Gabinet figur woskowych

House of Wax (1953 / 88 minut)
reżyseria: André De Toth
scenariusz: Crane Wilbur na podst. opowiadania Charlesa Beldena

Gabinet figur woskowych to pierwszy film Warner Bros. zrealizowany w technice trójwymiarowej (Third Dimension). O tym, że film powstanie w 3-D zadecydował pewnie kierujący wytwórnią Jack L. Warner, bo jednooki reżyser André De Toth nie mógłby zobaczyć na ekranie efektu trójwymiarowości. Ale jedno oko w zupełności mu wystarczyło, by zrealizować znakomite kino grozy cechujące się wyśmienitą barwną oprawą wizualną. Film okazał się jednym z najbardziej kasowych obrazów wytwórni, zapoczątkował również boom horroru, który trwał do końca dekady, a Vincent Price od tamtej pory grywał często mroczne i enigmatyczne postacie. W 2005 powstał zupełnie niepotrzebny remake filmu De Totha, ale nic tak nie pobudza wyobraźni jak dobry stary horror, w którym zamiast krwawej masakry jest niepokojąca atmosfera i makabryczny humor.

Brakuje słów na opisanie genialnej sekwencji początkowej. Ukazany w filmie tytułowy gabinet to dowód wyjątkowego kunsztu filmowców. Kleopatra, Maria Antonina czy Joanna d'Arc jako figury woskowe wyglądają jak żywe i widzom udziela się rozpacz artysty-rzeźbiarza, gdy jego pracownia zostaje spalona. Tego haniebnego czynu dokonuje wspólnik rzeźbiarza, podły biznesmen, który rozczarowany brakiem zysków z interesu postanowił zgarnąć pieniądze z ubezpieczenia. Nie wie on jednak, że autor zniszczonych prac przeżył pożar i popadł w szaleństwo - nocami morduje ludzi, wykrada ich ciała z kostnicy i robi z nich rzeźby. W ten sposób odbudowuje swoją wystawę, ale otwiera ją nie tylko dla miłośników sztuki, lecz dla ludzi spragnionych mocnych wrażeń. Bo tematem przewodnim prezentowanych w galerii prac jest okrucieństwo i zbrodnia.

Zagranie roli oszalałego artysty i mordercy to dla Vincenta Price'a moment przełomowy w karierze. Odgrywana przez niego postać Henry'ego Jarroda to esteta, który pod wpływem dramatycznej sytuacji zmienia się w potwora. Jego rozpacz na początku jest zrozumiała, bo każdy jest w stanie sobie wyobrazić jak cierpi człowiek, gdy lata jego pracy zostają obrócone wniwecz. Gorycz i żal intensyfikują się, gdy traci się podstawowe narzędzie pracy, np. ręce. Nie można być pianistą, malarzem ani rzeźbiarzem, jeśli nie ma się sprawnych dłoni. Gdy artysta nie może tworzyć dzieł sztuki decyduje się skorzystać z dzieł boskich, czyli prawdziwych ludzi. Tak więc odbudowany dom woskowych ciał to kostnica, a nie Muzeum Madame Tussaud.


Historia lubi się powtarzać - to co działo się współcześnie za sprawą Avatara (2009) miało miejsce 60 lat wcześniej. O ile jednak nowsze filmy 3-D powstały jako odpowiedź na internetowe piractwo, w latach 50. służyły do walki z telewizją. W 1952 powstał film trójwymiarowy Bwana Devil, który wywołał lawinę, bo już w następnym roku nakręcono aż 60 filmów w tej technologii. Gabinet figur woskowych jest zaliczany, obok M jak morderstwo (1954) Hitchcocka, do najlepszych filmów stereoskopowych tamtych czasów. Ale by docenić ten film również dzisiaj nie trzeba go oglądać za pomocą specjalnych okularów. Film węgierskiego reżysera sprawdza się świetnie jako klasyczny film grozy, zaś kwiecista kolorystyka wcale nie osłabiła grobowej atmosfery kreowanej przez makabryczny scenariusz i ponure zdjęcia atelierowe (nawet scena ucieczki po opustoszałej ulicy została nakręcona w studiu Warner Brothers).

Ukazana w filmie historia mocno wciąga, a Henry Jarrod w interpretacji Vincenta Price'a to jeden z najciekawszych ekranowych złoczyńców. Autorzy scenariusza zawarli tu kilka życiowych obserwacji w takich wątkach jak brak finansowych korzyści popychający biznesmena do zbrodni albo strach i okrucieństwo jako skuteczniejszy wabik na klientów niż piękne dzieła sztuki. Sam film zrobiony jest w taki sposób by spełniać obie funkcje - wywołać dreszcz emocji i zachwycić artystycznym rzemiosłem. Oprawa scenograficzna, kostiumy, dekoracje studyjne, barwne zdjęcia, a także niezłe efekty (sekwencja pożaru robi wrażenie) - po prostu trudno oderwać wzrok od ekranu. Ale z drugiej strony to pełna przemocy makabreska, która pokazuje historię świata jako ciąg okrutnych zbrodni i egzekucji.


Filmy z Vincentem Price'em na pierwszym planie zwykle są zdominowane przez jednego aktora. I tak też jest i tym razem. Nikt tu nie przyćmił głównego bohatera, ale mocno się zdziwiłem gdy w roli głuchoniemego Igora wystąpił aktor podobny do Charlesa Bronsona. Jeszcze bardziej się zdziwiłem, gdy okazało się iż to naprawdę jest Charles Bronson (w czołówce wpisany jako Charles Buchinsky). Udane występy zaliczyły Phyllis Kirk i Carolyn Jones, zarówno jako żywe, obdarzone charakterem istoty jak i posągowe figury (Maria Antonina, Joanna d'Arc). Wyróżnić należy operatorów (Bert Glennon i Peverell Marley), którzy filmowali w nowoczesnej technologii Natural Vision. Stworzone przez filmowców muzeum wygląda realistycznie, a jednocześnie intrygująco, bo manekiny wyglądają jak żywe.

Reżyser znakomicie oszukuje odbiorców, np. pokazuje nieruchomą postać, która okazuje się żywym człowiekiem. Dlatego gdy widz obserwuje ten cały magazyn osobliwości to zaczyna się zastanawiać, czy faktycznie użyto figur z wosku czy role manekinów odegrali aktorzy. Tę drugą opcję zastosowano w pierwszej adaptacji opowiadania Charlesa Beldena - w nakręconej w dwubarwnym Technicolorze Tajemnicy muzeum figur woskowych (1933, reż. Michael Curtiz). Zrealizowana 20 lat później stereoskopowa wersja tej historii to ponoć najlepszy film André De Totha. Wizualny majstersztyk pełen urzekających obrazów, a także wysokiej jakości kino grozy, które nawet 60 lat od premiery wzbudza zainteresowanie, działa na wyobraźnię, trzyma w napięciu do końca. Pewnie krytycy narzekali, że ten remake był niepotrzebny, skoro dwie dekady wcześniej powstał podobny film, lecz dla Vincenta Price'a warto było ten film nakręcić. To właśnie rola Henry'ego Jarroda uczyniła z tego aktora mistrza horroru, specjalistę od mrocznych i niebezpiecznych postaci.

14 komentarze:

  1. Pasowałoby obejrzec, najbardziej mnie ciekawi Karol Buczyński w roli Ajgora.
    Wincenty Cena z tą swoją nieodłączną, acz wyjątkowo akuratną dla takiej konwencji manierą grania wnosi do tych horrorów powiew dziewiętnastowiecznej literatury . Taki bohater nie może byc everymanem - pod płaszczykiem nienagannych manier i staromodnego charme'u zawsze skrywa silną ekscentrycznośc, która od razu narzuca poczucie obcości a z czasem eksploduje szaleństwem. Ten aktor jest symboliczną figurą dla ,,starej szkoły''.
    Sam Lucio Fulci oddał mu hołd - Gabriele Ferzetti w ,,, Sette Notte ib Nero'' jest wyrażnie wystylizowany na Price'a ( wąsio, przyczeska i ta mina ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Sam Lucio Fulci oddał mu hołd"

      No i był Vincent Van Ghoul w kreskówkach o Scooby'm Doo ;)

      Usuń
  2. Wincenty Cena :-D :-D nazwisko jak dla chłopa z Kongresówki. Na Panoramie początek roku w tytułach mocny

    OdpowiedzUsuń
  3. Co począc, tak miał w dowodzie. Każdy by się chciał nazywac Howard P. Sztukakochania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co w takim razie począć z Filipem K. Fiutem?
      Wax Mask z 1953 chyba nie widziałem (nie pamiętam w każdym bądź razie), patrząc po plakacie, to pan Cena będzie mocno "zmanierowany" w swej roli, co Mariusz? Wrzucam na wolny weekend.

      Usuń
    2. Plakat niewiele mówi na temat filmu, sugeruje tanią sensację, w rzeczywistości film jest że tak powiem "głębszy" ;)

      Usuń
  4. Fiut jest często spotykanym nazwiskiem w Nowym Sączu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W podstawówce miałem nauczycielkę o nazwisku Fiutka.

      Usuń
    2. A propos nazwisk, ciekawe czy zauważyliście pewną prawidłowość: w Polsce najpopularniejsze nazwisko to Kowalski, w Stanach - Smith, czyli Kowal.

      Usuń
  5. Zauważyliśmy. Węgierskiego Kovacsa też.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z jaką radością wchodzę, widziałam ten film! Bardzo mi się podobał klimat i Vincent Pryce jest niezastąpiony. W dodatku ciekawa intryga, pamiętam do dziś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja pewnie szybko tego filmu nie zapomnę :)

      Usuń
  7. Aż dziw, że mi taki film zupełnie umknął. Czas nadrobić zaległości.

    OdpowiedzUsuń
  8. A tego filmu z Pricem mi brakuje do kolekcji, chetnia sprawdze!

    OdpowiedzUsuń