. Producent Roberto Loyola zbankrutował, a film został zarekwirowany przez sąd. Do dystrybucji trafił dopiero w latach dziewięćdziesiątych, a proces jego rozpowszechniania rozpoczęła występująca w nim aktorka Lea Lander. W akcję ratowania tej produkcji włączył się również syn reżysera, Lamberto Bava.

Tytułowe wściekłe psy to czwórka bandytów, którzy po dokonaniu brutalnego napadu i zabójstwa próbują umknąć policyjnemu pościgowi. Jeden ginie, a pozostała trójka bierze zakładniczkę i dokonuje nalotu na samochód – przestrzenny i nie wyróżniający się Opel Rekord Caravan. Zwykłe rodzinne autko, które teraz może zamienić się w karawan pogrzebowy. Mężczyzna wraz z chorym dzieckiem znajdują się na łasce przestępców. Herszt (Maurice Poli) stawia sytuację bardzo jasno: „Zabiliśmy już cztery osoby. Jedna więcej nie zrobi różnicy”. Kierowca (Riccardo Cucciolla) próbuje zachować spokój, ale to nie jest łatwe, gdyż dwaj przestępcy to wyjątkowi narwańcy (Luigi Montefiori, Aldo Caponi). Mario Bava zbliżał się już do sześćdziesiątki, ale postawił wszystko na jedną kartę. Przygotował dzieło ekspansywne i prowokatorskie, jakie mogłoby nieźle namieszać w rankingach lat siedemdziesiątych, gdyby wówczas oddano je do dystrybucji. 

Na pierwszy rzut oka film może wydawać się zbyt statyczny, gdyż dziewięćdziesiąt procent akcji rozgrywa się w samochodzie, ale przy głębszym spojrzeniu okazuje się, że jest tu właściwie wszystko, czym cechuje się dobre polizio. Zero nudy i maksimum emocji – tyle Bava osiągnął dzięki ekstremalnie przerysowanemu aktorstwu, wybornej ścieżce dźwiękowej (w tym przypadku autorstwa Stelvia Ciprianiego) i prostej, ale jakże mądrze poprowadzonej fabule. Udało się uzyskać gorącą atmosferę – widz siedzi przed ekranem i poci się jak w rozgrzanym aucie. Dodatkowym atutem jest zakończenie – chytrze przemyślane, kpiące z reguł gatunku, ale dla włoskiego kina jest to typowe zagranie. Podobne było na przykład w innym obrazie z nurtu car invasion Autostop rosso sangue (1977) z Frankiem Nero. Rzecz jasna nie ma mowy o naśladowaniu, to efekt przemyślanej włoskiej strategii polegającej na tym, by stworzyć taki finał, który pozwoli spojrzeć na historię zupełnie inaczej. Bo tylko na pozór są to proste i klarowne utwory rozrywkowe, w rzeczywistości przekazują głębsze treści o kondycji człowieka i maskach, które zakładamy by ukryć nasze pokusy i skłonności.

6. Ludzki odruch (1974), reż. Umberto Lenzi

aka Milano odia: la polizia non può sparare / Almost Human


Umberto Lenzi to jeden z najważniejszych twórców włoskiego kina rozrywkowego. Otarł się niemal o każdy możliwy gatunek: peplum, spionaggio, macaroni combat, spaghetti western, giallo, poliziottesco, kino kanibalistyczne. Typowy włoski fachura, nie gardził pieniędzmi i szybko dostarczał to, czego od niego oczekiwano. Prawdopodobnie najlepszy z jego produktów powstał w 1974. Ten film nie mógł się nie udać, gdyż reżyser otrzymał wsparcie od najlepszych fachowców w branży. Producent Luciano Martino (brat Sergia), scenarzysta Ernesto Gastaldi, montażysta Eugenio Alabiso, kompozytor Ennio Morricone oraz aktorzy Tomas Milian i Henry Silva – oddzielnie nie są oni gwarancją jakości, ale wspólnie tworzą niepokonaną ekipę. I nie tylko wpływy w kasach idą w górę, ale gwiazdek w recenzjach też przybywa.

Tytuł oryginalny Milano odia: la polizia non può sparare można przetłumaczyć jako Mediolan płonie nienawiścią: policja nie może strzelać. W Polsce lub w Ameryce, czyli w krajach, gdzie preferowane są proste i przyswajalne tytuły, coś takiego brzmi dziwnie, ale we Włoszech takie dziwactwa były normą. Lenzi w swoim dziele pokazuje świat pełen dzikiej furii, gdzie ludzie dzielą się na trzy grupy: awanturników, funkcjonariuszy i zakładników. Jedni są dzicy i anarchistyczni, drudzy żyją w świecie biurokracji i zakazów, a trzeci są tylko bezsilnymi ofiarami. Tak ten świat jest ułożony, że nie ma nikogo z kim można by sympatyzować. Każdy jest zwierzęciem podlegającym prawom natury. Sensem życia jest to, by tę zwierzęcość ujarzmić i odnaleźć w sobie człowieczeństwo. Dopóki tego nie zrobimy jesteśmy prawie ludźmi, jak sugeruje angielski tytuł Almost Human.

Ernesto Gastaldi po raz kolejny dostarczył doskonały materiał do realizacji, a taki rzemieślnik jak Umberto Lenzi po prostu nie mógł tego sknocić. Tym bardziej, że miał do dyspozycji takiego aktora jak Tomas Milian, który w rolach anarchistów i psychopatów czuł się doskonale. Kiedy w Bandytach w Mediolanie (1968) wcielał się w postać zwyczajnego nudnego gliny to z łatwością dał się przyćmić przez Giana Marię Volontè, bo wiedział że to jego film, on był w nim gwiazdą. Tutaj jest podobnie, tylko że rolę nudnego funkcjonariusza odgrywa Henry Silva, natomiast Milian robi to, co lubi najlepiej – szarżuje na maxa, zagarniając cały film dla siebie i w efekcie otrzymując najwięcej pochwał. Ale swoją robotę dobrze wykonał także Morricone – jego partytura jest minimalistyczna, ale dudni w uszach jeszcze długo po seansie.

7. Bunt obywatelski (1974), reż. Enzo G. Castellari

aka Il cittadino si ribella / Street Law


Wielki miłośnik westernów Enzo Castellari pierwszy raz pracował z Frankiem Nero dopiero w 1973 przy filmie Policja oskarża prawo rozgrzesza, znanym także pod angielskim tytułem High Crime. Od tamtego czasu nakręcili wspólnie siedem filmów będąc we włoskim kinie tym, kim na Zachodzie są Martin Scorsese i Robert De Niro. Moim zdaniem kultowy Django jest w Buncie obywatelskim ciekawszą postacią niż w High Crime, bo nie gra już policjanta, ale niepozornego szarego człowieka z tłumu, który na własnej skórze poznaje uroki wielkomiejskich ulic wraz z ich okrutnym prawem. Pobity przez bandytów i okradziony szuka pomocy u policji. A tu niespodzianka – policja nic nie może zdziałać w jego sprawie. Z początku jest jak przerażony i żałosny kundel, ale z czasem zaczyna przypominać rozjuszonego rannego tygrysa.

Carlo Antonelli (tak nazywa się główny bohater) w swojej wendecie różni się od Paula Kerseya z Życzenia śmierci (które we Włoszech miało premierę trzy miesiące później). W amerykańskim klasyku nie ma takich emocji. Dzięki przekonującej roli Franca Nero film jest przejmującym dramatem, w którym poszczególne sceny są jak ciosy zadane przez Carlosa Monzóna, argentyńskiego pięściarza wagi średniej. Jest moc, jest respekt, a poziom napięcia wzrasta – jak na pokazie mistrzów. Na finał czeka się niecierpliwie i jak się okazuje warto było czekać. Trudno opisać emocje towarzyszące emisji, jednakże przyznać należy, że amerykańskie sensacyjniaki takich wrażeń z reguły nie oferują.

Podobnie jak w większości najlepszych filmów gatunku duży nacisk położony jest na relację między bohaterami. Tutaj taką relację tworzą Franco Nero (Carlo) i Giancarlo Prete (Tommy). Ten drugi to drobny złodziejaszek, przez którego żądny zemsty bohater zamierza dotrzeć do swoich oprawców. Traktuje go więc jak narzędzie do osiągnięcia celu, szantażuje, dręczy, młóci jak worek treningowy, odnosi się jak do osobnika gorszej rasy. Ale dochodzi w końcu do sytuacji, gdy zaciera się między nimi granica. Carlo zaczyna przejmować cechy przestępców, Tommy nabiera więcej pozytywnych aspektów. Pierwszoplanowa postać tego dramatu staje się bliska widzom, bo dokonuje tego, czego każdy pragnie – obywatelskiego buntu przeciwko biurokracji, nieudolności policji i rozwydrzonym łajdakom. Dwugłowy kompozytor, Guido i Maurizio De Angelis, przygotował ponurą i chropowatą partyturę bezbłędnie ilustrując fatalizm opowieści.

8. Ostatnie godziny rozpaczy (1974), reż. Giorgio Stegani

aka Milano: il clan dei Calabresi / The Last Desperate Hours


Mafia kalabryjska nie jest tak dobrze znana jak sycylijska cosa nostra czy neapolitańska camorra, ale też posiada swoje strefy wpływów, gdzie umacnia swoje imperium. Część Kalabryjczyków wyemigrowała do północnych Włoch, np. do bogatszego Mediolanu, gdzie jest prawdziwy raj dla przestępców. Wielu reżyserów czyni z tej metropolii prawdziwą asfaltową dżunglę, by podkreślić jak bardzo niebezpieczne jest to miasto. Tak też uczynił Giorgio Stegani, który w swoim filmie przyrównał ten cały bandytyzm do wirusa rozprzestrzeniającego się po całym kraju. Otóż głównym bohaterem jest gangsterski boss Paolo Mancuso, który uciekając przed polującymi na niego zabójcami ukrywa się w laboratorium naukowym. I wtedy fabuła skręca w dość nieoczekiwanym kierunku, gdyż ów pechowy przestępca zostaje ugryziony przez szczura zainfekowanego arcygroźnym wirusem.

Wykorzystując pomysł z filmu Elii Kazana Panika na ulicach (1950) włoski reżyser stworzył pełen napięcia thriller o wyścigu z czasem. Policja chce złapać nieszczęśnika nie dlatego, że zrobił coś złego, ale po to, by uratować mu życie i zapobiec epidemii. Gangster rzecz jasna nie zgłosi się sam na policję, ale będzie chciał wyrównać rachunki zanim wirus powali go całkowicie na ziemię. Wraz ze zdrowiem ten człowiek traci właściwie wszystko – okazuje się, że nikomu nie może ufać, wszyscy chcą jego zguby. Cała nadzieja choćby na godną śmierć umiera pozostawiając na ustach gorzki smak. Wyjątkowo złośliwa ironia losu – być gangsterem i zabójcą, a znaleźć się w centrum uwagi jako zainfekowany szczur laboratoryjny.

Swoje ostatnie rozpaczliwe godziny przeżywa w tym filmie Antonio Sabato. Aktor, który zabłysnął już pierwszą rolą filmową – mistrza kierownicy w dramacie Johna Frankenheimera Grand Prix (1966), za który został wyróżniony nominacją do Złotego Globu. Nominację uzyskał w kategorii najbardziej obiecujący nowicjusz. Zdecydowanie nie wykorzystał szansy – jego dorobek nie jest imponujący. Trochę szkoda, bo w rolę Paola Mancuso wpasował się idealnie. Jego twarz wyraża emocje właściwe do sytuacji i dosyć czytelna jest jego przemiana z brutalnego twardziela w żałosną ofiarę losu.

Muzyka we włoskich filmach gatunkowych zwykle ma tylko budować atmosferę opowieści, a nie ilustrować dramaty bohaterów. Jednak tutaj przydałby się geniusz na miarę Morricone, który w Rewolwerze doskonale uchwycił tragizm świata przedstawionego. Z pewnością potrafiłby także wyrazić ironię, jaką ta historia jest podszyta. Gianni Marchetti poszedł na łatwiznę. Jego soundtrack do Summer Affair (1971, także w reżyserii Steganiego) może dowodzić, że był artystą z potencjałem, ale ostatnie godziny kalabryjskiego bossa zasługiwały na bardziej wyrazistą ilustrację muzyczną.

9. Policja ma związane ręce (1975), reż. Luciano Ercoli

aka La polizia ha le mani legate / Killer Cop


Luciano Ercoli to przede wszystkim zasłużony dla kina rozrywkowego producent. Po wyprodukowaniu Fantomasa (1964) odkrył zjawiskową hiszpańską piękność Nieves Navarro. W ciągu dziewięciu lat (1965-73) obsadził ją w dziewięciu filmach, między innymi w spaghetti westernach i filmach giallo. W 1972 poślubił tę aktorkę i przetrwał w tym związku aż do swojej śmierci w 2015. Jako reżyser zasłynął przede wszystkim ze stylowych gialli, a po zrealizowaniu filmu z nurtu poliziottesco otrzymał w spadku dużą fortunę. Zamiast jednak kontynuować pracę producenta i wspierać kolegów postanowił porzucić branżę.

Film pod tytułem Policja ma związane ręce to świetny thriller przywołujący ówczesną sytuację polityczną Włoch. Komisarz Matteo Rolandi (Claudio Cassinelli) nie wygląda na twardego policjanta, ale raczej na intelektualistę, szczególnie gdy założy okulary. Gdy w mediolańskim hotelu wybucha bomba zabijając wielu obywateli komisarz jest autentycznie przerażony – sam mógł zginąć, gdyż znajdował się w pobliżu. Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, w tym także prokurator generalny (Arthur Kennedy), mają związane ręce. Rolandi – ten niepozorny glina – spróbuje zdemaskować inicjatora zamachu. Jego bronią nie jest siła ani skłonność do agresji, ale spryt, energia, zdolności detektywistyczne. 

Luciano Ercoli skupił się na rozwoju postaci, a nie na akcji, jednak udało mu się utrzymać napięcie do końca. W swoim filmie nawiązał do tragicznego wydarzenia, które zainicjowało tak zwaną dekadę ołowiu. Zamach dokonany na Piazza Fontana w Mediolanie w 1969 rozpoczął falę terroryzmu, która zalała cały kraj i uruchomiła liczne śledztwa nie przynoszące jednak pozytywnych rezultatów. Współczesne wydarzenia, jakie rozgrywają się w Europie jasno dowodzą, że problem terroryzmu nie tylko nie zniknął, ale coraz bardziej się spotęgował. Najgorsze jest to, że zamachowcy dokonujący ataków są tylko pionkami, grube ryby pływają zbyt głęboko, by można je było schwytać. Już tytuł filmu doskonale uwidacznia, w czym problem – jeśli policja nie może nic zrobić, to nic dziwnego, że przestępczość się nasila, a wraz z nią wzrasta społeczny niepokój.

Muzyka Stelvia Ciprianiego podkręca tempo, sugeruje że coś musi eksplodować. Jeśli nie bomba to emocje gotujące się w ludziach. Po udanej współpracy z Ercolim przy filmie giallo (Śmierć na wysokich obcasach, 1971) Cipriani skombinował kolejny świetny soundtrack w swoim stylu, który jest częścią przejrzystej struktury symfonicznej. Filmy z serii La Polizia... kompozytor wykorzystał do stworzenia spójnej koncepcji, w skład której wchodzi także utwór wyjęty jakby z innej „bajki” pt. Papaya.

Niestety, tragiczny los spotkał odtwórcę głównej roli. Claudio Cassinelli zginął w 1985 w katastrofie helikoptera na planie Hands of Steel (1986, reż. Sergio Martino). Miał niecałe 47 lat. Fani polizio i gialli mogą kojarzyć tego aktora z filmu Policja prosi o pomoc (1974, reż. Massimo Dallamano).

10. Brutalne miasto (1975), reż. Marino Girolami

aka Roma violenta / Violent City


To był dobry materiał dla duetu Enzo Castellari - Franco Nero, ale oni mieli na oku inny projekt, więc reżyserią zajął się... ojciec Castellariego, który w głównej roli obsadził swojego faworyta. I to był strzał w dziesiątkę – Maurizio Merli od tamtej pory stał się gwiazdą gatunku, często wcielając się w postać łamiącego zasady komisarza policji (takie role dawali mu potem Umberto Lenzi i Stelvio Massi). Z początku był stylizowany na następcę Franka Nero (sugeruje to kreacja w jednym z sequeli Białego kła), ale z czasem ukształtował swój własny styl i teraz nie sposób go z kimkolwiek pomylić. Brutalne miasto to pierwsza część serii, której bohaterem jest niezłomny komisarz Betti. Pozostałe części cyklu to Brutalny Neapol (1976, Lenzi) i Włochy na celowniku (1976, ponownie Girolami).

Rzym to nie tylko stolica Italii, ale i stolica świata. Mnóstwo tu atrakcji turystycznych, które przyciągają podróżników. Ale jak w każdym wielkim mieście obok zwyczajnych, uczciwych ludzi po ulicach chodzą też najgorsze szumowiny. Marino Girolami stawia sprawę jasno – rabusie nie gardzą żadną robotą. Napady na banki są zbyt ryzykowne, więc co robią bandyci? Okradają pasażerów autobusu albo wyrywają kobietom torebki! No bo może akurat ktoś wracał z banku z wypłatą. To tylko podkreśla jak perfidna i niehonorowa jest to robota. Zero elegancji, jaką można zobaczyć we francuskich lub brytyjskich heist movies. Włoska robota już przestaje się kojarzyć z angielską komedią Petera Collinsona, a zaczyna być bliższa prawdziwemu życiu. Każde przestępstwo jest zbrodnią, a od złodziejstwa coraz bliżej do morderstwa lub gwałtu.

Mamy tutaj stuprocentowy tour de force w wykonaniu sześćdziesięcioletniego reżysera i trzydziestopięcioletniego aktora. Komisarz Betti nie cacka się z przestępcami, jego gniew nie gotuje się wewnątrz, ale wychodzi z klatki i objawia się w czynach. Jeden z filmów z Maurizio Merlim, ale reżyserowany przez Stelvia Massiego, nosi tytuł Policjant samotność i gniew (1980) – to jest właśnie taki typ bohatera, gniewny i w swojej walce samotny. Chociaż znajduje podobnych jak on buntowników, to jednak nie są to trwałe związki. Każdy używa siły fizycznej, by ranić, niszczyć i zabijać – każdy może więc stać się katem i ofiarą.  Komisarz Betti (Maurizio Merli) i prawnik Sartori (Richard Conte, zmarł w 1975, nie dożył premiery) robią wszystko, by umocnić przekonanie, że ład i bezpieczeństwo – choć niekoniecznie przepisy prawa – są chronione, zaś przestępstwa surowo karane.

Jest to kino dynamiczne i wciągające. Reżyser sprawnie poprowadził fabułę, a główny bohater – najbardziej gniewny brat Harry'ego Callahana – zasłużenie stał się ikoną gatunku. Jedna z najlepszych scen filmu to szaleńczy pościg samochodowy za Johnem Steinerem. Tradycyjnie muszę też wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Bracia De Angelis komponowali pamiętne partytury zarówno do komediowych polizio, jak i rasowych, pełnych furii obrazów. Nie szli jednak na łatwiznę poprzez tworzenie klasycznej muzyki akcji, lecz preparowali utwory z klimatem, duszą, surowo-nostalgicznym brzmieniem. Tak jak w tym właśnie filmie.

11. Colt 38 Brygada specjalna (1976), reż. Massimo Dallamano

aka Quelli della calibro 38 / Colt 38 Special Squad


Miłośnikom kina lat siedemdziesiątych nazwisko Marcela Bozzuffiego kojarzy się z drugoplanowymi rolami w świetnych filmach (Francuski łącznik, Cygan, Szacowni nieboszczycy), ale Massimo Dallamano obsadził go na pierwszym planie w swoim (niestety) ostatnim filmie. W listopadzie 1976 reżyser zginął w wypadku samochodowym w wieku 59 lat. Jego najsłynniejsza produkcja to giallo Co się stało z Solange? (1972), ale zanim zaczął działać jako reżyser był przez dwadzieścia lat operatorem, między innymi przy filmach peplum i spaghetti westernach (dwa filmy Sergia Leone). W obrazie z gatunku polizio Colt 38 Brygada Specjalna ustawiał kamerę tak, by przekaz był czytelny, by widać było dynamikę, gdyż w tym gatunku jest ona bardzo ważna. Wspierał go inny doświadczony operator, pochodzący z Węgier Gábor Pogány.

Film opowiada o tym, że nic nie pozostaje bez konsekwencji. Gdy w obławie policyjnej ginie przestępca, jego brat odpłaca się zabijając żonę policjanta dowodzącego akcją. W odwecie gliniarz powołuje do życia specjalny oddział uzbrojonych motocyklistów, który ma wspierać działania policji, omijając procedury, wykraczając poza prawo. Tymczasem terroryści coraz śmielej sobie poczynają w Turynie – miasto staje w ogniu, gdy fala zamachów bombowych odbiera życie licznym mieszkańcom. Strach wyjść na ulicę. Dallamano mądrze konstruuje sceny akcji, każda sekwencja jest przemyślana, nie ma przypadkowości. I są emocje. Na przykład w jednej z początkowych scen matka ginie na oczach syna. Nie znamy jej, a jednak scena jest tak zbudowana, by wywołać jakąś reakcję, nienawiść do zabójcy, a potem także zrozumienie dla działań protagonisty. 

Może i Marcel Bozzuffi nie ma charyzmy Clinta Eastwooda ani Franka Nero, ale to działa akurat na jego korzyść, gdyż przypomina przeciętnego faceta, który znalazł się na skraju desperacji. Ivan Rassimov jako zimnokrwisty morderca też spełnia swoją rolę bez zarzutu. Reżyser w inteligentny sposób opowiedział losy jednostki rozpaczliwie domagającej się sprawiedliwości. W tym świecie nic nie śpi – należy być czujnym i pamiętać, że każdy czyn może mieć swoje konsekwencje. Akcja jest napędzana zemstą i wciąga, bo utrzymana jest w dobrym tempie. Na ekranie panuje ruch, a jedną scenę ukradł czerwony Fiat 127. Nie mogę również przejść obojętnie obok ścieżki dźwiękowej – Stelvio Cipriani skomponował nie tylko świetny temat przewodni, ale i tematy poboczne, w tym piosenkę w wykonaniu Grace Jones (słowa napisał Hal Shaper). W jednej scenie wykorzystał również swoją Papayę z filmu Policja ma związane ręce.

12. Ostatnia runda (1976), reż. Stelvio Massi

aka Il conto è chiuso / The Last Round


Podobnie jak Dallamano Stelvio Massi był utalentowanym operatorem, który odniósł sukces jako reżyser policyjnych kryminałów. Jego ulubionym aktorem był Maurizio Merli – zrealizowali wspólnie sześć filmów w latach 1977-80, a więc już w ostatniej fazie gatunku. Pierwszy z tych obrazów – Policyjny sprint (1977) – można uznać za pierwowzór Szybkich i wściekłych (2001),  a także przykład na to, że ekipa Rémiego Julienne'a potrafi zdziałać cuda w dziedzinie samochodowych scen akcji (dzięki temu film ma dużą przewagę nad lubianą serią z Vinem Dieselem). W okresie największej popularności polizio Massi stworzył trylogię Mark the Narc (1975-76) z Frankiem Gasparrim w tytułowej roli. Ale ja wybrałem inną produkcję, którą z kilku powodów uważam za ciekawszą. Ostatnia runda to przeniesienie fabuły Straży przybocznej (a więc także Za garść dolarów) w realia współczesnych Włoch. Z południa przybywa do małego miasteczka tajemniczy osobnik i trafia w sam środek wojny pomiędzy dwoma klanami: Manzetti i Belmondo.

Przy Buncie obywatelskim Castellariego napisałem, że poszczególne sceny są w nim jak ciosy Carlosa Monzóna. Ten pochodzący z Argentyny bokser – mistrz wagi średniej – występował również w filmach. Stelvio Massi dał mu pierwszoplanową rolę podobną do tej, którą kreowali Toshirō Mifune i Clint Eastwood. I chociaż brakowało mu tej charyzmy, jaką mieli odtwórcy roli człowieka bez nazwiska, to prywatnie był tak ciekawą osobą, że wzbudzał autentyczny niepokój. W 1988 roku został skazany na jedenaście lat za zabójstwo żony, wcześniej był niejednokrotnie oskarżany przez nią o pobicie. Jako pięściarz cechował się wyjątkową odpornością na mocne ciosy. Bijatyki w jego wykonaniu wyglądały wiarygodnie, nawet jeśli zostały wyreżyserowane. 

Z kolei postać Luca Merendy można odbierać jako alter ego „brutalnego zawodnika” z filmu Sergia Martina. W tamtym obrazie niewiele go dzieliło od przejścia na mroczną stronę. Tutaj już znajduje się po tej złej stronie – nic go nie hamuje, więc mordercze skłonności, jakie tkwią w każdym człowieku, mogą opuścić klatkę, w której zamknęły go role policjantów. Reżyser zrezygnował tym razem z samochodowych pościgów, co wpłynęło korzystnie na surowość spektaklu.

Dźwięki muzyki Luisa Bacalova kreują opowieść o tajemniczym jeźdźcu znikąd, współczesny western o przetrwaniu w świecie zdominowanym przez przemoc. Kompozytor podszedł do tematu jednak inaczej niż w swoim sztandarowym dziele (Django; 1966, 2012), bardziej ascetycznie, z wyczuwalną nostalgią. Autorem zdjęć jest Franco Delli Colli – potrafi on łączyć naturalizm z barokową stylizacją, podobnie jak jego kuzyn Antonio Delli Colli, operator filmów Pasoliniego i Leone. Scenariusz na motywach Krwawego żniwa Dashiella Hammetta napisał Piero Regnoli, bardzo płodny i wszechstronny autor (ponad sto scenariuszy), wcześniej dziennikarz gazety watykańskiej „L’Osservatore Romano”.

3 komentarze:

  1. Szkoda, że poza rewelacyjnym Rewolwerem, żaden film nie jest dostępny w polskiej wersji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, tak właśnie jest. Ale gdy oglądałem "Rewolwer" kilka lat temu to również nie mogłem do niego znaleźć polskiej wersji językowej.

      Usuń