Dama z Szanghaju

The Lady from Shanghai (1947 / 87 minut)
reżyseria: Orson Welles
scenariusz: Orson Welles na podst. powieści Sherwooda Kinga pt. If I Die Before I Wake

Wczesne dokonania Orsona Wellesa, takie jak Obywatel Kane i Wspaniałość Ambersonów, doceniane są przez krytyków i zajmują wysoką pozycję wśród najważniejszych dzieł w historii kinematografii. Nie dziwię się, bo to naprawdę wartościowe filmy, nowatorskie pod względem prowadzenia narracji i eksperymentów z kamerą, a także opowiadające interesujące historie z życia wzięte. Lubię również czarne kryminały z lat 40-tych i liczyłem na to, że zaliczana do tego nurtu Dama z Szanghaju przypadnie mi do gustu. Niestety, ten film okazał się dla mnie rozczarowującym, nudnym filmem, pozbawionym uroku i błyskotliwości starego kina.

Pewien irlandzki marynarz poznaje piękną i pociągającą kobietę, wdaje się z nią w rozmowę, broni przed chuliganami i odwozi ją do domu. Spotkanie z dziewczyną kwituje słowami spoza kadru, sugerującymi, że wkrótce będzie miał przez nią kłopoty. Tak jak większość filmów noir produkcja Wellesa jest ostrzeżeniem przed zimnymi i wyrachowanymi kobietami. Tak jak w większości czarnych kryminałów w filmie Wellesa centralne miejsce zajmuje zbrodnia i zagadka co do tożsamości sprawcy. Z pozoru wygląda to jak klasyczny film noir, a ręka uznawanego za geniusza i wizjonera Wellesa powinna wyróżnić ten film spośród wielu innych powstałych w tym czasie kryminałów. Dlaczego więc w ostatecznym rozrachunku ten film nie jest nawet ponadprzeciętny, nie mówiąc już o zaliczeniu go do arcydzieł kinematografii?

Przede wszystkim fabuła i rozwój intrygi są banalne i łatwe do przewidzenia. W budowaniu napięcia i mrocznej atmosfery nie pomogło nawet to, że wszyscy wyglądają tu jak potencjalni mordercy - źli, zepsuci, fałszywi, pazerni, odrażający (poza Ritą), co jeszcze bardziej podkreśla odpowiedni sposób filmowania, mający zapewne wzbudzać niepokój (i momentami faktycznie bywa niepokojąco i tajemniczo). Główny bohater przez dłuższy czas zachowuje się jak naiwniak i głupiec, a potem nieoczekiwanie zmienia się w człowieka czynu - ucieka z gmachu sądu i demaskuje mordercę w tak przedziwny i trywialny sposób, że zamiast napięcia odczuwa się konsternację i rozczarowanie. Nie sądziłem, że to powiem, ale Rita Hayworth nie przekonuje w roli nikczemnej femme fatale. To prawda, że jest ładna i w krótkich blond włosach nie wygląda wcale gorzej niż z długimi rudymi włosami, ale wraz z obcięciem włosów ubyło jej aktorskiego talentu, bo w o rok wcześniejszej Gildzie zagrała znacznie lepiej.

Omawiając ten film należy koniecznie wspomnieć o jednej rzeczy, która jest bezdyskusyjną zaletą i największą atrakcją filmu. Mowa o scenie strzelaniny w salonie luster. Jeśli w którejś scenie widać mistrzowską rękę Wellesa to na pewno w tej kulminacyjnej sekwencji, wielokrotnie cytowanej (np. w Wejściu smoka). Niestety aby do niej dotrwać trzeba przemęczyć się przez długi czas oglądając nudną psychologiczną grę pomiędzy dziwnymi bohaterami. Intryga Damy z Szanghaju zupełnie nie wciąga, lecz irytuje, zarówno nienaturalnym zachowaniem zupełnie nieprawdziwych postaci jak i zbyt jasnym i sztampowym rozwojem sytuacji. Film zrealizowany bez polotu i finezji, brakuje tu konsekwencji i spójności, a elementy tej łamigłówki poukładane zostały chaotycznie, bez ładu i składu.

Nie dziwię się, że film poniósł finansową klęskę, nie dziwię się, że ten film zniszczył karierę Rity Hayworth, bo aktorka nie sprawdziła się w nowej roli. Dla mnie nadal jedyną aktorką idealnie uosabiającą postać kobiety fatalnej pozostaje Lana Turner. Damę z Szanghaju warto obejrzeć z dwóch powodów: dla urody Rity Hayworth i dla finałowej sceny z lustrami. Liczyłem, że ten film będzie miał więcej do zaoferowania. Zrecenzowany niżej Taggart oferuje wiele w małym B-klasowym opakowaniu, natomiast film duetu Welles - Hayworth opatrzony jest etykietką „jeden z najważniejszych filmów w dziejach kina”, ale tak naprawdę daje znacznie mniej satysfakcji.

4 komentarze:

  1. Słabo ten film pamiętam, oglądałem wieki temu. Dla mnie najpoważniejszym akcesem Wellesa do kina noir i zarazem moim ulubionym jego filmem pozostaje ,, Dotyk Zła'' ( Touch of Evil) z 1958. To jest kino totalne, feeria pomysłów, jaką tu Welles olśniewa nie pozostawia wątpliwości, że był genialny ( bywał, tak lepiej). Do historii przeszła otwierająca scena, dzierżąca miano ,, najsłynniejszego master shota w dziejach kina'', ale to bynajmniej nie jedyny smaczek tego barokowego kryminału, rzeczowego i odrealnionego zarazem.

    OdpowiedzUsuń
  2. "Dotyku zła" jeszcze nie widziałem, Charlton Heston w roli Meksykanina, Janet Leigh w roli jego żony i ciekawa intryga kryminalna prowadzona ręką Wellesa - to może być całkiem niezłe, może nawet genialne, kino. Wkrótce postaram się obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Najlepszy jest sam Welles w roli zdeprawowanego, obleśnego gliniarza i Marlena Dietrich w hipnotycznym cameo. Mocno odjechaną rolę ma Akim Tamiroff ( Zagłoba w włoskiej wersji ,, Ogniem i Mieczem'' z lat 60 -tych). No i czarno białe zdjęcia Russella Metty'ego, ma się rozumiec...

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja pamięć też zawodzi, ale scenę z lustrami jeszcze kojarzę. To był czas, kiedy zaczynałam oglądać stare filmy. Chciałam coś Wellesa, ale bałam się podejścia do "Obywatela Kane'a" (wciąż nie obejrzałam, taki ze mnie tchórz). Padło na tytuł, który złamał karierę Hayworth. Nie nazwałabym filmu fatalnym, bo w gruncie rzeczy dobrze się go oglądało. Jednak nie był na tyle dobry bym po tych 3 latach pamiętała o co tam w ogóle chodziło.

    OdpowiedzUsuń