Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spaghetti Western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Spaghetti Western. Pokaż wszystkie posty

„100 najlepszych westernów wszech czasów”, czyli nowa publikacja filmoznawcza

data wydania: 1 stycznia 2026 
liczba stron: 213
cena: 0,00 PLN +
koordynacja wydania: Andrzej Bakuła
autorzy (alfabetycznie): Andrzej Bakuła, Mariusz Czernic, Jacek Dygoń, Kuba Haczek, Patryk Karwowski, Cezary Komuda, Marcin Kończewski, Stefan Kowalczyk, Radek Pisula

Od 1 stycznia 2026 dostępna jest nowa publikacja filmoznawcza – „100 najlepszych westernów wszech czasów”. Nie ma ona (przynajmniej na razie) wersji drukowanej na papierze – skład i łamanie zostały przygotowane pod publikację cyfrową. E-booka można pobrać według modelu PWYW (pay what you want), czyli za dowolną opłatą lub za darmo, wpisując kwotę 0,00 PLN.

Jako osoba współtworząca ten projekt, chciałbym krótko wyjaśnić, czym ta publikacja jest i czym nie jest. Nie jest to autorski ranking jednego krytyka ani próba ustanowienia „kanonu ostatecznego”. Podstawą książki jest głosowanie czytelników fanpejdża Westerny, w którym udział wzięło 50 fanów oraz redaktorzy tej strony (Andrzej Bakuła, Stefan Kowalczyk i osoba pisząca niniejszy tekst). Ich głosy złożyły się na finalną setkę oraz jej kolejność. To właśnie dlatego układ tytułów może być zaskakujący – żelazna klasyka sąsiaduje tu z produkcjami nowoczesnymi, hollywoodzkie kino przeplata się z europejskim i w ostatecznym rozrachunku liczą się także dzieła, które nie są rasowymi westernami, gdyż mieszają się w nich różne konwencje gatunkowe.

DJANGO. To tylko imię. Recenzja najnowszego serialu stacji CANAL+

Django
polska premiera: 1 grudnia 2023 (Canal+)
czas trwania: 10 odcinków po ok. 50 minut
reżyseria: Francesca Comencini (odc. 1-4), David Evans (odc. 5-7), Enrico Maria Artale (odc. 8-10)
scenariusz: Leonardo Fasoli, Maddalena Ravagli i in.

Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl

Gdy Django (1966) Sergia Corbucciego wszedł do kin, wywołał prawdziwe szaleństwo. Nie tylko odtwórca głównej roli Franco Nero stał się z dnia na dzień gwiazdą, a nawet ikoną gatunku, lecz także sama postać i jej imię mocno zapisały się w świadomości odbiorców. Powstało mnóstwo nieformalnych sequeli wykorzystujących tę popularność, ale nie miały one wiele wspólnego z oryginałem poza miejscem akcji – ksenofobiczną i rasistowską Ameryką XIX wieku. 1 grudnia 2023 roku polską premierę (Canal+) ma 10-odcinkowy serial, który nawiązuje do tej tendencji. Django powrócił, ale w zupełnie nowej historii i z nową motywacją do działania. Nie zmieniła się tylko Ameryka – pełna brudu i błota, wciąż nieufna wobec obcych.

Każdy mężczyzna ma dwa serca i dwie twarze!

Centralnym punktem wydarzeń jest „utopijne” miasteczko Nowy Babilon, założone przez byłego niewolnika Johna Ellisa (Nicholas Pinnock), kreowanego tu na Mesjasza. W teorii ma to być miejsce dla wszelkiej maści wyrzutków bez względu na pochodzenie. Jednak gdy pojawia się Django (Matthias Schoenaerts), ta fasada zostaje szybko zburzona, odkrywając zakłamaną społeczność rządzoną przez pieniądz. Django jest byłym żołnierzem Konfederacji, którego rodzina została zamordowana. Poszukuje więc zabójców, ale także jedynej ocalałej z masakry osoby – swojej córki Sary (Lisa Vicari), która okazuje się ważną personą w Nowym Babilonie i wkrótce ma poślubić założyciela miasta. Choć nie brakuje konfliktów wewnątrz tej społeczności, nad mieściną wisi jeszcze zagrożenie w postaci Elizabeth Thurman (Noomi Rapace) zwanej The Lady, głęboko religijnej fanatyczki, która jest niczym Bóg w przypowieści o Sodomie i Gomorze.

JESS FRANCO. „Cnota prowadzi do katastrofy, tak jak i ubóstwo”



Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl

Jesús „Jess” Franco (1930 – 2013) urodził się 12 maja, więc mamy dokładnie 90. rocznicę. To dobry powód, by poświęcić temu twórcy trochę czasu, bo na ogół się go lekceważy. Poruszał się w ramach nurtu, który określa się jako eurotrash, czyli europejskie kino śmieciowe. Stawiane półkę niżej niż kino klasy B, takie, które profesjonalni krytycy omijają szerokim łukiem, a jeśli o nim piszą, to pogardliwie i prześmiewczo. Kino ma różne twarze i nie należy zapominać, że filmowcy tacy jak Jesús Franco też byli jego częścią.

NIEDOCENIANI WŁOSCY KOMPOZYTORZY. 10 artystów w cieniu Morricone



Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl

Muzyka to uniwersalny język – każdy jest w stanie go zrozumieć i docenić. Ale czy każdy kraj na świecie może poszczycić się liczną grupą wybitnych kompozytorów? Z pewnością w takich państwach jak Polska, Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone można stworzyć ranking dziesięciu najlepszych kompozytorów krajowych, nawet jeśli byśmy ograniczyli się tylko do tych, którzy działają w branży filmowej. Być może jednak najtrudniej wyróżnić najlepszych kompozytorów z Italii, bo – jak wynika z moich doświadczeń z włoskimi filmami – w tym kraju powstało więcej dobrej muzyki filmowej niż dobrych filmów. Mimo iż postanowiłem pominąć tych najbardziej znanych (Ennio Morricone, Nino Rota, Nicola Piovani, Riz Ortolani), to i tak pozostało jeszcze co najmniej dziesięciu, których musiałem odrzucić.

BALLADY FILMOWE. Poezja zamknięta w kadrze


Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

Ballada to gatunek kojarzony z literaturą i muzyką, ale istnieje też grupa filmów, które stanowią taką mieszankę stylów i środków wyrazu, że pokrewieństwo z literacką balladą staje się oczywiste. Aby ułatwić klasyfikację, wielu filmowców już w tytule umieszcza nazwę gatunku (przykład Ballada o Cable'u Hogue'u). Fabuły często mają związek z rzeczywistością i tragizmem ludzkich losów, ale opowiedziane są w sposób daleki od realizmu, łącząc liryzm i folklor, widoczne szczególnie w warstwie muzycznej, z niezwykłą kompozycją wizualną bliższą baśni. Mistrzami gatunku byli Rosjanie (m.in. Siergiej Paradżanow), ciekawe są ballady w estetyce westernów, ale i na naszym podwórku powstawały tego typu produkcje (Słońce wschodzi raz na dzień, Jańcio Wodnik). Wybrałem siedem moim zdaniem najbardziej reprezentatywnych ballad filmowych, pochodzących z różnych stron świata: ze Stanów Zjednoczonych, Związku Radzieckiego, Japonii, Jugosławii i Włoch.

Czas wyrównać rachunki! Europejskie filmy o zemście



Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

Bóg wykorzystuje jednych ludzi, aby ukarać nikczemność innych, i zanim ich unicestwi, czyni z nich w pewnym stopniu katów.
Plutarch

Zemsta to temat uniwersalny, rozumiany w każdym zakątku świata, znany już od najdawniejszych czasów. Najstarszy znany zbiór praw, tak zwany Kodeks Hammurabiego, pochodzi ze starożytnego Babilonu (z XVIII wieku przed naszą erą) i wykorzystuje prawo odwetu, co stawia znak równości pomiędzy zemstą a wymierzaniem sprawiedliwości. „Jeśli obywatel oko obywatelowi wybił, oko wybiją mu. Jeżeli kość obywatel złamał, kość złamią mu”. Zaprowadzając winnego przed sąd poszkodowany lub krewny ofiary mógł liczyć na uczciwe rozliczenie się z oprawcą. Istniało jednak pewne „ale”. W kodeksie zapisano wszakże: „Jeśli ktoś kogoś oskarżył i rzucił nań podejrzenie o zabójstwo, zaś tego mu nie udowodnił, ten, kto go oskarżył, poniesie karę śmierci”. Dlatego bezpieczniej było wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę.

Cena władzy (1969). Western polityczny z Italii

Il Prezzo del Potere / The Price of Power
(1969 / 108 minut)
reżyseria: Tonino Valerii 
scenariusz: Massimo Patrizi 

Tekst opublikowany także w serwisie Kinomisja Pulp Zine

W ciągu ostatnich pięciu lat Tonino Valerii i Giuliano Gemma opuścili ten ziemski padół, ale to co po sobie zostawili szybko nie przepadnie. W szczególności miłośnicy spaghetti westernów będą nieraz wracać do ich dwóch wspólnych prac Day of Anger (1967) i The Price of Power (1969). Ten pierwszy to jeden z najlepszych w swoim gatunku, pamiętany m.in. dzięki ścieżce dźwiękowej Riza Ortolaniego, po którą sięgnął Quentin Tarantino podczas realizacji pierwszej części Kill Bill (2003). Natomiast drugi z wymienionych tytułów Cena władzy to western polityczny i to taki, który po upływie wielu lat nic nie traci na aktualności. Świat dzieli się tu bowiem na dwie frakcje: zwolenników reform i tych, dla których wygodniejszy jest stary porządek. A gdzieś pośrodku znajduje się główny bohater, który pragnie tylko jednego sprawiedliwości.

Pewnego razu w Almerii. 10 europejskich westernów


Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

„Każda broń gra swoją własną melodię”.* Każdy spaghetti western jest inny, nawet jeśli wszystkie wyglądają podobnie. Przewijają się podobne typy postaci, identyczne są elementy ikonografii, a motyw zemsty występuje niemal wszędzie. No cóż… taki jest ten świat, można go zaakceptować lub nie. Dzięki Quentinowi Tarantino coraz więcej osób polubiło westerny, ale wciąż mało sięga po atrakcyjne starocia.

Na podstawie mitologii stworzonej w Stanach Zjednoczonych Włosi wykreowali własną mitologię wraz ze swoim panteonem bóstw i asów. Sergio Leone nie był pierwszy, ale to on znalazł sposób jak przyciągnąć do kin krajową publiczność. Fabułę samurajskiego dramatu Straż przyboczna (1961) przeniósł na meksykańsko-amerykańskie pogranicze drugiej połowy XIX wieku. Wprawił w ruch machinę, która nie zawsze działała jak należy, ale powstało dzięki niej kilka wartościowych, niezapomnianych obrazów.

Widziane oczyma duszy, czyli Szekspir sfilmowany

Dokładnie 400 lat temu pożegnano angielskiego barda, Williama Szekspira (Shakespeare, 1564-1616), uznawanego dziś za najwybitniejszego dramaturga wszech czasów. W londyńskim teatrze The Globe wystawiano jego sztuki przepełnione filozofią egzystencjalną, rozważające istotę dobra i zła, nieba i piekła, miłości i zemsty. Poetycki język jakim posługiwali się jego bohaterowie, ze względu na swoistą koturnowość, gonitwę myśli, pasuje do teatru, ale w kinie taka sztuczność pozostawia niesmak. Mimo tego kino, niemal od samego początku, adaptowało tę literaturę, często nie rezygnując ze staroświeckiego języka. Tematy jakie Szekspir podejmował w swoich sztukach są uniwersalne. Postacie zaś wielowymiarowe, kształtujące aktorską osobowość, stanowiące wyzwanie dla aktorów (ciekawe, że rolę Hamleta grały też kobiety, np. Asta Nielsen i Sarah Bernhardt).

Viva Tepepa!

Tepepa (1968 / 116 minut)
reżyseria: Giulio Petroni
scenariusz: Franco Solinas, Ivan Della Mea

Giulio Petroni nie był płodnym filmowcem - 14 filmów w ciągu 30 lat to nie jest imponujący wynik. Ale miłośnicy włoskich westernów zapamiętają dwa obrazy, które zrealizował. Pierwszy to kino zemsty czystej wody Śmierć jeździ konno, drugi to dramat rewolucyjny Viva Tepepa. W roku 1968 zanotowano gwałtowny spadek popularności spag-westów, także i zapał twórców zaczynał słabnąć. Ale Tepepa nie miał być typowym westernem, tylko historyczno-wojennym dramatem o rewolucji, która odegrała ważną rolę w historii Meksyku. Reżyser przy okazji zadał pytania o sens takich zrywów, bo jak pokazuje historia one zazwyczaj nie powodują zmian na lepsze, tylko przyczyniają się do eskalacji przemocy i niepotrzebnego rozlewu krwi.

I Bóg powiedział do Kaina...

E Dio Disse a Caino... (1970 / 109 minut)
reżyseria: Antonio Margheriti (pseud. Anthony Dawson)
scenariusz: Giovanni Addessi & Antonio Margheriti

Bóg powiedział do Kaina: „Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi, a ktokolwiek by cię zabił siedmiokrotną pomstę poniesie!” W literaturze i filmach dużo jest odniesień do Biblii, wg której przemoc była obecna już w najdawniejszych czasach, a zemsta od zawsze była logiczną konsekwencją popełnionych win. Bohaterowie filmowi często stosują Pismo Święte jako usprawiedliwienie swoich działań odwetowych. Lekceważą wszakże słowa Chrystusa, który nakazywał nadstawiać drugi policzek, ale respektują pamiętną frazę ze Starego Testamentu: życie za życie, oko za oko, ząb za ząb... Dziś zachęcam do obejrzenia euro-westernu, w którym hałaśliwym strzelaninom i precyzyjnie przeprowadzonej zemście towarzyszy zagęszczona i pełna niepokoju aura gotyckiego horroru.

Powrót Cuchillo!

Corri Uomo Corri! (1968 / 120 minut)
scenariusz i reżyseria: Sergio Sollima

Manuel Sanchez zwany Cuchillo (czyli Nóż po hiszpańsku) to jedna z najciekawszych postaci w historii włoskich westernów. Były rewolucjonista i zręczny nożownik po utracie wiary w powstańcze ideały stał się maverickiem, politycznie niezależnym zawadiaką, szukającym łatwej okazji do zarobienia grubej forsy. Pierwszy film, w którym ów bohater się pojawił nosi tytuł La Resa dei Conti (czyli Dzień rozliczenia) i jest jednym z najlepszych spaghetti westernów jakie nakręcono. W rolę Cuchillo rewelacyjnie wcielił się Tomas Milian. Dzięki jego mistrzowskiej kreacji, nieokiełznanej energii i magnetycznej osobowości jasne jest, że 100 minut z tym bohaterem to było zdecydowanie za mało. Sergio Sollima doszedł do takiego samego wniosku, w efekcie czego zrealizował dwugodzinną kontynuację jego przygód.

Cmentarz bez krzyży

Une Corde, un Colt... (fr) / Cimitero senza Croci (wł)
(1968 / 85 minut)
reżyseria: Robert Hossein  
scenariusz: Robert Hossein, Claude Desailly

W latach 1964-68 dużą popularnością cieszyły się eurowesterny, szczególnie te produkowane przez Włochów i realizowane w hiszpańskich plenerach. Natomiast we Francji w tym samym czasie wielkie powodzenie miały kostiumowo-romansowe przygody pięknej markizy Angeliki. Ktoś wpadł na pomysł by zdyskontować sukces tych dwóch skrajnie odmiennych zjawisk filmowych. Odtwórców głównych ról z Angeliki umieszczono więc na hiszpańskim Dzikim Zachodzie. Efektem tego przedsięwzięcia jest film wyjątkowo ponury, lakoniczny, śmiertelnie poważny. Robert Hossein jako reżyser czerpał inspirację z najlepszych wzorców, czyli z filmów Sergia Leone. W tym świecie niełatwo być optymistą, nadzieja i słońce szybko gasną by mógł zapanować mrok i śmierć mogła zebrać obfite żniwo.

Kula dla generała

Quién sabe? (1966 / 108 minut)
reżyseria: Damiano Damiani
scenariusz: Salvatore Laurani, Franco Solinas

Requiescant in pace: Damiano Damiani (1922–2013)

Podobno reżyser nie uważał tego filmu za western, ale za polityczną satyrę dotyczącą wojny domowej w Meksyku. Trudno w to uwierzyć, gdyż obsadzenie Giana Volonté po raz kolejny w roli meksykańskiego bandyty od razu wskazuje na polemikę z 'dolarowymi' westernami Sergia Leone. Poza tym, gdy zaczyna się film od napadu na pociąg to należy się liczyć z tym, że zostanie sklasyfikowany jako western. Problem w tym, że włoskie westerny doceniane były głównie przez mało wymagających widzów, zaś szanowani krytycy nie potrafili wykrzesać dobrych słów na ich temat (nawet zaliczany dziś do arcydzieł gatunku Za garść dolarów został wówczas zmiażdżony przez krytykę). Damiani uważał się za ambitnego filmowca głównego nurtu, więc nie chciał uchodzić za reżysera filmów klasy B. Dla niego był to więc film polityczny nie mający wiele wspólnego ze spaghetti westernem.

Śmierć jeździ konno

Da uomo a uomo (1967 / 115 minut)
reżyseria: Giulio Petroni
scenariusz: Luciano Vincenzoni

Requiescant in pace: Luciano Vincenzoni (1926–2013)

Przez 10 lat Lee Van Cleef odgrywał epizody w około 50 amerykańskich filmach dopóki nie poznał włoskiego reżysera Sergia Leone. Nieoczekiwanie stał się jednym z najważniejszych aktorów włoskiego nurtu popularnego zwłaszcza w drugiej połowie lat 60. Jedna z jego najciekawszych ról pochodzi z filmu Śmierć jeździ konno, w którym partnerował mu John Phillip Law znany z takich ekstrawaganckich ról jak: Manfred von Richthofen z Czerwonego barona (1971) Rogera Cormana, niewidomy anioł z Barbarelli (1968) Rogera Vadima lub też tytułowy Diabolik (1968) z filmu Mario Bavy. Western Petroniego dotyka tematu zemsty, przedstawiając go w sposób efektowny, ale i wzbudzający niepokój. Człowiek może zapominać o wielu rzeczach, ale na pewno nie zapomni bolesnych, niezabliźnionych ran z przeszłości. I nawet czas ich nie uleczy, może dopiero wówczas gdy osoby za nie odpowiedzialne poniosą wreszcie zasłużoną karę.

Adios, Ringo!

1. października w szpitalu znajdującym się w Civitavecchia niedaleko Rzymu w wyniku obrażeń po wypadku samochodowym zmarł Giuliano Gemma (1938–2013), popularny w latach 60. i 70. odtwórca głównych ról we włoskich filmach. Zanim zainteresowało go aktorstwo sporo trenował, ćwiczył boks i zapasy, uprawiał gimnastykę i akrobatykę, grał w tenisa. Dzięki wysportowanej sylwetce i odpowiednim warunkom fizycznym został najpierw kaskaderem i epizodystą. W nakręconym we Włoszech Ben-Hurze (1959) pojawił się w jednej scenie u boku Charltona Hestona i Stephena Boyda. W następnej dekadzie był już gwiazdorem licznych filmów rozrywkowych, w których mógł popisać się swoimi umiejętnościami, wykonywał więc akrobacje i brał udział w walkach na pięści. Nadal nie doceniano jego aktorskiego talentu i mimo iż trafił na plan wybitnego dzieła Luchina Viscontiego pt. Lampart (1963) nie mógł się tym pochwalić, gdyż większość jego scen została usunięta podczas montażu. Zostawiono tylko jedną - tę, w której Gemma jako generał Garibaldiego ogląda freski w pałacu.

Rewolwer dla Scotta Mary - o filmie „Dni gniewu”

I giorni dell'ira (1967 / 95 minut)
reżyseria: Tonino Valerii
scenariusz: Ernesto Gastaldi, Tonino Valerii, Renzo Genta na podst. powieści Rona Barkera Der tod Ritt Dienstags

Miasteczko Clifton niczym nie różni się od pozostałych miasteczek na Dzikim Zachodzie. Jest tu saloon, gdzie można napić się whisky i pograć w karty. Jest szeryf pilnujący porządku. Jest bank, w którym ludzie trzymają swoje oszczędności. Jest budynek sądu, gdzie wymierzane są kary, przy czym nie trzeba czekać na sędziego kilka tygodni jak w wielu innych westernach - tutaj sędzia jest na miejscu i w każdej chwili może skazać delikwenta na śmierć lub więzienie. Możliwe, że jest nawet kościół, ale ludzie chodzą tam okazjonalnie, częściej zaś przesiadują w saloonie przy szklaneczce whisky. Główna ulica miasta jest czyściutka, co bardzo dobrze świadczy o mieszkańcach, ale i o pogodzie, trudno tu o deszcz, zaś niebo jest zwykle bezchmurne i słońce oślepia wspólnotę. O czystość dba tutaj jeden człowiek. Na imię ma Scott, nie jest Indianinem ani Meksykaninem, a jednak uważany jest za osobę gorszej rasy, kogoś kogo można bezkarnie bić i poniżać. Wkrótce sytuacja diametralnie się zmieni za sprawą tajemniczego przybysza, Franka Talby'ego. Dzięki temu człowiekowi Scott zamieni miotłę na rewolwer i już nikt więcej nie odważy się go uderzyć ani powiedzieć o nim złego słowa.

Navajo Joe

Navajo Joe (1966 / 93 minuty)
reżyseria: Sergio Corbucci
scenariusz: Piero Regnoli (pod pseud. Dean Craig), Fernando Di Leo na podst. fabuły Ugo Pirro

Opowiedziane przez Corbucciego przygody Indianina z plemienia Navajo to dla niektórych (w tym także dla wielbiciela gatunku, Quentina Tarantino) najbrutalniejszy western do czasu Dzikiej bandy (1969) Sama Peckinpaha. Aldo Sambrell zagrał tu wyjątkowo perfidną postać, która nie zawaha się zabić nawet bezbronnej kobiety, byle tylko osiągnąć zamierzony cel. Jego przeciwnikiem jest bystry Indianin imieniem Joe, uważający się za prawdziwego Amerykanina - nie używa łuku jak prymitywny dzikus, lecz nowoczesnego Winchestera jak przystało na bohatera Dzikiego Zachodu. Jego bojowe nastawienie widoczne jest przez cały czas - wyczuwa się, że zależy mu nie tylko na sprawiedliwości, ale i na wyrównaniu rachunków. Aby poczuć słodki smak zemsty nie wystarczy zabić wrogów, ale należy udaremnić ich zuchwałe plany obrabowania pociągu przewożącego pieniądze.

Django

Django Unchained (2012 / 165 minut)
scenariusz i reżyseria: Quentin Tarantino

Django (1966) Sergia Corbucciego to wzorcowy spaghetti western, który cechuje się pastiszowym podejściem do Trylogii dolarowej (1964-66) Sergia Leone i amerykańskich westernów podejmujących motyw jeźdźca znikąd. Nowy film Quentina Tarantino okazuje się więc pastiszem do kwadratu, który momentami zbliża się w stronę Płonących siodeł (1974) - absurdalnej parodii westernu autorstwa Mela Brooksa. Ale spokojnie, ta niebezpieczna granica nie została przekroczona i mimo że fabuła zupełnie nie przypomina żadnego znanego westernu to zawiera najlepsze składniki tego gatunku, przyrządzone w sposób zaskakująco oryginalny. O ile jednak wiele spag-westów korzysta z meksykańskiego folkloru tak film Tarantino zahacza o poważną tematykę handlu niewolnikami i uprzedzeń wobec Murzynów na kilka lat przed wojną secesyjną.

Colorado, Cuchillo i świszczące kule

Colorado (pl, fr) / La resa dei conti (wł) / The Big Gundown (amer) 
(1966 / 105 minut)
reżyseria: Sergio Sollima
scenariusz: Sergio Donati, Sergio Sollima

Rok 1966 to bez wątpienia czas przełomowy dla włoskiej odmiany westernu. Obfitował on w szereg sztandarowych pozycji, z których na szczególne wyróżnienie zasługują filmy trzech Sergiów: Leone, Corbucciego i Sollimy. Ci sprawni warsztatowo filmowcy tchnęli nową jakość w upadający gatunek, który w Ameryce miał długą tradycję. Stworzyli oni obrazy odmalowujące za pomocą mrocznych barw bezkresne przestrzenie Dzikiego Zachodu i jego nieodłącznych bohaterów: rewolwerowców, łowców nagród, bandytów, jeźdźców znikąd. Gdy Richard Brooks realizował w Kalifornii i Nevadzie Zawodowców, po drugiej stronie Atlantyku, w hiszpańskiej Andaluzji, Sergio Sollima pokazał amerykańsko-meksykańskie pogranicze wcale nie gorzej niż jego amerykański kolega po fachu.