Młyn kamiennych kobiet

Il Mulino delle Donne di Pietra (1960 / 95 minut)
reżyseria: Giorgio Ferroni
scenariusz: Remigio Del Grosso, Giorgio Ferroni, Ugo Liberatore, Giorgio Stegani na podst. noweli Pietera van Weigena

Już nieraz wspominałem o tym, że rok 1960 to był świetny rocznik dla horroru i znalazłem kolejny dowód na poparcie tej tezy. Młyn kamiennych kobiet to reprezentant włoskiego gotyku, który jakimś dziwnym trafem przepadł w odmętach niepamięci. Możliwe, że to z powodu reżysera, Giorgio Ferroniego, który zamiast w stronę gotyku poszedł w kierunku peplum, dając tym samym wolną przestrzeń takim zdolnym twórcom jak Mario Bava i Antonio Margheriti. Wiatraki bardzo rzadko są miejscem akcji filmów, wykorzystał je m.in. Alfred Hitchcock w Zagranicznym korespondencie (1940), ale Ferroni zrobił coś lepszego. W jego filmie wiatrak pełni podobną rolę co nawiedzone domy w horrorach - wzbudza niepokój, przeszywa chłodem, pobudza wyobraźnię.

W warstwie fabularnej mamy ekscentrycznego profesora, który dzieli czas pomiędzy sztukę rzeźbiarską i coś jeszcze, o czym wie tylko jego wspólnik - trafiony strzałą Amora łapiduch. Motywy i postacie jakie tu ujrzymy pojawiały się w horrorach i filmach science-fiction z lat 50. Zgodnie z regułami gatunku wśród wilków muszą być też owce i psy pasterskie. Do tych ostatnich należy młody pisarz, który przybywa do tytułowego młyna, położonego rzecz jasna w Holandii słynącej z licznych wiatraków, by napisać artykuł o historii tej stuletniej drewnianej budowli. Jednak to nie brak weny będzie jego największym problemem, ale dziwni lokatorzy na czele z profesorem Wahlem, którego cele i metody są groźne dla otoczenia.

Podobnie jak w Gabinecie figur woskowych (1953) ciało kobiety jest rekwizytem niczym muzealny eksponat. Podobnie jak w Oczach bez twarzy (1960) powłoka cielesna kobiety jest przedmiotem medycznych eksperymentów. Nie są potrzebne krwawe sceny, by osiągnąć sugestywność - potrzebny jest „tylko” reżyserski talent, by nie zmarnować potencjału zawartego w scenariuszu i zbudować adekwatny do historii nastrój. Giorgio Ferroni nie był takim geniuszem efektów jak Mario Bava, ale wspólnie z resztą ekipy udało mu się stworzyć hipnotyzujący, lecz przyjemny klimat. Przy pomocy dopasowanej scenografii, funkcjonalnej muzyki, nastrojowego oświetlenia i filmowania w nasyconych barwach Technicoloru udało się wykreować bardzo dobre, pobudzające wyobraźnię kino grozy.


Groza i makabra wylewają się z ekranu, bo ludzka ambicja i podłość przekraczają granice. Przekroczono ją w trakcie II wojny światowej, podczas której nawet lekarze okazali się zbrodniarzami. Myślę, że nie przypadkowo do ról czarnych charakterów zaangażowano niemieckich aktorów (Wolfgang Preiss, Herbert Böhme). Role kobiece przypadły Włoszkom, bo młode dziewczyny z Italii są z reguły atrakcyjne i charakterne (Scilla Gabel to taka włoska Barbara Steele). Pierwszoplanową rolę męską otrzymał natomiast francuski aktor Pierre Brice, którego lata chwały miały dopiero nadejść (w latach 60. stał się gwiazdorem niemiecko-jugosłowiańskich westernów, odgrywając postać wodza Apaczów - Winnetou). Aktor zmarł kilka miesięcy temu, więc tym bardziej warto wiedzieć, że mimo iż był „ofiarą” jednej roli to miał w swoim dorobku udany występ w mało znanej, ale wartej uwagi włoskiej opowieści gotyckiej.

Choć jest to jeden z pierwszych makaroniarskich horrorów nakręconych w kolorze to trudno go zaliczyć do produkcji innowacyjnych. Można się dopatrzyć inspiracji horrorami amerykańskimi (o szalonych naukowcach), brytyjskimi (z wytwórni Hammer), niemieckimi (ekspresjonizm), a nawet francuskimi (wspomniane Oczy bez twarzy miały przecież premierę siedem miesięcy przed Młynem...). Ważne, że włoski filmowiec nie okazał się nieudolnym naśladowcą, lecz zdolnym uczniem obdarzonym doskonałym wyczuciem stylu i nieprzeciętną wyobraźnią. Kolorowe fotografie zostały przefiltrowane przez wrażliwość miłośnika starego horroru. Tonacje błękitu i czerwieni oraz różnobarwne suknie noszone przez Scillę Gabel są częścią wizualnej uczty, ale i fabuła choć nieprawdopodobna i złożona z klisz mocno angażuje odbiorcę.

Niektóre pomysły łączące piękno z makabrą zostaną długo zapamiętane, np. makabryczna karuzela z pastelowym podkładem muzycznym (link) albo halucynacje głównego bohatera, wejście w jego umysł po zażyciu narkotyku. Denerwujące mogą być pułapki uczuciowe, w jakie wpadają bohaterowie (dr Bohlem zakochany w Elfie, Elfie zakochana w Hansie, Hans zakochany w Elfie i Liselotte), ale one podkreślają tylko, że ludzie nie są z kamienia, posiadają uczucia, kochają na zabój, cierpią z miłości. O ludziach bezwzględnych, złych do szpiku kości mówi się, że mają kamienne serce, jednak w filmie Ferroniego nawet szalony profesor-rzeźbiarz posiada uczucia. Całe zło czyni dla swojej ukochanej córki - reszta się dla niego nie liczy. Niech Was nie zwiodą słowa na plakacie: „Zobacz jak piękna dziewczyna zmienia się w skamieniałego potwora”. To nie jest tandetny monster movie jakich w latach 50. powstawało od groma. Ten film wyróżnia się spośród innych, jest przemyślany, inteligentny i niepokojący. Dlatego w niektórych kręgach zaliczany jest do ścisłego Top Horror Movies.

5 komentarze:

  1. No, nie tylko w kierunku peplum Ferroni poszedł, widziałem jego dwa całkiem sympatyczne, choć dość konwencjonalne spag westy z Gemmą : ,, Dziurawy Dolar' ( Un Dollaro Buccato ) i ,,Wanted'' . A do horroru też powrócił i to z niezłym czadem . W 1972 znakomicie zekranizował opowiadanie Aleksego Tołstoja ,, Rodzina Wilkołaka'' - z którego Bava zrobił średniometrażówkę w ,, Black Sabbath'' - pt. ,,, La Notte Dei Diavoli'' . Wcale nie gorzej sobie poradził od Bavy, może operatorsko tak nie bryknął ( ale do Bavy , niewielu mogło w tej działce startować ) ale zrobił film autentycznie przerażający, historia zbudowana jest po prostu wzorowo. Choć uwspółcześniona, to raczej wierna oryginałowi, choć Ferroni też trochę od siebie dołożył i to była miazga konkretna. Dla fana italo horroru rzecz absolutnie nie do przeoczenia. Sartana w roli głównej.
    , Mill of the Stone Women'' to kawał pięknego gotyku , tylko trzeba cierpliwie poddać się jego spokojnemu rytmowi , a będzie to sowicie wynagrodzone .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojny rytm w filmach grozy to jest dla mnie coś naturalnego. Kreując odpowiedni dla horroru klimat nie można pędzić na złamanie karku (ale są oczywiście twórcy, którzy o tym zapominają).
      Sartany jeszcze nie poznałem, ale widzę że w "La Notte dei Diavoli" wystąpiła Agostina Belli. Tak więc, oczywiście, piszę się na seans. Ferroni zrealizował także swoją wersję Robin Hooda - "L'Arciere di Fuoco" (1971) z Giuliano Gemmą w roli Robina i Mario Adorfem w roli braciszka Tucka ;) Z jego filmów peplum najwyżej oceniana jest "La Guerra di Troia" (1961). Z pewnością jest to twórca, któremu warto poświęcić więcej uwagi.

      Usuń
  2. A tak BTW, to parę wiatraków by jeszcze w filmie znalazł : ,, The Black Windmill'' Dona Siegela z Caine'em, ,, Army of Darkness'' Raimiego ( najlepsza scena ) , no i przede wszystkim ostatni odcinek polskiego serialu ,,S.O.S.'' - zły wiatrak opętany przez Marka Walczewskiego.

    OdpowiedzUsuń
  3. nekro ;

    10 września zmarł włoski aktor Franco Interlenghi (85) . Odniósł sukces już swoją debiutancką, dziecięcą rolą w neorealistycznych ,, Dzieciach ulicy'' ( Sciuscia ) Vittorio De Sici z 46' , by wkrótce stać się reprezentatywną twarzą dla włoskiej kinematografii , w latach 50-tych. Największy rozgłos przyniosła mu rola w ,, Wałkoniach'' Felliniego z 54'.
    Choć starał się unikać kina eksploatacji , zrobił jednak parę wyjątków : m. in. dla niezłego polizio ,, Left Hand of the Law'' Giuseppe Rosatiego i westernu ,, China 9 Liberty 37'' Monte Hellmana . Zaś jego atrakcyjna córka Antonella przelewała krew, jako zombie w ,, City of Living Dead'' Fulciego.
    Do 80-tki , Interlenghi cały czas aktywny w zawodzie, przeważnie w rolach drugoplanowych.
    RIP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parę filmów z jego udziałem udało mi się kiedyś zobaczyć, ale nie pamiętam zbyt dobrze tego aktora. Widziałem "Ulissesa", "Noc brawury", "China 9, Liberty 37", "Kamorystę". Jego żoną była Antonella Lualdi, też dosyć popularna w swoim czasie aktorka, którą ja najlepiej kojarzę z "Przybyciem Tytanów".

      Usuń