Skorpion

Scorpio (1973 / 114 minut)
reżyseria: Michael Winner
scenariusz: David W. Rintels, Gerald Wilson na podst. fabuły Davida W. Rintelsa

Zmarły niedawno brytyjski reżyser Michael Winner to sprawny rzemieślnik, którego znakiem rozpoznawczym jest najsłynniejszy film o zemście - Życzenie śmierci (1974) z Charlesem Bronsonem. Rok przed tym hitem nakręcił thriller szpiegowski Skorpion, w którym obsadził dwóch aktorów o międzynarodowej sławie. Obsada gwarantowała komercyjny sukces, bo kto by nie chciał zobaczyć w akcji Burta Lancastera i Alaina Delona (którzy już spotkali się wcześniej na planie filmowym - w Lamparcie Viscontiego z 1963). W filmie Winnera stoją po przeciwnych stronach barykady, więc można robić zakłady, który z nich okaże się sprytniejszy, a który zostanie zabity. W fabule pojawiają się ciekawe motywy, np. dotyczące podwójnych agentów i kontraktu na zabójstwo, które mogły się złożyć na wciągające kino sensacyjne. A jaki jest efekt końcowy? Można go podsumować dwoma słowami: zmarnowany potencjał. Albo jednym słowem - rozczarowanie.

Francuski najemnik Jean Laurier zwany Skorpionem otrzymuje zlecenie zabicia podstarzałego agenta CIA, Crossa - swojego mentora, który prawdopodobnie był podwójnym agentem, działającym dla Sowietów. Skorpion podejmuje się tego zadania, lecz nie opuszczają go wątpliwości, a także nieufność co do zamiarów szefa agencji, McLeoda, podstępnego karierowicza. Myślenie w takim zawodzie jest oznaką słabości, wskazuje na brak profesjonalizmu, lecz czyni go także pozytywnym bohaterem, który jeśli ma kogoś zabić musi mieć naprawdę dobry powód. Nie od dziś wiadomo, że idealnym sposobem na zmuszenie kogoś do współpracy jest podrzucenie obciążających dowodów (np. narkotyków) i zadanie pytania: „albo będziesz nas słuchał albo zgnijesz w więzieniu”. McLeod nie waha się stosować takich niehonorowych metod, by uzyskać przewagę i wymusić posłuszeństwo.

Akcja rozwija się wolno i przez pierwszą godzinę dzieje się niewiele, chociaż podrzucenie Laurierowi heroiny nieco przyśpiesza działania bohaterów, wychodzi na jaw znajomość Crossa z komunistycznym agentem Siergiejem Żarkowem, a także przypuszczenie, że ścigany agent przebywa w Wiedniu. Ale te informacje to i tak zaledwie mały krok, który nie jest w stanie wiele zmienić. Dopiero w drugiej połowie filmu akcja bardziej się rozpędza, prowokując bohaterów do intensywniejszych działań. Alain Delon gra tu postać, która nie zasługuje na ksywkę Skorpion - nie widać u niego tego „jadu”, który czyniłby go niebezpiecznym zabójcą. Lubi głaskać koty, co znalazło nawet swój ironiczny finał, potwierdzający, że jest to niezbyt rozgarnięty żółtodziób, a nie groźny zabijaka. Aktorstwo Delona także pozostawia wiele do życzenia. Znacznie lepiej prezentuje się bohater grany przez Burta Lancastera, bo to człowiek nieprzewidywalny, który potrafi sprytnie zmylić przeciwnika i ze ściganej zwierzyny zmienić się w tropiciela i zabójcę.


Niepodważalne zalety filmu to paryskie i wiedeńskie plenery oraz muzyka Jerry'ego Fieldinga, ale jak na film trwający około 110 minut za mało tu akcji oraz scen, które stanowiłyby popis dla niezłych przecież aktorów. Warto jeszcze wspomnieć, że rolę przyjaciela Crossa, Żarkowa, zagrał świetny brytyjski aktor Paul Scofield (Oscar za Oto jest głowa zdrajcy Freda Zinnemanna z 1966), a w epizodycznej roli radzieckiego przestępcy Zemietkina wystąpił znany z Kanału (1957) Wajdy Władysław Sheybal. Michael Winner nie wyciągnął z tej historii zbyt wiele, ale udało mu się nakręcić kilka niezłych scen akcji (np. pościg na placu budowy w Wiedniu), które pokazują determinację i brawurę ludzi, którzy zdają sobie sprawę, że jeden mały błąd może ich drogo kosztować.

W historii kina jest wiele zapomnianych tytułów, które są godne uwagi, ale są też takie, które zostały całkiem słusznie zapomniane, bo niczym szczególnym nie zachwycają. Skorpion należy właśnie do tej grupy - zarówno Burt Lancaster jak i Alain Delon mają lepsze filmy w swoim dorobku, Michael Winner również. Fani dobrego kina akcji i szpiegowskich thrillerów także i w tamtym okresie (lata 70-te) znajdą bardziej wartościowe pozycje, które zasługują na przypomnienie. Skorpion to film, który wiele obiecuje, ale nie może tych obietnic spełnić. Pojedynek pomiędzy dwoma głównymi bohaterami nie trzyma w napięciu, brakuje w nim energii i porządnego punktu kulminacyjnego, który wyrwałby znudzonych widzów ze snu, dałby do myślenia i przyczynił się do większego zainteresowania widowni spragnionej mocnych wrażeń. Możliwe, że najbardziej zawinił nieprofesjonalny montaż. Zręczne i kreatywne łączenie ujęć może sprawić, że nawet filmy obyczajowe wydają się zaskakująco dynamiczne (najlepszym przykładem jest nominowany do Oscara za montaż Poradnik pozytywnego myślenia). Michael Winner nie znalazł niestety kompetentnego montażysty, który ożywiłby tę pozornie ciekawą historię pojedynku Skorpiona z Crossem.

12 komentarze:

  1. Widziałem to potwornie dawno temu, na pirackiej kasecie z giełdy, w dodatku na imprezie - pamiętam tylko ogólne wrażenie, że film faktycznie był dośc ospały. No i który zginął.
    Bardziej mi zapadł w pamięc wcześniejszy efekt współpracy Winnera z Lancasterem - western ,,Szeryf'' ( Lawman ) z 71.
    Paru kowbojów postanowiło zabalowac na obcym terenie. Wybrali się do odległego miasteczka, pochlali ostro i zaczęli robic totalny gnój, strzelając na wiwat we wszystkich kierunkach.
    Pech chciał, ze zbłąkana kula ugodziła jakiegoś dziadka ( czy babcię ? ) ze skutkiem śmiertelnym, co sie wydało na drugi dzień, kiedy już sobie pojechali. Jeszcze bardziej pechowo dla nich, szeryfem w mieście jest Jared Lomax ( Lancaster ), człowiek, który ksywę ,,widowmaker'' nosi nie od parady.
    Lomax przybywa do miasta, z którego przyjechali
    ( będącego poza jego jurysdykcją ), idzie do szeryfa ( Robert Ryan ) i wali bez ogródek , że zawija wszystkich oskarżonych ( żywych lub martwych ), czy się komu podoba, czy nie. Sytuacja się komplikuje, gdyż owi kowboje pracują dla najbogatszego ranczera w okolicy (Lee J. Cobb ), w dodatku był wśrod nich jego syn. Szeryf próbuje jakoś moderowac całą sytuacje, ale karty są juz rozdane ; Lomax rusza tropem swoich ofiar.
    Film nie oszałamia tempem, jest trochę przegadany, ale ogląda się dobrze. Lancaster mógłby byc nieco mniej drewniany, nie jest to szczyt jego mozliwości. Znakomicie wypadł Ryan, jako postawiony w mocno niezręcznej sytuacji stróż prawa.
    Ogólnie polecam, choc następny western Winnera ,, Chato's Land'' z 72 uważam za zdecydowanie lepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A myślałem, że będziesz bronił "Skorpiona", bo kiedy pisałeś o śmierci Winnera wymieniłeś ten film jako produkcję godną uwagi. W sumie to zgodziłbym się, że zasługuje na wyróżnienie ze względu na obsadę i nie żałuję że go obejrzałem, ale jednak jestem rozczarowany - z sensacyjnych filmów lat 70. o podobnym klimacie znacznie bardziej mi się podobały: "Człowiek Mackintosha", "Dzień szakala" i "Trzy dni kondora". Z filmów Winnera to najbardziej pamiętam jego 'trylogię' "Życzenie śmierci" i uważam, że zarówno część pierwsza jak i dwa sequele są bardzo dobre (a przynajmniej wspominam je bardzo dobrze, bo widziałem już parę lat temu).

      Usuń
    2. Musiałbym to jeszcze raz obejrzec. Wymieniłem go w nekrologu głównie jako przykład zróżnicowania palety kina sensacyjnego, jakie wtedy Winner uprawiał. Dwójkę ,, Death Wisha'' bym sobie odświeżył, koniecznie w wersji uncut.
      Z wymienionego okresu i tematyki ( konspiracja + zamachy polityczne + teorie spiskowe + cyngiel do wynajęcia ) bardzo mile wspominam zapomniany przez bogów i ludzi thrillerek ,,Zasady Domina'' ( The Domino Principle ) z 77 Stanleya Kramera , z Gene Hackmanem, Richardem Widmarkiem i Candice Bergen. A także gangsterski ,, Un Homme est Mort'' Jacquesa Deray, gdzie zawodowy hitman ( J.L. Trintignant ))po wykonaniu zadania musi się ukrywac, pomaga mu super lacha ( Ann Margaret ), a tropi go inny zabójca ( Roy Scheider ). Ten ostatni to 100% suczego syna - chyba jedyna taka rola w karierze szeryfa Brody'ego :) - śmiało można go określic, jako dalekiego przodka Antona z ,, No Country for Old Men''.
      Obydwa filmy polecam gorąco.

      Usuń
  2. Ot, demencja... Maddox mu było, a nie Lomax :D

    OdpowiedzUsuń
  3. nie widziałem tego filmu, choć niby coś po głowie się kołacze, że jednak. Cóż, nie ta pamięć co kiedyś ;-).

    natomiast Życzenie śmierci w cv to moim zdaniem nie jest taka znowu cenna sprawa... Jakoś nie wspominam tego filmu pozytywnie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Piątkowy grindhouse:
    ,, Death Wish II '' reż. Michael Winner 1982
    Paul Kersey , zgodnie z obietnicą daną w finale częsci pierwszej, opuszcza Nowy Jork i przenosi się do słonecznej Kalifornii. Jednak w LA nie ma lekko, z ciemną stroną miasta nasz bohater zapoznaje się błyskawicznie i dotkliwie. Jednak tym razem wyruszając na nocne łowy ma na celowniku konkretną zwierzynę - pięciu ulicznych freaków, którzy najpierw go w biały dzień okradli, potem bestialsko zgwałcili i zamordowali jego gosposię, następnie dali mu równo po łbie i przyczynili się do śmierci jego córki.
    W zasadzie powtórka z rozrywki, tyle że brutalniejsza i bardziej krwawa. Scena zbiorowego gwałtu ocieka obleśnym okrucieństwem i chorą frajdą z wdeptania bezbronnej ofiary w glebę. Strzelaniny sugestywne, krew eksploduje z ran , trafiani wyją i telepią się w konwulsjach.
    Film nie kryje w sobie żadnych niespodzianek, zasada ,, znacie, to posłuchajcie'' mogłaby posłużyc za motto. Do tego aktorska bieda. Bronson w niektórych dramatycznych scenach gra tak beznamiętnie, jakby chodziło o jakiegoś układacza pasjansów, a nie zdeterminowanego vigilante. Przebija go tylko dziewczę grające jego córkę - tak beznadziejnie zagranej sceny gwałtu, chyba w życiu nie widziałem. Kiedy jeden z freaków zaczyna się do niej dobierac - panna gapi się na niego, jakby miała cztery chuje w oczach,a gdy ten przystępuje do konkretów , ona wchodzi w wymiar jakiegoś rigor mortis na jawie, leży jak kłoda, bez najmniejszego ruchu, jakby spała z otwartymi oczami. Horror, jak mawiał płk. Kurtz .
    Narzeczoną Kerseya gra żona Bronsona Jill Ireland,której nie cierpię. Jak na parę, to strasznie słaba chemia między nimi, zwłaszcza ze strony Bronsona.
    Mamy wątek : Kersey w pracy - w końcu jest on architektem. Tu udaje mu się sprzedac projekt taniego apartamentowca, gdzie planowany marmur włoski i meksykańska mozaika mają zostac zastąpione surogatami z betonu i takimiż rzeżbami i stiukami nad bramą :D
    Muzyka samego Jimmy Page'a ( Sir Jamesa, sorry ), dosyc różnorodna, ale średnio ekscytująca. Dużo blastów z gitarowego syntezatora, miałki orkiestrowy motyw liryczny, odrobina elektronicznego minimalizmu, ale co gorsza poszatkowali to wszystko na strasznie drobne i naprzemiennie wchodzące fragmenty, nie pozwalając muzyce należycie wybrzmiec i stworzyc nastrój. Herbie Hancock w jedynce dużo bardziej mi przypasił.
    Podsumowując - średniak.
    Właśnie dowieżli drugą częśc double feature'a :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli obejrzysz część czwartą i piątą to stwierdzisz, że dwójka to jednak arcydzieło ;)

      Usuń
  5. Widziałem i nie przeczę. Poza tą sceną gwałtu na córce, nie ma tu jakichś strasznych kiksów. Rzecz jak najbardziej oglądalna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co z drugą częścią grindhouse'u?

      Usuń
  6. ,, Frankenhooker'' Franka Henenlottera. Jebnięty geek traci narzeczoną ( wpadła pod kosiarkę do trawy :D ) Postanawia przywrócic ją do życia, ale tylko jej głowa uchowała się w stanie używalności. W tym celu preparuje zabójczy narkotyk - po fazie upojenia eksplodujesz - wynajmuje stado kurew i w pewnym momencie podrzuca im tego draga. Kobity są uzależnione od cracka za sprawą swojego alfonsa o ksywie Zorro, to rzucają się na stuffa , jak kot na szperkę. Po niedługim czasie wszystkie po kolei wylatują w powietrze a nasz przyjaciel ma wszystkie pożądane podzespoły do stworzenia kobiety swojego życia.
    W nocy szaleje burza z wyładowaniami godnymi Nikoli Tesli, piorun ożywia twór, jak u Jamesa Whale'a.
    Pokraka, przy której Elsa Lanchester to pięknośc , bełkotliwie domaga się kasy za usługę, jak dziwki, z których ciał powstała i idzie w miasto. Wyhacza klientów , którym przez głowę podczas orgazmu przechodzi prąd, co konczy się dekapitacją.
    Koleś rusza na poszukiwania....
    Kurwa, nie chce mi się już pisac. Film mnie ogólnie rozczarował, jest średnio zabawny, w sumie nudny, główny bohater cały czas wygłasza jakieś kompletnie niestrawne monologi, mogło byc o wiele lepiej, bo pomysł dawał pole do popisu. A już na pewno nie należy tego oglądzc na trzeżwo.
    Klimat taniej eksploatacji niby jest, trochę fajnych groszowych efektów i gumowych mutantów w finale też się załapało.
    Przygoę z Henenlotterem zdecydowanie należy rozpocząc od Basket Case'ów i Brain Damage'a.
    A jak chodzi o parodie Frankensteina, to Mal Brooks może spac spokojnie.
    Z najnowszej neoexploatacji, to mam już ,, Dear God No'', może w niedzielę obejrzę, to się podzielę wrażeniami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy ja bym dał radę obejrzeć do końca ten dziwny twór, o którym piszesz :) Raczej nie oczekiwałbym po tym filmie zajebistych pomysłów, więc nie nazwałbym go rozczarowaniem, ale raczej godnym następcą filmów Eda Wooda ;)

      Usuń
  7. A ja własnie liczyłem na feerię max odjechanych, surrealistycznych patentów, a dostałem tylko obiecujący pomysł wyjściowy, w niewielkim stopniu rozwinięty w stosunku do mozliwości, jakie niósł za sobą. Cale moje streszczenie, to jest jakieś trzy czwarte filmu, jak nie więcej. Frankendziwka powinna wkroczyc do akcji o wiele wcześniej.

    OdpowiedzUsuń