Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl
Kiedy w 2009 roku zacząłem pisać o filmach, moim celem nie było (i nadal nie jest) polecanie nowości, ale wyszukiwanie mniej popularnych, nieodkrytych przed szeroką publicznością starych tytułów. Szczególnie zainteresowało mnie kino włoskie, bo w swoim najlepszym okresie (lata 60.–70.) miało dużo do zaoferowania, jeśli chodzi o gatunkowe zróżnicowanie. Było więc z czego wybierać. W ostatnich miesiącach na największej platformie streamingowej zaczęło się pojawiać sporo „włoszczyzny”, więc nie mogłem obok tego przejść obojętnie. Tym bardziej że pojawiły się tam również filmy, których nie znałem, a nawet gatunki, z którymi nie miałem wcześniej do czynienia (musicarello). Przyznaję, że nie wszystko z tej włoskiej kolekcji przypadło mi do gustu. Nie polubiłem duetu Franco Franchi i Ciccio Ingrassia, także Bombolo (z cyklu Nico Giraldi), a nawet mega popularny Totò nie byli mnie w stanie rozbawić ani w jakikolwiek sposób ułatwić seansu, wobec czego wielu ich filmów nie obejrzałem do końca.













