HORRORY GOTYCKIE. 11 symfonii grozy



Terminem „gotyk” opisuje się różne elementy kultury: architekturę, sztukę, muzykę, literaturę, a nawet modę. Pojęcie wywodzi się od germańskiego plemienia Gotów, które w okresie późnego antyku poważnie zachwiało fundamentami Imperium Rzymskiego. Początkowo określenie „gotycki” oznaczało „barbarzyński”, „mroczny”, „destrukcyjny”. Styl gotycki to styl zupełnie odmienny od klasycznej rzymskiej architektury i sztuki, czyli oszczędna forma zamiast monumentalnych konstrukcji, prostota i półmrok zamiast przepychu i wielobarwnych malowideł.

W historii literatury przełomowe jest dzieło Horacego Walpole'a Zamczysko w Otranto (The Castle of Otranto, 1764), które otrzymało podtytuł Gotycka opowieść (A Gothic Story). W XVIII i XIX wieku na gruncie gothic fiction powstało wiele zróżnicowanych utworów, od melodramatów i kryminałów po fantastykę i opowieści grozy. Do najważniejszych powieści nurtu należą m.in. Tajemnice zamku Udolpho (The Mysteries of Udolpho, 1794) Ann Radcliffe i Dracula (1897) Brama Stokera. Gatunek filmowy, który znamy pod nazwą horror gotycki wywodzi się bezpośrednio z takiej literatury.

Tym gatunkiem postanowiłem się zająć, przygotowując kolejną zbiorówkę. Zaprosiłem sześcioro gości, którzy lubią od czasu do czasu zanurzyć się w gotyckie, dziś już nieco przestarzałe, klimaty. Współtwórcami niniejszego zestawienia są (kolejność alfabetyczna): Kuba Haczek (The Blog That Screamed), Caligula von Kömuda (La Fin Absolue du MondeKinomisja), Piotr Kuszyński (Komnata Dymu), Marta Płaza (Kinomisja), Simply (The Blog That Screamed) i Krzysztof Walecki (Film.org.pl). Słowem kluczowym omawianego gatunku jest „dom”, co widać po zerknięciu na poniższe tytuły – ważnym elementem fabuł jest staroświecka posiadłość, która obrosła w legendę na skutek przerażających wydarzeń (może to być nie tylko klasyczne domostwo, ale też zamek, willa lub nawet młyn).

MARIUSZ CZERNIC


Legenda Piekielnego Domu (1973, reż. John Hough)


Jednym z najczęściej wykorzystywanych szablonów w kinie grozy jest schemat opowieści o budynku opanowanym przez duchy. Klasyką powieści gotyckiej jest Nawiedzony dom na wzgórzu (1959) Shirley Jackson, a jej odpowiednikiem w świecie kina jest ekranizacja tej książki – Nawiedzony (1963) Roberta Wise'a. Z tych źródeł czerpał Richard Matheson, tworząc powieść Hell House (1971) i scenariusz na jej podstawie (tytuł nieprzypadkowo przypomina Hill House z utworu Shirley Jackson). Produkcja wyróżnia się ciekawym podejściem do parapsychologii – jest to podejście realistyczne (konsultantem był jeden z najsłynniejszych brytyjskich jasnowidzów, Tom Corbett). Fabuła z grubsza prezentuje się następująco: Doktor fizyki Lionel Barrett (Clive Revill), który zna się na parapsychologii, otrzymuje dobrze płatne zlecenie polegające na spędzeniu tydzień w Piekielnym Domu i udowodnieniu (lub obaleniu) tezy o istnieniu życia po śmierci. Dawno temu doszło w tej posiadłości do przerażających wydarzeń, które przeżył jeden człowiek, Ben Fischer (Roddy McDowall), będący medium fizycznym – on także bierze udział w tym zadaniu. Aby nie było zbyt nudno, mężczyznom towarzyszą dwie kobiety: żona doktora Barretta, Ann (Gayle Hunnicutt) oraz medium mentalne, tzn. komunikujące się z duchami poprzez telepatię, Florence Tanner (Pamela Franklin).

Reżyser John Hough jest twórcą jednego z najlepszych horrorów wytwórni Hammer, Twins of Evil (1971), w którym połączył tematykę wampiryzmu i polowań na czarownice. Realizując Legendę Piekielnego Domu postawił na kameralny, złowieszczy klimat, sugerujący że – po otwarciu bramy prowadzącej do Domu Belasco – bohaterowie wkraczają do królestwa piekieł. Praca operatorów, Alana Hume'a i Toma Howarda (ten drugi odpowiedzialny za zdjęcia trikowe), podkreśla złowrogi nastrój na granicy życia i śmierci, pomiędzy światem ludzi i duchów. Nie ma wątpliwości, że w domu dzieje się coś dziwnego, ale każdą, nawet najdziwniejszą, sytuację można racjonalnie uzasadnić. Obecność duchów nie musi być dowodem na istnienie życia po śmierci – może być jedynie rodzajem pewnej energii bez osobowości i kształtu, utworzonej w wyniku nagromadzenia w jednym miejscu zbyt wielu grzechów. Oprócz atmosfery niepokoju i strachu występuje tu również napięcie seksualne – domostwo tak działa na bohaterów, że wiele scen zaskakuje, nie można być pewnym, jak ta historia się skończy. A może się nie skończy, bo niektórych rodzajów energii nie da się wyłączyć. Podstawowa obsada składa się tylko z czterech nazwisk. To wystarczy, bo – choć nie są to gwiazdorskie nazwiska – roztaczają wokół siebie taką aurę, że zapomina się o wtórności scenariusza, tylko z satysfakcją pochłania się kolejne kawałki gotyckiej uczty. Dobrze zaprezentowała się szczególnie Pamela Franklin, aktorka dziś już zapomniana (którą wciąż można spotkać wśród żywych), znana także z innych udanych ról w klasycznych filmach grozy (W kleszczach lękuAnd Soon the Darkness).

KUBA HACZEK


Mill of the Stone Women (1960, reż. Giorgio Ferroni)


Powstały w 1960 roku pierwszy kolorowy włoski horror to wizualna uczta dla oka, czerpiąca równie wiele z dzieł wytwórni Hammer, co z fabuły Gabinetu figur woskowych (1953) André De Totha oraz Oczu bez twarzy (1960) Georges'a Franju. Wyreżyserowany przez zapomnianego dziś Giorgia Ferroniego film jest klasyczną gotycką opowieścią grozy, w której nawiedzone zamkowe komnaty zostały zastąpione mrocznym wnętrzem tytułowego młyna. Rzecz dzieje się w holenderskim miasteczku, do którego przybywa młody student historii sztuki Hans von Arnim (Pierre Brice), w celu stworzenia dokumentacji opisującej młyn i niezwykłe rzeźby, jakie się w nim znajdują. Ich twórcą jest profesor Wahl (Herbert Boehme), który mieszka wraz ze śmiertelnie chorą córką Elfie (Scilla Gabel) oraz nadzorującym jej zdrowie doktorem Bohlem (Wolfgang Preiss, znany szerszej publiczności z wcielenia się w postać doktora Mabuse). Przyjazd Hansa wprowadza zamęt w spokojne życie miasteczka – Elfie zakochuje się w przybyszu, ten jednak ofiarowuje swą miłość Liselotte (Dany Carrel).

Miłosny trójkąt szybko zostanie przerwany śmiercią, która jednak nie zawsze musi oznaczać koniec. Doskonale stworzony klimat bezsilności i osamotnienia, jakie przeżywa Elfie, to oprócz kreacji aktorskiej także dzieło operatora Piera Ludovica Pavoniego, odważnie nawiązującego w swych kadrach do filmowego ekspresjonizmu, jak i XIX-wiecznego malarstwa (kłania się tutaj choćby Wampir Carla Th. Dreyera z 1932, ale i obrazy prerafaelitów). Główna bohaterka niesamowicie przypomina Barbarę Steele i jej rolę w Masce szatana (1960) Maria Bavy – jest nawet w podobny sposób jak księżniczka Asa przedstawiona widzowi. Pierre Brice (znany przede wszystkim z roli Winnetou) gra tutaj klasyczną postać amanta, lecz im bliżej dramatycznego końca filmu, tym bardziej jego postać się zmienia, nabiera wewnętrznego napięcia, dobrze dostosowując się do mrocznej tematyki obrazu. A ta zawiera w sobie wątki dotyczące nieśmiertelności i wręcz wampirycznej żądzy krwi, koniecznej do przetrwania piękna i życia. Film jest koprodukcją włosko-francuską, która stała się sukcesem na zagranicznych rynkach, we Włoszech przepadając jednak z kretesem. Co dziwne, gdyż jej wpływ na późniejsze filmy Riccarda Fredy czy Antonia Margheritiego wydaje się wręcz oczywisty.

Kobieta w czerni (1989, reż. Herbert Wise)


Ten brytyjski telewizyjny film grozy z 1989 roku to adaptacja młodszej o sześć lat popularnej powieści Susan Hill pod tym samym tytułem, na podstawie której powstała też jedna z najdłużej wystawianych sztuk teatralnych na londyńskim West Endzie. Popularność zyskała dzięki prostej, klarownej fabule, nawiązującej do XIX-wiecznych brytyjskich opowieści grozy autorstwa Elizabeth Gaskell i M.R. Jamesa. Poznajemy w niej młodego radcę prawnego Arthura Kidda (Adrian Rawlins), któremu zostaje przydzielona sprawa przejrzenia dokumentów i aktów własności pozostałych po świeżo zmarłej Alice Drablow. Kobieta zamieszkiwała dom na obrzeżach fikcyjnego Crythin Gifford w północnej Anglii, połączony z wioską wąską groblą, często zalewaną podczas przypływów. Po dotarciu na miejsce prawnik spotyka się z nieufnością oraz niechęcią mieszkańców miasteczka, przekonanych, iż w Eel Marsh House (tak zowie się owa posiadłość) dzieją się niesamowite rzeczy. Mimo ich przestróg Arthur decyduje się spędzić w nim kilka nocy, poświęcając się swojej pracy. Gdy na pogrzebie zauważa widmową postać kobiety ubranej w żałobne szaty (Pauline Moran) zaczyna prowadzić prywatne śledztwo, mające na celu rozwiązanie zagadki tajemniczego dworu i jego mieszkańców.

Rozwijająca się niespiesznie narracja filmu prowadzi widza z hałaśliwego Londynu do małej wioski, gdzie sekrety są chowane przed dziennym światłem w nadziei na wygaśnięcie klątwy. Odosobniony dom na końcu grobli jest otoczony zalewowym terenem bagien i mokradeł z nieodłączną dla nich mgłą, wzmagającą wszechobecny klimat tajemnicy. Gdy śpiew morskich ptaków przerodzi się w płacz dziecka, a hulający wiatr zamieni się w przeraźliwy krzyk, wiemy już, że finał tej opowieści będzie tragiczny. Historia nieszczęśliwej kobiety pozbawionej syna staje się ponurym zwiastunem przyszłych zdarzeń, będąc ostrzeżeniem dla głównego bohatera, który przypłaca wizytę w miasteczku załamaniem nerwowym. I gdy wydaje się, iż najgorsze jest za nami, nadchodzi ponury finał – ostatnie minuty filmu to przejmujące w swym tragizmie spełnienie starej klątwy, która powraca w najmniej spodziewanym momencie. Film, zaprezentowany w brytyjskiej telewizji po raz pierwszy w Wigilię 1989 roku (cóż za doskonałe wyczucie!), stał się nieoczekiwanym sukcesem klasycznego i niemodnego gatunku oderwanego od współczesności.

CALIGULA VON KÖMUDA


Twins of Evil (1971, reż. John Hough)



Świeżo osierocone bliźniaczki jednojajowe trafiają pod opiekę ich wuja, Gustava Weila (Peter Cushing). Dla dziewczynek wychowanych w światowej Wenecji przenosiny do prowincjonalnego miasteczka w środkowej Europie stanowią szok. Dodatkowo, okazuje się, że ich opiekun jest religijnym fanatykiem, który wraz ze swym „bractwem” poluje na tzw. wiedźmy. Tymczasem jedna z sióstr przeżywa fascynację żyjącym w pobliskim zamku hrabią Karnsteinem (Damien Thomas), człowiekiem rozpustnym i zepsutym, a na domiar złego - oddającym cześć diabłu… Twins of Evil to ostatnia część hammerowskiej „trylogii Karnsteinów”. Wchodzące w jej skład filmy zostały zainspirowane fabułą słynnej Carmilli J. Sheridana Le Fanu (1872). W obrazie Johna Hougha na pierwszym planie mamy więc wątek wampiryczny, ale do mikstury dodano także purytańskie zabobony i motywy satanistyczne. Trzy pieczenie na jednym ogniu, ale ma to nawet swój sens: twórcy jak najbardziej wierzą, że zło istnieje, ale z reguły nie tam, gdzie go upatrujemy.

Grany przez Cushinga wuj-oszołom to mizogin jak się patrzy, w każdej kobiecie widzący kochanicę Belzebuba – facetowi niedaleko do bohatera Vincenta Price’a z Witchfinder General (1968). Prawdziwymi gwiazdami przedsięwzięcia są jednak w tym przypadku siostry Collinson. Mary i Madeleine zyskały popularność jako pierwsze bliźniacze playmates, odkrywając swe wdzięki podczas sesji zamieszonej w Playboyu z października 1970 roku. Włodarze Hammer Films skwapliwie podchwycili okazję, zatrudniając ledwie pełnoletnie dziewczęta do podlanej dużą dawką erotyki gotyckiej opowieści. Chętnie umiejscawiane w kadrze głębokie dekolty przykuwają uwagę lepiej, niż jakikolwiek inny wabik. Tych, którym same cycki nie wystarczają, uspokajam: to naprawdę niezłe kino grozy, w klasycznym hammerowym stylu. Fabuła wciąga, jak należy, a i klimat jest konkretny. Do podziwiania i relaksu jak znalazł.

PIOTR KUSZYŃSKI


The Horrible dr Hichcock (1962, reż. Riccardo Freda) 






Tytułowy Bernard Hichcock to znany i ceniony lekarz, wprawiony w dziedzinie anestezjologii specjalista, któremu życie zawdzięcza naprawdę wiele osób. Można by powiedzieć, że to człowiek do rany przyłóż, nikt jednak nie wie, że ów doktor skrywa okropną tajemnicę: odczuwa pociąg seksualny do świeżych zwłok. Swoje nekrofilskie tendencje Hichcock przenosi również na małżeńskie łoże: do miłosnego aktu dochodzi dopiero po uśpieniu partnerki, tak by przypominała świeżą nieboszczkę. Niestety, pewnego razu doktor przesadza z dawką anestetyku, co doprowadza do zgonu małżonki. Hichcock znika więc z miasta na 12 lat, by wrócić z nową żoną (w tej roli obłędna Barbara Steele), która jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej życie jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. The Horrible dr Hichcock to idealny, obok Bicza i ciała (1963) Mario Bavy (scenariusze do obu filmów napisał Ernesto Gastaldi), przykład tego, jak odważni byli w tamtym czasie włoscy filmowcy. Trzeba jednak pamiętać, że kontrowersyjny zalążek fabularny jest tu zaledwie ostrą przyprawą do dania głównego, jakim jest dość standardowy gotycki horror. I co najważniejsze, nie traci on przez to ani krzty elegancji. Film Riccardo Fredy z powodzeniem buduje gęstą niczym smoła atmosferę i zachwyca zarówno bogactwem scenografii, jak i świetnymi zdjęciami. Sama fabuła, choć nie zawsze sensowna, zdecydowanie wypełnia swoje zadanie i przykuwa widza do ostatnich chwil. To jeden z moich ulubionych włoskich gotyków i nierzadko odnoszę wrażenie, że jest nie tyle niedoceniany, co szerzej nieznany. A szkoda!

Castle of Blood (1964, reż. Antonio Margheriti, Sergio Corbucci)





Nie ma krzty przesady w stwierdzeniu, że Edgar Allan Poe, jako jeden z najsłynniejszych twórców w literackiej grozie, miał przeogromny wpływ na wyobraźnie filmowców, którzy pragnęli oddać za pomocą obrazu atmosferę, którą operował mistrz w swych utworach. Chociażby w latach 60. nie brakowało przecież adaptacji prozy Poego, czy filmów, w których widać inspirację Jego romantyczną wrażliwością. Do tej drugiej kategorii można przypisać Castle of Blood z 1964, francusko-włoską koprodukcję, w której to zresztą postanowiono zrobić z Poego jednego z pobocznych, acz ważnych dla fabuły bohaterów. Film zaczyna się w pewnej karczmie, gdzie toczą się gorączkowe dysputy między Edgarem Allanem, Lordem Blackwoodem, a Alanem Fosterem, młodym reporterem i zadeklarowanym racjonalistą, co stawia go w opozycji do swoich rozmówców. Rozmowa kończy się zakładem: Foster ma spędzić noc święta zmarłych w zamczysku, którego właścicielem jest Blackwood i jak możecie się tego spodziewać, skutkiem jest pasmo wydarzeń zarówno niezwykłych, jak i tragicznych. Ten czarno-biały obraz jest wypełniony po brzegi ponurą atmosferą i aurą tajemniczości, choć nie brakuje tu także odrobiny makabry. Warto mieć jednak na uwadze, że więcej niż grozy jest tu przede wszystkim smutku: w końcu to film o tragicznej miłości (ten element cudownie wzbogaca bardzo zmysłowa rola Barbary Steele), nienawiści i jej straszliwych konsekwencjach. Castle of Blood jest przede wszystkim obrazem poruszającym, idealnym na późne i samotne wieczory.

MARTA PŁAZA


Dom długich cieni (1983, reż. Pete Walker)



Głównym bohaterem historii jest niejaki Kenneth Magee – poczytny amerykański pisarz, lubiący stawiać przed sobą wyzwania. Któregoś dnia postanawia założyć się ze swoim wydawcą o 20 tysięcy dolarów, iż w ciągu następnych 24 godzin uda mu się przygotować kolejną powieść. W tym celu udaje się do dawno opuszczonej walijskiej posiadłości, gdzie czekać będzie na niego jedynie cisza, spokój i nieskończone źródło inspiracji. A przynajmniej w teorii! Dość szybko okazuje się bowiem, że domostwo wcale nie jest takie opuszczone, a gości z minuty na minutę będzie tylko przybywać.  Pete Walker wziął na warsztat cały szkielet fabularny typowego horroru gotyckiego i postanowił przerobić go na swoją modłę. Mamy więc mroczne domostwo, w którym królują cienie i ponure tajemnice, rodzinne sekrety z morderstwem w tle i fantastyczną warstwę wizualno-dźwiękową. Brylują tutaj również wielkie gwiazdy nurtu – Vincent Price, Christopher Lee i Peter Cushing. Cała trójka w świetnej formie, z bardzo wdzięcznym dystansem do siebie i całej historii. Walker postanowił bowiem do całej tej mrocznej, gotyckiej mieszanki dosypać sporo … humoru. Od drobnych, błyskotliwych linii dialogowych, aż po wyborny finał, gdzie horror gotycki spotyka figlarność Mela Brooksa. Ponurym domostwom zdecydowanie przydał się taki powiew świeżości.

Gotyk (1986, reż. Ken Russell)



Film Kena Russella skupia się na historii niezwykłego spotkania, do którego doszło w pewną czerwcową noc 1816 roku w willi Lorda Byrona nad Jeziorem Genewskim. Na miejscu miała  spotkać się ówczesna śmietanka towarzyska: George Byron, doktor John William Polidori, Mary Shelley (wówczas jeszcze Goodwin) wraz ze swoim przyszłym mężem, oraz przyrodnią siostrą Claire Clairmont. To właśnie wydarzenia owego wieczoru miały posłużyć Mary Shelley za inspirację przy tworzeniu historii o doktorze Frankensteinie. Z kolei Polidori na ich kanwie napisał przełomowego w tamtym czasie Wampira, który wyprzedził o ponad pół wieku premierę Draculi Brama Stokera. Podczas pracy nad filmem, Russell posłużył się pamiętnikami Shelley, która drobiazgowo opisała to spotkanie. Najważniejszym konstruktem historii uczynił oniryczny klimat, mieszanie wydarzeń rzeczywistych z rozgrywającymi się jedynie w wyobraźni bohaterów oraz atmosferę postępującej psychozy. To wszystko wciąga widza w narkotyczny wir akcji, która stara się odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście w willi Byrona doszło do powołania mrocznego, nowego bytu? Klimat seansu spirytystycznego, oblewanego przez bohaterów nalewką z opium, fantastycznie prezentuje się w wizji Russella, który idealnie uchwycił to, co w klasycznych gotyckich historiach było najpiękniejsze. Ulotny nastrój, pełen tajemnic i szaleństwa czającego się gdzieś za rogiem. Gotyk, mimo upływu 32 lat od dnia premiery, nic nie stracił ze swojego charakteru, wciąż będąc horrorem najwyższych lotów. Szkoda, że dziś już nieco zapomnianym.

SIMPLY


And Now the Screaming Starts! (1973, reż. Roy Ward Baker)


Późnogotycka perła z labelem aktywnego w latach 1962-77 studia Amicus Productions. Konkurująca z Hammerem na polu fantastyki i grozy niewielka wytwórnia specjalizowała się głównie w horrorach nowelowych (Gabinet Grozy doktora Zgrozy, 1965) oraz sci-fi przygodówkach (The Land that Time Forgot, 1975), chociaż trafiały się również pozycje zgoła niecodzienne, jak ekranizacja Urodzin Stanleya Harolda Pintera w reżyserii Williama Friedkina (Birthday Party, 1968).

Film Roya Warda Bakera warto obejrzeć nie tylko dlatego, że kostiumowe horrory gotyckie w ofercie Amicusa należały do rzadkości. Już samo nazwisko reżysera to w tym gatunku gwarancja inscenizacyjnej śmiałości i niepospolitych historii. Gdy czołowy Hammerowski spec od gotyckiego horroru, Terence Fisher, z powodów zdrowotnych będzie zmuszony wycofać się z branży, Baker przejmie po nim pałeczkę, tworząc jedne z najlepszych filmów pod szyldem Hammera na przełomie lat 60/70. To on sfeminizował brytyjskie kino wampiryczne inaugurując lesbijski przełom (Wampiryczni kochankowie, 1970) i rewolucję seksualną w gotyku, co natychmiast zapromieniowało na inne kinematografie. Staremu modelowi też nie przepuścił. Linię arystokratycznej niedokrwistości typową dla serii Draculowskiej sforsował w Ukąszeniach Draculi (1970), gdzie ekran spłynął czerwienią jak nigdy dotąd. O klasie And Now the Screaming Starts! nie decydują jednak ekstrema. Siła tego filmu to niekonwencjonalne potraktowanie wątku ghost story i solidna dawka krytyki społecznej, która aktywuje archetypiczny dla horroru gotyckiego lęk przed odwetem zdewastowanej moralnie przeszłości, co w wyostrzonych konturach dociera dopiero z perspektywy zwycięskiego cywilizacyjnie dnia dzisiejszego. Fabularnie jest to sparafrazowane wiktoriańskie Dziecko Rosemary. Wprawdzie nie ma nazwanego po imieniu diabła, lecz jego cyniczne i zwycięskie oblicze wyziera tu dosłownie z każdego kąta.

Poznajemy historię pięknej Catherine (Stephanie Beacham), która właśnie wprowadza się do wspaniałej posiadłości świeżo poślubionego, zakochanego w niej na zabój arystokraty (Ian Ogilvy). Już pierwszej nocy kobieta padnie ofiarą ataku irracjonalnych, ciemnych sił, materializujących się w powłoce straszliwie okaleczonego upiora. Nikt nie daje wiary jej opowieściom, ale zarazem czuć wokół jakby zmowę milczenia. Przeszłość dumnego rodu skrywa bowiem wyjątkowo plugawą tajemnicę, a seria niewytłumaczalnych wypadków zacznie układać się w kronikę samospełniającej się klątwy. O to, by Catherine pozostała nieświadoma fatalnej prawdy, zadba pełzająca, odcięta ludzka dłoń (po Gabinecie Grozy... wyraźny trademark Amicusa), a nie trzymający języka za zębami zaczną przenosić się na tamten świat.

Opowieść zachowuje umiarkowany rytm, synkopowany interwencjami koszmaru. Raz gwałtownymi, jak wyprowadzony z zaskoczenia, monstrualny jump scare na samym początku (w tamtych czasach musiało to nieźle widza grzmotnąć), kiedy indziej budowanymi powoli i nieubłaganie, czego przykładem chwytająca za gardło, paskudna scena egzekwowania ius primae noctis, co doprowadzi do konsekwencji rodem z Wołynia Smarzowskiego. Teatrem potwornych zdarzeń uczyniono malowniczy zespół pałacowy Oakley Court w hrabstwie Berkshire, znany doskonale z paru głośnych horrorów (Kobieta-wąż, Plaga żywych trupówVampyres). Świetnie skompletowaną obsadę dopełniają odrażający Herbert Lom, zgrzybiały i poczciwy Patrick Magee oraz odziany w fikuśną perukę niezawodny Peter Cushing, który wygląda tu jak ulizany kakadu. Gra sprowadzonego z Londynu lekarza, który ma zbadać cierpiącą niewyjaśnione męki bohaterkę. Oschły i delikatny zarazem podchodzi do sprawy z typowo brytyjską rezerwą, w wolnych chwilach racząc się tabaką i rostbefem na zimno z marynowanymi kalafiorkami. Gdy jednak w trakcie prywatnego dochodzenia natrafi na ukrywany przez Catherine egzemplarz Młota na czarownice z zakładką w rozdziale o seksie z demonami, szkiełko i oko nieźle mu zaparują. A kiedy pozna całą prawdę, nie będzie już tym samym człowiekiem.

KRZYSZTOF WALECKI


Operacja strach (1966, reż. Mario Bava)




Mario Bava, pionier włoskiego horroru, nakręcił Operację strach już po sukcesie Maski szatana (1960) i Czarnego święta (1963), w których gotycka stylistyka wspaniale współgrała z bardziej dosadnymi efektami oraz zaskakującym okrucieństwem, dziś być może już nie tak odczuwalnym, jak wtedy. Żaden z obu tych tytułów nie może jednak dorównać jego klasycznemu już horrorowi z 1966 roku pod względem atmosfery posępnego spektaklu śmierci. Zwiastunem tej jest siedmioletnia, bladolica dziewczynka – jej pojawienie się niechybnie wróży samobójstwo osoby, której małe dziecko się objawiło. Akcja filmu dzieje się na początku XX wieku, w małej mieścinie, gdzie ludzie umierają jak muchy, a willa Graps, dom okolicznej dobrodziejki, jawi się jako miejsce, z którego, jak już raz się tam wejdzie, nigdy się nie powróci. Oczywiście główny bohater, lekarz mający przeprowadzić sekcję zwłok jednej z ofiar, początkowo nie wierzy w czary, klątwy i ducha morderczej dziewczynki, ale nie trzeba będzie go długo przekonywać.

Klimat filmu można kroić nożem – mgła jest tu gęsta, pajęczyny tak wielkie, że często wypełniają cały kadr, a muzyka niejako dopowiada to, co oglądamy. Kolorystyka, jak to u Bavy, ma halucynogenny wymiar, dzięki czemu, gdy rozpoczyna się finałowy akt, jeszcze mocniej zaznacza się jego surrealizm. W jednej ze scen doktor przebiega przez pokój, wbiegając do kolejnego, który wygląda identycznie, jak poprzedni, i później do jeszcze jednego, aż w końcu zaczyna gonić sam siebie. Innym razem opiera się o obraz, a po sekundzie niejako w nim ląduje. Wyjaśnienie zagadki dziwnie przypomina oryginalny Piątek trzynastego (1980), co być może nie jest takie zaskakujące, mając w świadomości, że nakręcony przez Bavę pięć lat później Krwawy obóz jest uważany za protoplastę slasherowej konwencji. Sama Operacja strach zaś uchodzi za jeden z najchętniej cytowanych horrorów przez mistrzów światowego kina – znaczące elementy tego włoskiego filmu grozy znajdziemy m.in. u Felliniego, Scorsesego i Lyncha.

Dom Sary (1985, reż. Zygmunt Lech)


Przykład polskiego gotyku na motywach opowiadania klasyka fantastyki grozy, Stefana Grabińskiego. Początek XX wieku. Główny bohater odkrywa, że jego przyjaciel jest bliski śmierci, a swój stan zawdzięcza kochance, uwodzicielskiej Sarze, która wysysa z niego siły życiowe. Świadomy diabelskiej natury kobiety, a jednocześnie pod wyraźnym jej urokiem, mężczyzna coraz bardziej się do niej zbliża, chcąc doprowadzić ją do zguby. Czy moralność ma szansę wygrać z pożądaniem? Na to pytanie twórcy filmu zbyt szybko udzielają odpowiedzi, niwelując erotyczne napięcie do minimum. Również dziwna elipsa, w czasie której akcja filmu przeskakuje nagle o rok (!), psuje trochę ten zacny kawałek polskiej grozy. Mimo to Dom Sary, nieco ponad godzinna produkcja telewizyjna, swą nastrojowością oraz elementami czysto horrorowymi w niczym nie ustępuje bardziej znanym gotyckim realizacjom.

Reżyser i scenarzysta Zygmunt Lech nie zapomina o tym, że podstawą oryginału Grabińskiego była biblijna historia Sary, i choć obie bohaterki nie mogłyby bardziej się od siebie różnić, sugestia walki o duszę, a nie tylko o ciało, jest w filmie wyraźna, również przez obecność demona Asmodeusza. Siłą tego polskiego horroru jest jednak przede wszystkim pojedynek człowieka uczonego, chłodnego intelektualisty z siłą, której nie rozumie – wyzwoloną spod jarzma jakichkolwiek zakazów kobietą. Jedyną bronią przeciwko takiemu przeciwnikowi wydaje się być wstrzemięźliwość seksualna. Z dzisiejszej perspektywy rozwiązanie może wydawać się śmieszne, lecz Dom Sary ani przez moment nie rezygnuje ze śmiertelnie poważnej tonacji, na co pozwala mu gotycki kostium. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz