Czarny dzień dla Baranów

ang. The Fifth Cord / wł. Giornata Nera per l'Ariete (1971 / 90 minut)
reżyseria: Luigi Bazzoni
scenariusz: Mario Di Nardo, Mario Fenelli, Luigi Bazzoni na podst. powieści Davida McDonalda Devine'a

Po imprezie noworocznej dochodzi do brutalnego ataku na młodego nauczyciela. Dochodzenie w tej sprawie podejmuje reporter śledczy Andrea Bild, który był na tej imprezie, bo nie mógł zmarnować idealnej okazji do wypicia kilku drinków. Ze względu na problem alkoholowy nie jest odpowiednią osobą do prowadzenia śledztwa. Szczególnie, że sprawa staje się bardziej skomplikowana - już nie chodzi wyłącznie o pobicie nauczyciela, ale i morderstwa noszące wyraźne znamiona rytuału. Odcięty palec w rękawiczce znalezionej na miejscu zbrodni jest zapowiedzią kolejnych zabójstw. Czy będzie ich pięć - tyle co palców jednej ręki? Angielski tytuł The Fifth Cord oznacza piątego palca, a więc piątą zbrodnię, do której zmierza cała intryga. Otępiony alkoholem dziennikarz łatwego zadania nie ma. Nie układa mu się w życiu prywatnym, więc może chociaż w zawodzie odniesie sukces.

Znowu mamy przykład filmu giallo, którego tytułowym bohaterem jest zwierzę. Na początku lat 70. powstało sporo włoskich filmów, których scenariusz musiał jakoś uwzględnić w intrydze tytułowego zwierzaka. Baran z filmu Bazzoniego to znak zodiaku. Czyżby kluczem do rozwiązania zagadki był horoskop? Każdy seryjny morderca ma określone modus operandi, dzięki któremu jego dzieło zostaje uznane za serię zbrodni. Ale jeśli ofiary są przypadkowe to trudniej znaleźć sprawcę. Detektywi z książek i filmów najczęściej próbują znaleźć wspólne cechy ofiar, bo w ten sposób najłatwiej dotrzeć do sprawcy. Tak jest również i tym razem.

Luigi Bazzoni opowiada historię na serio, ale wyczuwa się w tym jakąś kpinę z gatunkowych klisz i kombinatorskich chwytów. Bo co z tego, jeśli wspólnym mianownikiem zbrodni jest horoskop? Jak to odkrycie może wpłynąć na wyniki śledztwa? Trunkowy dziennikarz w roli detektywa to też jakaś kpina. Tak jakby reżyser chciał powiedzieć, że dziennikarska rzetelność to mit, bo artykuły żurnalistów często przypominają wytwory wyobraźni pisane pod wpływem środków odurzających (paradoksalnie prawdą jest, że dla wielu znanych pisarzy alkohol był wiernym towarzyszem). Obrazy należące do nurtu giallo, ze względu na odrealniony klimat, dobitnie przypominają o tym, że są dwa rodzaje zbrodni - rzeczywista i filmowa, oraz dwa rodzaje bohaterów - prawdziwi i fikcyjni.

The Fifth Cord w atrakcyjny sposób opowiada o problemach współczesności - o alkoholizmie, zazdrości i przemocy. Posiłkuje się formułą klasycznej opowieści kryminalnej z uproszczoną psychologią postaci. Główny bohater ma żonę, o jakiej marzy każdy facet (vide: link), chyba że jest gejem (wątek homoseksualny jest tu zresztą obecny). Znalazł sobie też intratną posadę (bo prasa to przecież czwarta władza). Jednak czegoś mu w życiu brakuje. Finałowy pościg z elementami fist fightingu w dosyć czytelny sposób podkreśla, iż Franco Nero to aktor od filmów akcji, więc być może jego bohater, Andrea Bild, pragnie być kimś więcej niż zwykłym facetem zakładającym rodzinę i pracującym na jej utrzymanie. I prawdopodobnie to jest powodem jego zgorzknienia, od którego droga do alkoholizmu jest krótka. Wspaniałym dopełnieniem jest udział trzech atrakcyjnych i seksownych aktorek, które dodają filmowi zmysłowego charakteru. Pamela Tiffin, Agostina Belli i Silvia Monti - to nie tylko trzy różne typy urody, ale i trzy różne charaktery.

Co łączy następujące filmy: La Tarantola dal Ventre Nero (1971), Il Corsaro Nero (1976), Sette Note in Nero (1977) i Gatto Nero (1981)? W żadnym z nich nie wystąpił Franco Nero, mimo iż jego nazwisko pojawia się w tytule. Bo Nero to znaczy Czarny. U Bazzoniego „czarny Frank” znalazł doskonałą rolę dla siebie. Wykorzystując jego aparycję i charyzmę reżyser opowiedział o typowym męskim szowiniście i hipokrycie, który chciałby poprawić swój kontakt z żoną, ale właściwie nie robi nic, by tego dokonać - żałosny jest wtedy, gdy bije swoją kochankę podejrzewając ją o romans. Ma lepszy kontakt z butelką alkoholu niż z ludźmi. Gdybyśmy poznali osobiście kogoś takiego to byśmy go nie polubili, ale Franco Nero to jednak wyjątkowa osobowość - zagrał tę rolę w taki sposób, że jego wady i słabości wydają się typowo ludzkie, bliskie każdemu przeciętnemu obywatelowi płci męskiej. Dlatego zamiast go krytykować i oceniać należy trzymać kciuki za to, by się zrehabilitował za wcześniejsze porażki.

Każdy wytrawny smakosz włoszczyzny oczekuje szaleństwa widocznego w warstwie wizualnej i muzycznej. I na tym terytorium film Bazzoniego nie zawodzi. To zresztą za mało powiedziane. Mówienie o tym filmie, że ma piękne zdjęcia to największy banał wszech czasów. Większość kadrów jakie znalazły się w obiektywie Vittoria Storaro mogłyby z powodzeniem znaleźć się w galerii sztuki. The Fifth Cord złożony jest z kunsztownych, arcypięknych fotografii, które wprawione w ruch dają bardzo precyzyjne, wysmakowane plastycznie dzieło filmowe. Dzieło będące autorską wizją rzeczywistości pełnej zła, perwersji i toksycznych związków między ludźmi. Każda klatka została dopieszczona do perfekcji i w efekcie tego powstał wizualny majstersztyk.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o muzyce, choć mam wrażenie, że Ennio Morricone napisał Giocoso Gioioso (link) do innego filmu i tylko losowo ten utwór trafił do czołówki Fifth Cord. Nicola Piovani w Śladach tego samego twórcy ujawnił lepszy kontakt z reżyserem, niemniej jednak obaj są muzycznymi geniuszami. Czarny dzień... nie jest filmem popularnym w Polsce (nie posiada nawet polskiego tytułu), ale wśród fanów włoskich thrillerów zajmuje szczególne miejsce obok żelaznej klasyki gatunku. Dzięki wspaniałym zdjęciom film może zastąpić wizytę w eleganckiej galerii sztuki. O prostocie scenariusza można zapomnieć, bo sztuka obrazu czasem ma większą siłę niż sztuka słowa. Produkcje z gatunku giallo są tego doskonałym przykładem - tutaj przerost formy nad treścią nigdy nie jest wielkim grzechem, bo dzięki takim zabiegom te filmy cechują się niesamowitym, hipnotycznym klimatem.

3 komentarze:

  1. Na pewno najprostszy ( biorąc samą historię ) z filmów Bazzoniego . Obraz ciągnie to w górę , jak cholera i to czyni ten film bardzo harmonijnym i spójnym wewnętrznie . Wiele scen , nawet bez większego znaczenia dla fabuły, dosłownie urywa łeb .
    Ps. Z tymi dziennikarzami, to żadna kpina, tam jest ( i zawsze było ) ochlaptusów od groma.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mało znany reżyser i scenarzysta, któy nakręcił kilka bardzo ciekawych dzieł. „Giornata nera per l'ariete” jest świetnym dziełem pod każdym względem. Świetne giallo, niestety mniej znane pozostaje w cieniu wielkich dzieł gatunku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Patryk u siebie też dziś o Vittorio Storaro pisze. Przyznam, że jak poczytałem Wasze zachwyty, a potem sprawdziłem sobie próbkę dokonań tego pana to jestem pod wielkim wrażeniem i z pewnością przyjrzę mu się bliżej.

    OdpowiedzUsuń