Splat! FilmFest3. 68 KILL

(2017 / 93 minuty)
reżyseria: Trent Haaga
scenariusz: Trent Haaga na podst. powieści Bryana Smitha

Film obejrzany podczas trzeciej edycji festiwalu horroru Splat! FilmFest w Lublinie.
 
W poprzednim festiwalowym filmie (Midnighters) gra toczyła się o 50 tysięcy dolarów. W kolejnym stawką jest 68 kawałków, a więc mamy kolejną opowieść o bezgranicznej miłości do pieniędzy. Ale film Trenta Haagi na motywach książki Bryana Smitha jest zupełnie inny – właściwie pod każdym względem. Jest to produkcja bardziej krwawa i … znacznie bardziej zabawna. Mroczny nastrój ustąpił niczym nieskrępowanej zabawie, ale trudno jednak nie zauważyć tragizmu, który w trakcie seansu nieśmiało wyłania się na powierzchnię i dopiero po seansie zaczyna do widza docierać. Film znalazł się w sekcji Girl Power, mającej na celu pokazać mroczną naturę kobiet (w tej sekcji znalazły się również Tragedy Girls i M.F.A.). Chociaż już wielokrotnie portretowano na ekranie złe kobiety, to 68 Kill jest w stanie zaskoczyć szalonym rytmem i czarnym humorem.

Splat! FilmFest3. MIDNIGHTERS


(2017 / 94 minuty)
reżyseria: Julius Ramsay
scenariusz: Alston Ramsay

Film obejrzany podczas trzeciej edycji festiwalu horroru Splat! FilmFest w Lublinie.

„Krew ma słodki smak” – mówi jeden z bohaterów siedząc przywiązany do krzesła. Jest jeszcze rozluźniony, jest przekonany bowiem że ma asa w rękawie, który pozwoli mu się wyzwolić z więzów. Nie wie, że czeka go jeszcze wbijanie gwoździ w paznokcie, co osłabi jego pewność siebie. Jest to fragment filmu Midnighters, zrealizowanego przez braci Juliusa Ramsaya i Alstona Ramsaya. Obaj zajmowali się produkcją filmu, jeden napisał scenariusz, drugi reżyserował. Obaj przyjechali także do Lublina na Splat! FilmFest, gdzie film miał swoją polską premierę (światowa odbyła się w czerwcu na festiwalu w Los Angeles). Wspomniana scena sprawiała dużo frajdy zarówno reżyserowi jak i aktorom. Na szczęście tego na ekranie nie widać, udało się ją nakręcić w taki sposób, by widać było ból i cierpienie postaci. Midnighters nie jest rasowym horrorem, można w nim znaleźć elementy sensacyjnego thrillera, ale wykreowany klimat jest bardzo bliski filmom grozy.

WYGASŁY BLASK MIECZA. 10 zapomnianych filmów samurajskich


Hana wa sakuragi, hito wa bushi
Wśród kwiatów - wiśnia, wśród ludzi - wojownik
(japońskie przysłowie dot. samurajów)
Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

Dramat samurajski to gatunek, z którym kino japońskie kojarzone jest najbardziej. Myślę, że więcej jest jego zwolenników niż filmów karate, yakuza, kaijū czy pinku-eiga. Historię gatunku tworzą pewne dzieła wzorcowe, a obrazy o tematyce samurajskiej były realizowane przez wielu wybitnych reżyserów, co przełożyło się na popularność gatunku nie tylko w Japonii, ale też poza jej granicami. Większość dzieł samurajskich to filmy historyczne bądź przygodowo-kostiumowe z akcją w epoce Edo (1603-1867), tak zwane jidai geki. Bohaterami tych filmów, oprócz samurajów, są często panowie feudalni zwani daimyō, a także roninowie (samuraje bez pana) oraz wysoko postawieni urzędnicy (np. szambelani). Fabuła jest często pretekstem do ukazania walki na miecze (po japońsku chanbara – tego słowa też się używa jako filmowego podgatunku).

Dzień Szakala

The Day of the Jackal (1973 / 143 minuty)
reżyseria: Fred Zinnemann
scenariusz: Kenneth Ross na podst. powieści Fredericka Forsytha

Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

Gdy debiutancka powieść Fredericka Forsytha Dzień Szakala ukazała się w księgarniach w 1971 roku, Fred Zinnemann był już uznanym twórcą – gwarantem wysokiej jakości. W westernie W samo południe (1952) przedstawił interesujący portret psychologiczny człowieka skazanego na samotną walkę z silniejszym przeciwnikiem. W Dniu Szakala mamy podobny typ bohatera, ale w przeciwieństwie do Willa Kane'a główny bohater nie szuka współpracowników, jest samotnikiem z wyboru, a oprócz tego stoi po niewłaściwej stronie barykady, reprezentując organizację terrorystyczną. Zinnemann w tym filmie odwrócił klasyczny model westernu, tak jak Forsyth w swojej książce odwrócił tradycyjny schemat powieści sensacyjnej, czyniąc głównym bohaterem zawodowego zabójcę, a punktem kulminacyjnym – rozgrywkę, która jest z góry przesądzona.

Samuel Fuller. Zabójcza terapia


Dnia 12 sierpnia przypada rocznica urodzin Samuela Fullera, amerykańskiego filmowca tworzącego gdzieś na zapleczu Hollywood. Dysponując niewielkim budżetem pokazywał mało atrakcyjną stronę swojego kraju. Ameryka w jego filmach przypomina szpital pełen ludzi ułomnych o zróżnicowanym stopniu kalectwa. Z reporterską odwagą przedstawiał tematy kontrowersyjne, stawiając w centrum opowieści konkretnego człowieka, a nie wielkie wydarzenia historyczne, czy efektowną scenerię.

W sto piątą rocznicę urodzin Fullera następuje finał akcji, której pomysłodawcą jest Patryk Karwowski, autor bloga Po napisach. Chociaż deklarowałem chęć wzięcia udziału, do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy uda mi się porządnie zreasumować twórczość tego hollywoodzkiego mavericka. Wcześniej podjąłem się zrecenzowania tylko dwóch filmów tegoż twórcy (vide Podwójny seans z Samem Fullerem), a jeden tytuł włączyłem do wpisu Niedocenione '57. Niniejsze zestawienie to zbiór dziesięciu minirecenzji, w którym zawarłem opinie na temat wszystkich obejrzanych przeze mnie filmów Fullera. Moja przygoda z twórczością tego artysty nie dobiegła więc końca, ale myślę, że to jednak bardzo reprezentatywny zestaw utworów, świadczący o biegłości i inteligencji reżysera oraz jego wszechstronności w doborze tematów i gatunków.

Baza ludzi umarłych

(1958 / 104 minuty)
reżyseria: Czesław Petelski
scenariusz: Marek Hłasko

Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl
w cyklu Czarno na białym

Kino jest dla wielu widzów ucieczką od rzeczywistości, ale gdyby nie rzeczywistość, historia przemysłu filmowego potoczyłaby się inaczej. Tragiczne skutki dwóch wojen światowych wiele zmieniły, skłaniały do refleksji, stały się (nomen omen) bazą, z której czerpano pomysły. W coraz większych ilościach zaczęły powstawać wnikliwe dramaty społeczne. Obrazy zniszczonych miast oraz klimat nieufności i paranoi zostały przekształcone w elegijne filmowe scenariusze oraz ponure filmy, w których monochromatyczne, pełne surowości zdjęcia odzwierciedlały żywot współczesnego człowieka bez szans na lepsze jutro.

Po międzynarodowym sukcesie włoskiego neorealizmu rodziły się w latach pięćdziesiątych ruchy nowofalowe. Jednym z pierwszych była Polska Szkoła Filmowa, rozsławiona canneńskim triumfem Kanału (1957) Andrzeja Wajdy. Podobne nurty tworzyły się również w Wielkiej Brytanii, Francji, Czechach, na Węgrzech, w Niemczech i innych państwach, także spoza Europy (np. USA). W kinie, podobnie jak w polityce, musi istnieć opozycja. W wielu krajach filmowe ruchy artystyczne sygnalizują bunt przeciwko tak zwanym „produkcyjniakom”, czyli filmom konserwatywnym, powszechnie akceptowalnym, a więc komercyjnym. Polska Szkoła Filmowa powstała jednak w opozycji do stalinowskiego socrealizmu i na tle innych nurtów (także wcześniejszego neorealizmu włoskiego) wyróżnia się znacząco.