Skłóceni z życiem

The Misfits (1961 / 124 minuty)
reżyseria: John Huston
scenariusz: Arthur Miller

Przygnębiający i depresyjny dramat o outsiderach, którzy próbują pogodzić się z życiem, lecz życie jakie jest każdy widzi - więcej w nim smutku i rozpaczy niż radości. Niełatwo być optymistą, kiedy na swojej drodze spotyka się same przeszkody, a inni ludzie rzucają tylko kłody pod nogi. Rozczarowana nieudanym małżeństwem kobieta powoli traci wiarę w ludzi, ale szukając bratniej duszy trafia na mężczyzn, którzy pozornie spełniają jej oczekiwania. Przypominają kowbojów z westernów, sprawiają wrażenie sympatycznych dżentelmenów, szanujących kobiety i przyrodę, ceniących spokój i wolność. Wyglądają na facetów, z którymi można się nieźle bawić, którym można się zwierzyć z dręczonych koszmarów i życiowych problemów. Ale to co na pierwszy rzut oka wydaje się ciekawe i inspirujące z czasem nabiera ciemniejszych barw, a człowiek o żywym usposobieniu może okazać się wewnętrznie martwy.

Scenariusz napisany przez dramaturga Arthura Millera nie jest łatwy w odbiorze, a bohaterowie pod pozorami normalności skrywają bardzo skomplikowaną, trudną do scharakteryzowania naturę. Kluczem do sukcesu i lepszego zrozumienia postaci okazał się trafny dobór aktorów. Clark Gable stworzył niezapomnianą kreację podstarzałego kowboja, który dawno utracił chęć do życia i pracy, szuka ciągle nowego zajęcia, gardzi stałą pracą i powoli popada w głęboką otchłań rozpaczy i smutku. Marilyn Monroe jest bardzo przekonująca w roli rozwódki, próbującej rozpocząć nowe życie. Ktoś kto wątpił w aktorski talent tej blondynki po obejrzeniu tego filmu nie powinien mieć wątpliwości, że Marilyn była bardzo utalentowaną aktorką. Jej małżeństwo z Arthurem Millerem wówczas zaczęło się rozpadać i aktorce łatwiej było pokazać ten smutek kryjący się za uśmiechem i ładną twarzą. Eli Wallach mający już wówczas na koncie rolę czarnego charakteru w westernie Siedmiu wspaniałych z równym powodzeniem wskoczył we współczesne realia, tworząc wyrazistą postać pilota, który po śmierci żony stał się zgorzkniały i udręczony. Z kolei odtwarzany przez Montgomery'ego Clifta ranczer i zawodnik rodeo to również człowiek o niepewnej przyszłości, który zamiast stałej posady w zamkniętym biurze woli pracę na otwartej przestrzeni, gdzie czuje się naprawdę wolny, chociaż nie do końca szczęśliwy. Obsadę dopełnia Thelma Ritter, która potrafiła ożywić nawet bezbarwną i nieciekawą postać. I tak też jest tym razem.



Film Hustona jest sugestywnym i pozbawionym subtelności obrazem czwórki bohaterów zagubionych i uwięzionych we współczesnej rzeczywistości. Kowboj, rozwódka, wdowiec i ranczer to ekipa „wolnych strzelców”, szukających swojego miejsca w ponurym miasteczku i na bezkresnym pustkowiu. Skąpana w słońcu Nevady sceneria podkreśla jeszcze bardziej wyobcowanie bohaterów, ich zagubienie i uwięzienie w labiryncie, z którego tylko nieliczni znajdą drogę wyjścia. Natomiast będąca poniekąd wizytówką filmu kulminacyjna scena łapania mustangów na lasso jest dosadnym i nie pozostawiającym żadnych wątpliwości przykładem na to, że rozczarowania mogą być brutalne i zaskakujące, marzenia w jednej chwili mogą legnąć w gruzach, a życie w pewnym momencie zaczyna tracić sens, blask i urok. W filmie jest obecny na początku romantyczny nastrój, kiedy to bohaterowie spotykają się przypadkiem i zaczynają się wzajemnie poznawać, lecz wkrótce ten romantyzm zniknie, a w jego miejsce pojawią się odpychające, trudne do zaakceptowania działania bohaterów. Film Hustona to pełna goryczy przypowieść o wyobcowaniu życiowych rozbitków i powolnym zanikaniu w społeczeństwie określonych reguł. Liczne problemy w życiu osobistym wyzwalają w człowieku silne emocje, które dają o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie.

Nie każdemu spodoba się ten film - mnie trochę rozczarował, gdyż oprócz kulminacyjnych fragmentów z mustangami nie znalazłem w nim żadnej sceny, która dostarczyłaby jakichkolwiek emocji. Brakuje tu jakiejś konkretnej fabuły i dopiero finałowe sekwencje jasno pokazują, co autor miał na myśli. Dlatego recenzując film trudno nie wspomnieć o zakończeniu i finałowej puencie. Aby dotrwać do końca należy przebrnąć przez liczne intelektualne rozmowy tytułowych „misfitsów” czyli ludzi nieprzystosowanych społecznie. Ciężko powiedzieć czy dialogi są dobre, ale doświadczeni aktorzy potrafią sprawić, by nawet złe dialogi brzmiały dobrze i jeśli ten film warto obejrzeć to przede wszystkim dla aktorów. Film Hustona to jedyna, niepowtarzalna okazja, by w jednym filmie zobaczyć ostatnią wybitną kreację Clarka Gable'a, Marilyn Monroe i Montgomery'ego Clifta. Wspierał ich Eli Wallach, który był już wówczas doświadczonym aktorem teatralnym, znajdującym się dopiero na początku drogi filmowej, zaś w Skłóconych z życiem stworzył bardzo dobrą, wyrazistą rolę dramatyczną - postać z burzliwą przeszłością i niepewną przyszłością. Ten aktor, kojarzony najbardziej z rolą brzydkiego Tuco w Dobrym, złym i brzydkim, w przeciwieństwie do reszty aktorów z dramatu Hustona pozostaje nieskłócony z życiem i żyje do dziś, mając niecałe 97 lat.

4 komentarze:

  1. Bardzo się cieszę, że napisałeś właśnie o TYM filmie. Miałam na niego ochotę, właśnie ze względu na aktorów, którzy podobno zagrali tu samych siebie. Widziałam też tą przejmującą scenę z Marilyn gdy wrzeszczy na środku pustyni na swoich współtowarzyszy. Nie wiem być może to co działo się za kulisami tego filmu jest nawet bardziej interesujące niż sam obraz, ale i tak chciałabym go zobaczyć ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie czytając twoją recenzję (bo nie wiedziałam, że powstała ekranizacje tej sztuki) pomyślałam, że w sumie ci aktorzy grają samych siebie i dla tego faktu warto film obejrzeć. Czytałam kilka sztuk Arthura Millera i w sumie chyba on ma taki styl, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje, emocje wydają się być cały czas duszone ale w końcu do tej kulminacji dochodzi. Bardzo przyjemna recenzja, pozdrawiam a film na pewno obejrzę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. bez wątpienia jeden z moich ulubionych filmów, ale zgadzam się z "Przeminęło z wiatrem", że swoją siłę i legendę zawdzięcza głównie aktorom, dla których był to ostatni lub przedostatni film w karierze, każdy z nich zagrał siebie, zmęczonego życiem i sławą człowiekiem, takiego outsidera właśnie, który nie potrafi już znaleźć swojego miejsca na ziemi

    patrząc na Skłóconych pod tym kątem, automatycznie zmienia się do niego własny stosunek,

    a co do tego że nudny, nie każdy film legenda po latach okazuje się najciekawszym z możliwych dzieł ;))

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak pisałem w recenzji filmu "Mój tydzień z Marilyn": filmy z Monroe mogę oglądać po kilka razy, nawet te słabsze i podtrzymuję to zdanie, bo mimo iż film Hustona nie jest zbyt wciągający to jeszcze do niego wrócę ;) Film na pewno wiele by stracił, gdyby zagrali w nim inni aktorzy. Zresztą u Hustona obsada była zawsze mocną stroną, że wspomnę chociażby duet Burt Lancaster i Audrey Hepburn z "Nie do przebaczenia" albo role Seana Connery'ego i Michaela Caine'a z "Człowieka, który chciał być królem".

    Jeszcze a propos recenzji "Skłóconych z życiem" i tego co napisałaś o przedostatnim filmie w karierze to w swoim tekście nieco uprościłem pisząc o ostatnich wybitnych kreacjach Gable'a, Monroe i Clifta. Gwoli ścisłości to Gable i Monroe zagrali u Hustona ostatnią rolę w karierze, ale Clift wystąpił jeszcze w nominowanej do Oscara kreacji w "Wyroku w Norymberdze", po czym Huston obsadził go w biografii Freuda.

    OdpowiedzUsuń