Thriller konspiracyjny. Filmy o spiskach politycznych, od których dostaniesz paranoi



Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl

Świat polityki symbolizuje władzę, wpływy, przywileje, ale też wrogość szarego obywatela, któremu polityka, a w szczególności jej najwyższe szczeble, kojarzą się z zepsuciem, krętactwem i pustosłowiem. Przedstawiciele rządu mają wpływ na to, jak wygląda życie zwykłego człowieka, a więc nie jest trudno uwierzyć, że za ich działalnością kryje się coś więcej, niż to, co słyszymy w mediach. W historii świata wydarzyło się wiele nieprawdopodobnych sytuacji, gdzie nie wszystkie elementy do siebie pasują, dlatego tworzą się konspiracyjne hipotezy, które mają pewne rzeczy wyjaśnić. Ale teorie spiskowe to również opowieści przeciwstawiające się temu, co uznaje się za powszechną prawdę. Nie zawsze są to rzeczy związane z polityką, np. istnieje teoria, według której William Szekspir był tylko figurantem, a podpisywane przez niego utwory w rzeczywistości mają wielu autorów.

Błędem jest jednak odrzucanie niekonwencjonalnych poglądów jako bezwartościowych, bo istnieją przecież i takie konspiracje, które okazały się prawdą. Dotyczą głównie Stanów Zjednoczonych, a więc państwa, któremu udało się zdobyć pozycję światowego lidera. Amerykanie po wojnie przystąpili do programu kosmicznego, którego częścią było zatrudnianie niemieckich naukowców, mających udział w zbrodniach wojennych podczas hitlerowskiego terroru (Wernher von Braun, Hubertus Strughold i wielu innych). To jedna z najsłynniejszych teorii konspiracyjnych, które się potwierdziły. W kinie temat politycznych spisków podejmowany był najczęściej w latach 70., po aferze Watergate (1972). Wtedy również powrócił temat zabójstwa prezydenta USA, Johna F. Kennedy’ego (1963). W latach 60. był zbyt świeży, komentowany i analizowany głównie w filmach dokumentalnych. Jako element fabuły częściej wykorzystywany po upływie dekady.

Zestawienie zawiera 10 tytułów w kolejności chronologicznej. Wszystkie pochodzą z okresu 12 lat (1969–81), kiedy to otaczająca rzeczywistość i klimat najbardziej sprzyjały powstaniu paranoicznych opowieści.

1. Z (1969), reż. Costa-Gavras



Film Costy-Gavrasa, jak również powieść będąca podstawą scenariusza (autorstwa Vassilikosa, wyd. 1967) zostały zainspirowane zabójstwem prominentnego polityka, do którego doszło w 1963 roku. Nie chodzi jednak o prezydenta Kennedy’ego, lecz o greckiego działacza antywojennego Grigorisa Lambrakisa. To wydarzenie było w Grecji momentem przełomowym i doprowadziło do panującej w latach 1967–74 dyktatury wojskowej. Dlatego film traktujący o tych wydarzeniach nie mógł powstać w kraju Homera. Za produkcję odpowiadają Francja i Algieria – co ciekawe, w tym samym roku Francuzi zgłosili do walki o Oscara Moją noc u Maud (1969) Érica Rohmera, więc producenci filmu Gavrasa wystawili swoje dzieło jako reprezentanta Algierii. To był celny strzał – Z otrzymało Oscara w kategorii najlepszy film obcojęzyczny, a także szereg innych wyróżnień, w tym nagrodę aktorską w Cannes dla Jeana-Louisa Trintignanta oraz nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej za najlepszą muzykę oryginalną dla Mikisa Theodorakisa.

Zasłużonego Oscara otrzymała montażystka Françoise Bonnot (montowała m.in. Lokatora Romana Polańskiego), dzięki której film ma idealny rytm, jest dynamiczny, ogląda się jak pasjonujący thriller, choć reżyser prawdopodobnie chciał zrobić satyrę polityczną. Wskazuje na to kilka tragikomicznych scen, np. prolog, w którym wykład o pleśni zmienia się w ideologiczny bełkot. Albo motyw ogłuszonego świadka, gdzie niemal wszyscy – od szefa żandarmerii po matkę i żonę świadka – wiedzą lepiej, co mu się przytrafiło. Jakby tego było mało, do sali wchodzi facet z pałką, który już dostatecznie narozrabiał na manifestacji, i widząc dziennikarza, ucieka sprintem do szpitalnego łóżka, chociaż ma nogę w gipsie. Bywa groteskowo jak u Monty Pythona, a jednak w ogólnym rozrachunku film jest przerażający. Napis na początku głosi, że wszelkie podobieństwa do autentycznych postaci i wydarzeń nie są przypadkowe.

Intryga koncentruje się wokół polityka opozycji (Yves Montand), mającego pacyfistyczne poglądy, który podczas wiecu zorganizowanego w pokojowych zamiarach pada ofiarą przemocy. Wjeżdża w niego trójkołowiec, co ma z oddali wyglądać na wypadek spowodowany przez pijanych chuliganów, Vago (Marcel Bozzuffi) i Yago (Renato Salvatori). Ale polityk został bardzo solidnie uderzony w głowę i jego życie jest zagrożone. W sprawę angażuje się młody fotoreporter (w tej roli producent filmu, Jacques Perrin) oraz sędzia śledczy (Jean-Louis Trintignant), na pozór zimny biurokrata, w istocie szlachetny bojownik o prawdę. Na jaw wychodzą niewygodne dla władzy, w szczególności żandarmerii wojskowej, fakty. Czy dojdzie do postawienia zarzutów wysokim oficerom? Czy spisek sięga jeszcze wyżej niż stopień generalski? Jedno nie ulega wątpliwości – mamy w tym przypadku do czynienia z arcydziełem kina politycznego.

2. Syndykat zbrodni (The Parallax View, 1974), reż. Alan J. Pakula



Przeciętny dziennikarz Joseph Frady (Warren Beatty) próbuje wbić się na przyjęcie, na które nie ma zaproszenia. Na imprezie odbywającej się w futurystycznym budynku Space Needle w Seattle dochodzi do zabójstwa, którego ofiarą jest amerykański senator, człowiek powszechnie szanowany. Jeden z zamachowców ginie podczas ucieczki, drugiemu udaje się wymknąć. Specjalny komitet – wzorem komisji Warrena badającej zabójstwo Kennedy’ego – stwierdza, że zamach był dziełem jednego fanatyka i nie ma powodów sądzić, że stał za tym ktoś inny. W ciągu kilku następnych lat w tajemniczych okolicznościach umierają osoby, które były gośćmi na tym przyjęciu. Wygląda na to, że wspomniany dziennikarz miał ogromne szczęście, że nie uczestniczył w feralnym spotkaniu. Ale jego przyjaciółka, reporterka telewizyjna Lee Carter (Paula Prentiss), widziała zabójstwo i jest przekonana, że grozi jej niebezpieczeństwo. O swoich obawach informuje Frady’ego, który traktuje ją jak histeryczkę, nie biorąc jej słów zbyt poważnie.

Zanim Alan J. Pakula wziął na tapet aferę Watergate (Wszyscy ludzie prezydenta, 1976) opowiedział o fikcyjnym dziennikarskim śledztwie zaczerpniętym z powieści Lorena Singera The Parallax View (1970). W czołówce filmu jest nazwisko tylko jednego aktora, Warrena Beatty’ego, co jest bardzo znaczące dla odbioru filmu, bo sugeruje, że każda z pozostałych postaci może nie dożyć finału. Działania głównego bohatera wzbudzają niepokój, bo Beatty nie sprawia wrażenia osoby inteligentnej – ma sporo szczęścia, ale w zawodzie, który wykonuje, nie jest zbyt dobry. Jednakże w środowisku dziennikarskim bywa i tak, że kiedy reporter znajduje świetny temat, nie potrzebuje specjalnych umiejętności, by zostać docenionym, wystarczy waga tematu. Kiedy więc Joseph Frady trafia na trop korporacji o nazwie Parallax, tytułowego syndykatu zbrodni, staje przed nim szansa wejścia na pierwsze strony gazet. W najlepszym wypadku będzie kandydatem do Nagrody Pulitzera, w najgorszym – to o nim będą pisać w gazetach w dziale nekrologów.

Gdy protagonista dla dobra śledztwa decyduje się wejść w szeregi zbrodniczego syndykatu, zostaje poddany praniu mózgu. Widz trochę też, bo przez cztery i pół minuty przez ekran przewija się seria powtarzających się fotografii. Zabieg irytujący, ale kluczowy dla treści filmu. Dzieło Alana Pakuli zawiera brawurowe sceny akcji, takie jak barowa bójka i ucieczka policyjnym autem. Zwraca uwagę interesująca kompozycja wizualna, utrzymana w odcieniach szarości, co jest najpewniej zasługą operatora Gordona Willisa, mającego duży udział przy trylogii Ojciec chrzestny. Film jest bardzo dobrze obsadzony. Warren Beatty, mimo opowieści o jego podbojach miłosnych, nie wygląda jak model z żurnala, lecz zwyczajny, szary i nudny obywatel, jakiego łatwo spotkać na ulicy. I w roli Josepha Frady’ego jest przekonujący. Ale na drugim planie, w szczególności u Pauli Prentiss i Hume’a Cronyna, też nie zauważyłem fałszywych nut. Film o odkrywaniu prawdy wygląda na uczciwy w swoim przekazie.

3. Trzy dni Kondora (Three Days of the Condor, 1975), reż. Sydney Pollack



Nowojorskie biuro zostaje zaatakowane, ginie prawie cały zespół. Ofiary to pracownicy CIA, ale nie agenci terenowi. To grupa na wzór towarzystwa książkowego. Zajmują się czytaniem i analizowaniem książek pod kątem wyszukiwania przecieków i kodów, a swoje raporty wysyłają do Waszyngtonu. Najprawdopodobniej jeden z raportów zawierał ściśle tajne informacje, które nie powinny ukazać się oczom szeregowego pracownika. Musi być jakiś ważny powód, dla którego zlikwidowano całą sekcję. Ale jednemu pracownikowi udało się wyjść bez szwanku – jego kryptonim to Kondor (Robert Redford). Gdy kontaktuje się z kwaterą główną CIA, nie może mieć pewności, że otrzyma stamtąd ochronę. Jest zdany tylko na siebie i kiedy wplątuje w swoje problemy młodą kobietę, Kathy (Faye Dunaway), naraża ją tym samym na śmierć. Od tej pory niebezpieczeństwem może być nawet otwarcie drzwi listonoszowi.

Robert Redford wystąpił w siedmiu filmach Sydneya Pollacka, czwartym jest adaptacja powieści Jamesa Grady’ego Sześć dni Kondora (wyd. 1974). Z trzymającego w napięciu szpiegowskiego thrillera wyłania się opowieść o samotności. Główny bohater jest totalnie zagubiony w nowej sytuacji. Bez przeszkolenia, bez planu działania jest człowiekiem nieprzewidywalnym, działającym pod wpływem impulsu, zdesperowanym w dążeniu do celu, by dowiedzieć się, dlaczego wzięto go na celownik. Poznaje kobietę, ale ten związek nie ma przyszłości. Kathy jest fotografką, a zdjęcia, które robi, wiele mówią o jej introwertycznej naturze. I chociaż mówi, że mieszka z przyjacielem i w szafie rzeczywiście są męskie koszule, to jednak nigdy tego przyjaciela nie widzimy, co jest dosyć znaczące dla odbioru postaci Kathy i jej relacji z Kondorem. Z kolei odgrywany przez Maxa von Sydowa zabójca, mimo na pozór odmiennego charakteru, ma podobną głębię – w jego zawodzie nawiązywanie przyjaźni jest niewskazane, bo jednego dnia może z kimś przeprowadzić miłą rozmowę, a następnego może otrzymać zlecenie na tę osobę.

Film doskonale wpisuje się w paranoiczne kino lat 70., kiedy to skandale wokół ludzi władzy sprawiły, że zwykły obywatel tracił zaufanie do rządowych instytucji. Kiedy dla polityków i dyrektorów ważniejsza od ludzkiego życia jest ropa, to coś tutaj nie gra. System powołany, by chronić zwykłych obywateli, sam staje się zagrożeniem dla człowieka. Zimny i szorstki to film, powoli odkrywający karty, mający pesymistyczny wydźwięk (w finale jest nawet sugestia, że media i prasa są kontrolowane). W latach 1959–73 CIA prowadziła wiele nielegalnych działań, które zostały opisane w serii raportów o wspólnej nazwie „Family Jewels”. Większość z nich publicznie ujawniono dopiero w 2007 roku, ale część z nich wyszła na jaw w grudniu 1974. Jednak film był już wtedy nakręcony (choć może jeszcze nie zmontowany), więc twórcy o tych „brudnych sztuczkach” CIA nie mogli wiedzieć. Chociaż Pollack i Redford uważali się za liberałów i angażowali w politykę, to ich celem nie było stworzenie filmu politycznego, lecz trzymającego w napięciu thrillera w hitchcockowskim stylu. Ale faktem jest, że film do dziś pozostaje aktualny, a jego treść – choć przerażająca w wymowie – nie jest wcale zbyt odległa od prawdy.

4. Szacowni nieboszczycy (Cadaveri eccellenti, 1976), reż. Francesco Rosi



Nie tylko Ameryka lat 70. była krajem niespokojnym, politycznie i społecznie niestabilnym, w którym na każdym kroku można było się dopatrywać spisku. We Włoszech również panował chaos i z tego też powstała seria paranoicznych thrillerów. Wśród literatów do mistrzów gatunku należał Leonardo Sciascia, a w kinie jego głosem przemawiali tacy twórcy jak Elio Petri, Damiano Damiani i Francesco Rosi. Ostatni z wymienionych zrealizował Szacownych nieboszczyków, inteligentny i mocny w wymowie kryminał z Lino Venturą w roli inspektora prowadzącego śledztwo w sprawie serii zabójstw, których ofiarą padają sędziowie. „Jedno morderstwo sędziego to sprawa policji, cztery to już polityka” – pada w tym filmie takie zdanie. Lista podejrzanych jest początkowo nieduża, obejmuje głównie tych, którzy zostali uniewinnieni po odsiadce zafundowanej im przez wysoko postawionych sędziów.

Film zdobył dwa włoskie odpowiedniki Oscarów, czyli nagrodę David di Donatello, w najważniejszych kategoriach: najlepszy film i reżyseria. Wcielający się z równą wprawą w brutalnych gangsterów, co szlachetnych stróżów prawa Lino Ventura jako policyjny detektyw Amerigo Rogas zostaje wrzucony w atmosferę politycznych napięć. Dochodzi do demonstracji, podczas których kasta sędziowska nazywana jest mafią. Jak zwykle, główny bohater spełnia swoje zadanie – zbiera informacje, porządkuje fakty i zabezpiecza dowody. Ale jak to bywa w thrillerach konspiracyjnych, to wszystko może nie wystarczyć, bo polityczna mafia tak rozciągnęła swoje sieci, że nie jest w stanie im zagrozić jeden samotny sprawiedliwy (lub dwóch – Rogas ma sojusznika, komunistycznego dziennikarza, którego zagrał Luigi Pistilli). Nawet pies jest częścią konspiracji – gdy Rogas rozmawia z zaufanym dziennikarzem, na przeszpiegi zostaje wysłany pies z podsłuchem w obroży.

Operator Pasqualino De Santis (Oscar za Romea i Julię Franca Zeffirellego) wykreował bardzo ponury obraz wielkomiejskiej dżungli. Już pierwsza scena rozgrywa się w krypcie, gdzie ponad 80-letni Charles Vanel (Cena strachu, 1953), wyglądający niemal jak żywy trup, ogląda ludzkie mumie, a następnie dołącza do grona szacownych nieboszczyków. Pierwsza scena zazwyczaj ustanawia klimat filmu i tutaj mamy prolog rozgrywający się częściowo w katakumbach, przygotowujący widza na kino nieprzyjemne jak odór zgnilizny i śmierci. Co więcej, ten nastrój reżyserowi udało się utrzymać z żelazną konsekwencją do ostatniej minuty. W obsadzie szacowni i nieżyjący już aktorzy, Fernando Rey i Max von Sydow, ale i Lino Ventura jest w swojej roli doskonały – początkowo pełni rolę obserwatora, cechującego się chłodem emocjonalnym, ale gdy zaczyna zdawać sobie sprawę, w jaką aferę się wplątał, jego powściągliwość zmienia się w pot, strach i paranoję.

5. Boję się (Io ho paura, 1977), reż. Damiano Damiani



Policyjny brygadier Ludovico Graziano (Gian Maria Volontè) otrzymuje zadanie ochrony sędziego Canceddy (Erland Josephson), ale ten nie jest zadowolony z przydzielenia mu obstawy. Mówi, że ochrona sędziego świadczy o upadku społeczeństwa obywatelskiego. To idealista, człowiek uczciwy, ale też naiwny, który wierzy, że będąc sprawiedliwym, można zyskać szacunek. Ochroniarz, ze względu na naturę swojego zawodu, jest bardziej ostrożny, świadomy zagrożenia. To on właśnie wypowiada tytułowe słowa, a konkretnie mówi: „Boję się tego, czego nie rozumiem”. W jego pamięci tkwią ofiary tajemniczego zabójstwa, popełnionego w prologu filmu. Ofiarami byli sędzia i jego ochroniarz, więc prawdopodobne jest, że teraz oni, Graziano i Cancedda, mogą się znaleźć na celowniku. Gdy wpadają na trop afery, w którą zamieszane są tajne służby, coraz bardziej zaciskają się pętle na ich szyjach. Wkrótce na drodze policyjnego brygadiera pojawia się tajemniczy sędzia Moser (Mario Adorf), zupełne przeciwieństwo szlachetnego Canceddy…

Nie mogę wyjść z podziwu, jak dobry jest to film. Od początku do końca przemyślany w najdrobniejszych szczegółach. Pomiędzy bohaterami iskrzy, co sprawia, że nie potrzeba fajerwerków, by powstał dreszczyk emocji. Należy oglądać uważnie, bo intryga jest dosyć zawiła, na ekranie pojawia się coraz więcej nowych postaci, które mogą odgrywać ważną rolę, ale nie muszą, bo ich celem może być też odwrócenie uwagi widza, osłabienie jego czujności. Historia jest fikcyjna, choć z pewnością niektóre postacie mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Produkcja jest wiarygodna, inspirowana artykułami z pierwszych stron gazet i respektująca zasady realizmu, doprawiona błyskotliwym dialogiem i celną obserwacją społeczną. Strach jest czymś normalnym, nie boją się tylko szaleńcy. Zakładanie kamizelki kuloodpornej nie świadczy o tchórzostwie. Graziano boi się, bo nie wie, komu ufać. Nawet szlachetny sędzia jest dla niego zagrożeniem, bo próbuje odkryć zbyt wiele tajemnic i naraża się wpływowym ludziom.

Oprócz dobrego dialogu film cechuje się także poprowadzoną w dobrym tempie akcją z trzymającym w napięciu momentem kulminacyjnym na sali kinowej. Gian Maria Volontè zalicza kolejny świetny występ, ale ma także doświadczonego partnera w osobie szwedzkiego aktora Erlanda Josephsona, znanego między innymi z filmów Ingmara Bergmana. Gdy na ekranie pojawia się Mario Adorf, poziom napięcia szybuje jeszcze wyżej. Niezła, choć bardzo oszczędna jest muzyka Riza Ortolaniego. Dla mnie to doskonałe kino i jeden z ciekawszych przedstawicieli włoskiego thrillera politycznego. Film pokazuje w sposób cyniczny służby bezpieczeństwa, ale w centrum stawia jednak kryształowych bohaterów. Tacy bohaterowie wciąż jeszcze istnieją, ale są skazani na zagładę, bo świat jest doszczętnie zepsuty przez korupcję, przemoc i zagrywki polityczne.

6. Koziorożec Jeden (Capricorn One, 1977), reż. Peter Hyams



Eksploracja Księżyca też doczekała się teorii spiskowych. Seria lotów kosmicznych z lat 1969–72 zdaniem niektórych była serią zręcznie przygotowanych przez NASA mistyfikacji. Przewijała się nawet hipoteza, że w tym oszustwie brał udział Stanley Kubrick, twórca wybitnej produkcji science fiction 2001: Odyseja kosmiczna (1968). Sceny z ludźmi łażącymi po Księżycu miały być rzekomo wyreżyserowane w specjalnie przygotowanym studiu telewizyjnym. Możliwe, że duży wpływ na takie myślenie wywarł thriller Koziorożec Jeden, z którego kadry i sceny niejednokrotnie wykorzystywano w materiałach dotyczących kosmicznych mistyfikacji. Reżyser filmu Peter Hyams zastanawiał się nad siłą i znaczeniem telewizyjnego przekazu. Dysponując tak silnym medium, w którym dużą rolę odgrywają montaż i efekty specjalne, łatwo jest kogoś oszukać. Akcja jednak nie dotyczy podróży na Księżyc, lecz na Marsa. I mimo negatywnego przedstawienia agencji rządowej twórcy otrzymali wsparcie techniczne NASA.

Trzech astronautów ma zostać wysłanych w celu zbadania Czerwonej Planety. Ich wyprawa ma być transmitowana przez telewizję. Jednak okazuje się, że mają oni być tylko aktorami, zaś marsjańska sceneria została zbudowana w zamkniętym studio, z dala od cywilizacji, w jakimś hangarze na kalifornijskiej pustyni Mojave. Do czasu wszystko idzie zgodnie z planem, nikt nic nie podejrzewa, nawet rodziny. Ale „w drodze powrotnej”, podczas wejścia w ziemską atmosferę, dochodzi do awarii i oficjalnie astronauci zostają uznani za zmarłych. Dla „kosmonautów” staje się jasne, że projekt kosmiczny jest zbyt kosztowny, aby można było dopuścić do błędów. Mistyfikacja nie może więc wyjść na jaw i astronauci muszą zginąć naprawdę. Rozpoczynają wyścig, którego stawką jest ich życie. Mają nieoczekiwanego sojusznika, przenikliwego reportera, który zaczął badać sprawę po tym, jak zaginął jego przyjaciel, a jego samego ktoś próbował zabić.

Koziorożec Jeden to w dużej mierze ekscytujące kino przygodowe, dostarczające emocji, sprawiające, że widz sympatyzuje z bohaterami, pragnie, by kłamstwa zostały zdemaskowane. Przygoda Charlesa Brubakera (James Brolin) na pustyni to klasyka survivalu – głód, zmęczenie, węże i skorpiony. To także walka z czasem – jeśli nie dotrze zbyt szybko do cywilizacji, by samą swoją obecnością udowodnić rządowy przekręt, to zabije go pustynia. Wątek dziennikarza Roberta Caulfielda (Elliott Gould) prowadzącego prywatne śledztwo jest kapitalnie rozegrany z brawurową sceną jazdy samochodem bez hamulców, sprytnie nakręconą – z kamerą wewnątrz auta i „na zderzaku”, szeroki plan zastosowano tylko na koniec sceny. Co więcej, dobry suspens udało się uzyskać w niby zwyczajnej scenie rozmów astronautów z żonami podczas telewizyjnego przekazu na żywo. Z obsady oprócz Elliotta Goulda i Jamesa Brolina wyróżnił się Telly Savalas w roli epizodycznej, ale mającej duże znaczenie dla rozwiązania intrygi.

7. Śmierć człowieka skorumpowanego (Mort d’un pourri, 1977), reż. Georges Lautner



Francuskie thrillery konspiracyjne to materiał na osobny rozdział (taki rozdział zresztą napisałem jako część artykułu „Bulwary zbrodni. Historia francuskiego kryminału”, który jest z kolei częścią niewydanej jeszcze publikacji „Europejskie kino gatunków. Tom IV”). Oprócz dzieł tworzącego we Francji Costy-Gavrasa (Z, Stan oblężenia) do czołowych pozycji gatunku należą: Nada (1974) Claude’a Chabrola, Powodzenia, stary (1975) Graniera-Deferre’a, Sedzia Fayard zwany Szeryfem (1977) Yves’a Boisseta, I jak Ikar (1979) Henriego Verneuila, Trzech ludzi do zabicia (1980) Jacques’a Deraya, w pewnym sensie także Zawodowiec (1981) Georges’a Lautnera.

Tytułowa śmierć człowieka skorumpowanego to początek serii tajemniczych zdarzeń, których centralnym punktem jest dziennik z zapisem szemranych transakcji. Politycy, biznesmeni, przemysłowcy, finansiści mogą stracić reputację po ujawnieniu zawartości notesu. Głównym bohaterem jest Xavier Maréchal (Alain Delon), który jest człowiekiem nieprzekupnym i unikającym przemocy. Gdy zostaje zamordowany jego kumpel, Maréchal podejmuje własne śledztwo, by znaleźć zabójcę. Film Lautnera, specjalisty od kina rozrywkowego (oraz twórcy psychologicznego dramatu Droga do Saliny), jest dziełem sprawnie łączącym ambitne spojrzenie na korupcję i deprawację z pasjonującym kinem sensacyjnym z obowiązkową sceną samochodowo-kaskaderską pod nadzorem Rémy’ego Julienne’a. Film zrealizowano na podstawie powieści Jeana Laborde’a (znanego też jako Raf Vallet), autora Adieu poulet!, które przerobiono na znakomity film z Lino Venturą i Patrickiem Dewaere’em.

Gdy we Francji zrealizowano szereg konspiracyjnych thrillerów, urząd prezydenta zajmował Valéry Giscard d’Estaing (zmarł 2 grudnia 2020 na skutek komplikacji po COVID-19). Za jego kadencji (1974–1981) wykonano w kraju ostatnie wyroki śmierci. Jednym ze znanych aktorów popierających prezydenta był Alain Delon, który był producentem Śmierci człowieka skorumpowanego – filmu pokazującego Paryż jako siedlisko korupcji i bezprawia, jako stajnię Augiasza, wymagającą oczyszczenia, choć wydaje się to niemożliwe. Po kryzysie naftowym w 1973 wzrosło bezrobocie, zaogniły się konflikty, spotęgowała przemoc. Trzeba solidnych reform i stanowczych działań. Zdjęcia Henriego Decaë (Windą na szafot, W pełnym słońcu, Samuraj) utrzymane są w surowej tonacji, przytłaczająca jest aura wszechobecnego cynizmu. Muzyka Philippe’a Sarde’a, zawierająca solówkę na saksofonie w wykonaniu amerykańskiego jazzmana Stana Getza, również podtrzymuje właściwy dla historii klimat. Nawet Michel Audiard, mistrz dowcipnego dialogu, musiał powściągnąć swój humor i pójść w powagę. Chociaż film był sukcesem kasowym, między innymi dzięki świetnej obsadzie (oprócz Delona: Ornella Muti, Stéphane Audran, Mireille Darc, Maurice Ronet, Michel Aumont i – last but not least – Klaus Kinski), to jednak twórcy mogli odczuć rozczarowanie, gdyż znacznie wyższy wynik finansowy odniósł Belmondo ze swoją komedią Dubler.

8. I… jak Ikar (I… comme Icare, 1979), reż. Henri Verneuil



Z dzisiejszej perspektywy filmy z lat 70., których intryga nawiązuje do zamachu na Kennedy’ego, mogą się wydawać spóźnione i nieaktualne. Ale żeby o spisku politycznym opowiedzieć mądrze, unikając banału, warto odczekać przynajmniej dekadę od niewyjaśnionych zdarzeń. Pierwszy ważny film fabularny na temat politycznego zabójstwa w Dallas powstał w 1973 (Executive Action, reż. David Miller), a najbardziej dojrzały artystycznie dopiero w 1991 (JFK, reż. Oliver Stone). Co ciekawe, powstał nawet spaghetti western inspirowany tym zabójstwem – Cena władzy (Il prezzo del potere, 1969, reż. Tonino Valerii). Jego akcja rozgrywa się w czasie, kiedy dokonano zamachu na prezydenta Jamesa Garfielda (1881), jednak miejsce wydarzenia i okoliczności mu towarzyszące zostały zmienione w taki sposób, że jednoznacznie kojarzą się z JFK. Także Francuzi podjęli ten wątek, ale nie zrobili tego wprost, wykorzystując w pełni możliwości fikcji literackiej i osadzając akcję w fikcyjnym państwie. Ten kraj nie istnieje, ale problemy, jakie go nawiedzają, są jak najbardziej autentyczne. Prezydent zostaje zamordowany, a wyniki oficjalnego śledztwa są ogłoszone pośpiesznie, byle tylko zamknąć sprawę. Do akcji wkracza prokurator Henri Volney (Yves Montand), który zamierza odkryć prawdę.

Dla Henriego Verneuila, twórcy znakomitych filmów sensacyjnych (Skok na kasyno, Klan Sycylijczyków, Cenny łup, Strach nad miastem), projekt o nazwie I… jak Ikar był z założenia ambitniejszą produkcją. Oparty na drobiazgowo budowanym napięciu i atmosferze ciągłego zagrożenia, film skierowany jest do inteligentnego widza, szukającego w kinie nie tylko akcji, lecz także refleksji. Głównie na temat wątpliwej struktury władzy, nieudolności systemu bezpieczeństwa, mrocznej natury ludzkiej i psychologicznych aspektów zbrodni. Reżyser okazał się przenikliwym obserwatorem codzienności i w swoim filmie zawarł błyskotliwy komentarz na temat znaczenia prawdy i sprawiedliwości we współczesnym świecie. Świetną puentą jest finał wyjaśniający sens tytułu. I jak zawsze dobrego komentarza dostarcza Ennio Morricone swoją muzyką (to szósty i ostatni film Verneuila ze ścieżką dźwiękową Morriconego).

Kluczem do interpretacji filmu może być zajmujący istotne miejsce w scenariuszu eksperyment psychologiczny przeprowadzony przez Stanleya Milgrama we wczesnych latach 60. Badanie polegało na sprawdzeniu, jak działa człowiek, gdy ma nad sobą „zarządcę”, kogoś, kto go kontroluje i zachęca do użycia przemocy. Gdy człowiek otrzymuje zadanie od kogoś, wtedy łatwiej mu je wykonać, bo czuje się bezkarny, zawsze może wtedy zrzucić winę na przełożonego. Tak postępowali ludzie na wojnie, ale i w czasach pokoju ta metoda okazuje się skuteczna, bardzo możliwe, że zadziałała również w przypadku Lee Harveya Oswalda i Jacka Ruby’ego, a może nawet członków komisji Warrena.

9. Morderstwo na zlecenie (Murder by Decree, 1979), reż. Bob Clark



Dużo teorii spiskowych powstało wokół morderstw Kuby Rozpruwacza, znanego powszechnie jako Jack the Ripper. Jedna z nich dość szybko została obalona, ale mimo to stała się inspiracją dla filmowców. We wczesnych latach 70. niejaki Joseph Gorman (znany też jako Joseph Sickert) twierdził, że jest nieślubnym synem Alice Margaret Crook i znanego malarza Williama Sickerta (który został przedstawiony jako Kuba Rozpruwacz w książce Patricii Cornwell Portrait of a Killer: Jack the Ripper – Case Closed, wyd. 2002). Gorman mówił, że od ojca słyszał opowieści o powiązaniach brytyjskiej rodziny królewskiej z morderstwami w Whitechapel w 1888 roku. Ponoć jego babka, Annie Crook, poślubiła w tajemnicy Alberta Wiktora, wnuka królowej Wiktorii, a następnie urodziła dziecko, Alice (matkę Gormana), które było prawowitym następcą angielskiego tronu. Aby ukryć ten fakt, rodzina królewska z pomocą nadwornego lekarza, sir Williama Gulla, pozbyła się świadków, zaś Annie Crook, tajną żonę księcia, umieścili w zakładzie dla obłąkanych.

Taką wersję morderstw Rozpruwacza rozpowszechnili pisarze Elwyn Jones i John Lloyd, którzy najpierw współtworzyli 6-częściowy serial Jack the Ripper (1973) o śledztwie prowadzonym przez fikcyjnych detektywów Charlesa Barlowa i Johna Watta. Potem napisali o tym książkę The Ripper File (1975). Z kolei brytyjski dziennikarz Stephen Knight, opierając się na tej teorii i dodając do niej własne wyniki śledztwa, napisał utwór Jack the Ripper: The Final Solution (1976). Historycy i kryminolodzy stanowczo odrzucili taką wersję wydarzeń, a nawet sam Gorman przyznał, że to wszystko zmyślił. Ale teoria przetrwała w popkulturze i na jej podstawie amerykański reżyser i producent Bob Clark wraz z brytyjskim scenarzystą Johnem Hopkinsem stworzyli mroczny kryminał retro Morderstwo na zlecenie. Podobnie jak w filmie A Study in Terror (1965, reż. James Hill) połączyli Sherlocka Holmesa ze sprawą Kuby Rozpruwacza, ale jako rozwiązania użyli najnowszej teorii spiskowej, związanej nie tylko z angielską rodziną królewską, ale i masonerią. Detektyw Sherlock Holmes (Christopher Plummer) i doktor Watson (James Mason), bohaterowie wymyśleni przez Arthura C. Doyle’a, stąpają po śliskim gruncie, bo na ich drodze stają autentyczne postaci: komisarz londyńskiej policji sir Charles Warren (Anthony Quayle), premier Wielkiej Brytanii, markiz Salisbury (John Gielgud) i wspomniana Annie Elizabeth Crook (Geneviève Bujold).

Brytyjsko-kanadyjska produkcja Boba Clarka wyróżnia się na tle innych ekranizacji przygód Holmesa większą emocjonalnością. W interpretacji Plummera detektyw cechuje się empatią, nie traktuje sprawy jako rutynowej, ale mocno się angażuje i ma wyrzuty sumienia, że nie ochronił jednej z ofiar, Mary Kelly (Susan Clark). Jego końcowa tyrada przed trzema członkami loży masońskiej to doskonałe zwieńczenie historii, oskarżenie polityków o zmowę milczenia, ale także oskarżanie siebie samego o nie dość skuteczne działania. Z kolei Watson też nie jest tu taki, jak w wielu innych interpretacjach. Sam aktor, James Mason, zgodził się ponoć zagrać tę rolę tylko pod warunkiem, jeśli doktor Watson zostanie potraktowany z większym szacunkiem niż zazwyczaj.

10. Wybuch (Blow Out, 1981), reż. Brian De Palma



Angielski tytuł filmu, Blow Out, nasuwa skojarzenia z Blowup (pol. Powiększenie, 1966) Michelangela Antonioniego. Z pewnością nie jest to przypadkowe podobieństwo. Bohaterem tamtego filmu jest fotograf, który w trakcie wykonywania swojej pracy uchwycił coś, czego nie powinien. Stał się mimowolnym świadkiem zbrodni. Brian De Palma w swoim filmie przedstawił podobnego bohatera, trochę też inspirowanego autentyczną postacią Abrahama Zaprudera, który sfilmował zamach na prezydenta Kennedy’ego.

Reżyser, będący miłośnikiem Alfreda Hitchcocka, zaczął swój film od sceny, którą można określić jako parodię sceny prysznicowej z Psychozy (1960). Do pewnego momentu znakomicie budowane jest napięcie, by popsuć je w momencie krzyku bohaterki. Ten zgrzyt jest oczywiście celowy, bo ważnym motywem okazuje się poszukiwanie krzyku idealnego. W tym właśnie celu inżynier dźwięku Jack Terry (John Travolta) wyrusza w plener, by coś nagrać. I jest świadkiem wypadku samochodowego, którego ofiara to gubernator i zarazem kandydat na prezydenta. Bohaterowi udaje się uratować dziewczynę imieniem Sally (Nancy Allen), którą najpewniej polityk odwoził do domu po spędzonej z nią nocy. Wyczulony na dźwięki Jack usłyszał przed wypadkiem odgłos wystrzału z broni palnej i nagrany przez niego materiał to potwierdza. Problem w tym, że pewnej grupie ludzi zależy na tym, aby śmierć polityka uznano za wypadek, a nie zamach. Jack i Sally są na celowniku tajemniczego mordercy (John Lithgow), który dla zmylenia policji zabija wcześniej kilka przypadkowych osób.

De Palma oprócz reżyserskiego kunsztu pokazał także talent literacki, tworząc oryginalną i precyzyjną intrygę, na tyle niejednoznaczną, by sprowokować do myślenia. Film jest w dużej mierze opowieścią o ludziach dręczonych poczuciem winy, starających się zmienić nastawienie, by nie powtórzyć błędów przeszłości. Jack ma wyrzuty sumienia za dawną policyjną akcję, kiedy to zainstalowany przez niego mikrofon uległ awarii, przyczyniając się do tragedii. Po latach ugrzązł w niskobudżetowych horrorach, ale w przeciwieństwie do twórców taśmowo produkowanych slasherów nie zamierza odwalać fuszerki, traktuje swoją pracę bardzo poważnie. Również Sally próbuje przejść przemianę – wcześniej była wspólniczką szantażysty, ale wypadek, w którym omal nie zginęła, jest dla niej tak jakby początkiem nowego życia i szansą na poprawę. Reżyser oddał tym filmem hołd nie tylko swoim ulubionym klasykom (głównie o tematyce podglądactwa – Okno na podwórze Hitchcocka, Powiększenie Antonioniego, Rozmowa Coppoli), ale też niedocenianym pracownikom branży filmowej, inżynierom dźwięku (o nich pisze się w recenzjach zazwyczaj, gdy odwalili fuszerkę, ale gdy dźwięk idealnie się zgrywa z obrazem, to najczęściej się o tym nie wspomina). Trudno nie docenić stylowej oprawy wizualnej, za którą odpowiedzialny był wybitny operator Vilmos Zsigmond (Oscar za Bliskie spotkania trzeciego stopnia). Długo po seansie zostaje w głowie piękna muzyka Pina Donaggia – zaprezentowana w finale może spowodować (nomen omen) wybuch emocji.

korekta: Sandra Popławska

1 komentarze: