Winners & Sinners. Oscarowe fakty i przemyślenia.


Co tak naprawdę znaczy Nagroda Akademii? Nie wydaje mi się,
by znaczyła cokolwiek (Sally Field, Oscar za „Normę Rae”)


Dwudziestego szóstego marca po raz osiemdziesiąty dziewiąty zostaną wręczone Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej, zwane Oscarami. Nie wszyscy przepadają za tą coroczną paradą gwiazd, ale większość osób z branży filmowej pragnie dostać tę nagrodę jako potwierdzenie dobrze wykonanej pracy. Zdobycie statuetki, a czasem także nominacji, powoduje że nagle sypią się liczne propozycje, zaś nazwiska laureatów na plakatach i ulotkach reklamowych zwiększają szanse filmu w box-office'owych rankingach. W tym roku szansę na drugą statuetkę mają Natalie Portman, Nicole Kidman i Jeff Bridges, zaś pierwszego Oscara w karierze mogą zdobyć Emma Stone, Ryan Gosling albo Viggo Mortensen. Zaskakujące, że dopiero pierwszą nominację otrzymała Isabelle Huppert, wybitna aktorka francuska (dwukrotnie najlepsza w Cannes i Wenecji), która w marcu skończy 64 lata. Ale to świadczy o tym, jak pilnie członkowie Akademii śledzą kino francuskie. Z pewnością jednak z dużą uwagą i brakiem jakiegokolwiek krytycyzmu oglądają popisy Meryl Streep, która zdobyła już dwadzieścia nominacji i ma szansę na czwartą statuetkę. Wśród nominowanych zabrakło jednak kompozytora Johna Williamsa i operatora Rogera Deakinsa, którzy chyba już sami nie wiedzą, ile razy ich nominowano.

Pierwszy skład założonej w 1927 Akademii to trzydzieści sześć osób związanych z branżą filmową: reżyserzy (m.in. Cecil B. De Mille), aktorzy (w tym słynne małżeństwo Douglas Fairbanks i Mary Pickford), producenci (Louis B. Mayer, bracia Warner i inni), scenarzyści (wśród nich Bess Meredyth, później żona jednego z czołowych reżyserów - Michaela Curtiza). Do składu dołączyło też paru innych fachmanów (np. scenograf Cedric Gibbons). Pierwsze statuetki (zaprojektowane przez Gibbonsa) rozdano 16 maja 1929 roku. Zwyciężyły wówczas dwa filmy nieme: Skrzydła Williama Wellmana i Wschód słońca Friedricha Murnaua. W sumie przyznano nagrody w dwunastu kategoriach plus dwie nagrody specjalne. Uhonorowano dwójkę aktorów (Emil Jannings i Janet Gaynor), dwóch scenarzystów (Ben Hecht za oryginalną fabułę i Benjamin Glazer za adaptację) i dwóch reżyserów (Frank Borzage za reżyserię dramatu i Lewis Milestone za komedię). Z dzisiejszego punktu widzenia dość niezwykłą kategorią było „opracowanie napisów filmowych” - nagrodę dostał niejaki Joseph Farnham, który w okresie kina niemego specjalizował się w projektowaniu plansz z napisami. Dziwne, że ta kategoria nie powróciła w latach sześćdziesiątych, gdy coraz więcej filmów rozpoczynało się od efektownych czołówek, a ich głównymi designerami byli Saul Bass i Maurice Binder.

Od roku 1929 przyznawanie Oscarów stało się tradycją i tak jak Boże Narodzenie lub Dzień Niepodległości jest corocznym świętem. Wojny i kataklizmy (jak powódź w Los Angeles w 1938) mogły przesunąć ceremonię o kilka dni, ale to święto kina musiało się odbyć. Dwie rzeczy na tym świecie są pewne: że każdy kiedyś umrze i że w pierwszym półroczu zostaną wręczone Oscary. Zmieniała się ilość kategorii, różna była ilość nominowanych filmów, zmieniały się także zasady głosowania, a czasem w jednej kategorii nagradzano dwójkę aktorów (tak było w 1932 i 1969). Przez jakiś czas wyróżniano nawet najlepszego asystenta reżysera, a raz trofeum trafiło w ręce twórców czteroczęściowego miniserialu (Wojna i pokój Siergieja Bondarczuka).

Nie każdy lubi ten typ rywalizacji, zdarzało się że niektórzy odmawiali przyjęcia Oscara. Nie przyjęli go dwaj pisarze (Dudley Nichols i George Bernard Shaw) oraz dwaj aktorzy (George C. Scott i Marlon Brando). Woody Allen również nie chciał brać udziału w tej paradzie – nie pojawił się na jubileuszowej, pięćdziesiątej ceremonii, kiedy to triumfowała Annie Hall. W obliczu zbliżającej się imprezy oscarowej postanowiłem spojrzeć na historię tej prestiżowej nagrody i wydobyć z niej kilka ciekawych faktów.

Oscarowy lot. Michael Douglas, Miloš Forman,
Louise Fletcher, Jack Nicholson i Saul Zaentz.

Scenarzyści wykluczeni

Czasy powojenne w Ameryce kojarzą się wielu filmowcom z nagonką na komunistów. W latach 1947-51 Komisja do Badania Działalności Antyamerykańskiej (HUAC) przeprowadziła wiele przesłuchań, podczas których wielu filmowców przyznało się do sympatii komunistycznych, a także zadenuncjowało kolegów z branży. Podczas pierwszej tury przesłuchań dziesięciu świadków odmówiło zeznań, przez co trafili na czarną listę, w efekcie czego nie mogli znaleźć zatrudnienia w amerykańskich wytwórniach. Aby nie wypaść z łask hollywoodzcy potentaci zobowiązali się podpisać tzw. Waldorf Statement, zgodnie z którym nie mogli zatrudniać osób znajdujących się na czarnej liście. Dotyczyło to przede wszystkim aktorów i reżyserów, gdyż oni byli przecież powszechnie znani i nie mogli się ukrywać za jakimś pseudonimem. Tak więc, Charlie Chaplin, Joseph Losey i Jules Dassin wyjechali za granicę, czarnoskóry aktor i komunista Paul Robeson zakończył karierę, Kim Hunter (laureatka Oscara za Tramwaj zwany pożądaniem) znalazła pracę w teatrze, Sam Jaffe (nominowany za Asfaltową dżunglę) zaczął uczyć matematyki w szkole, a Lionel Stander został maklerem giełdowym.

Inaczej rzecz się miała ze scenarzystami, którzy nadal byli zatrudniani pod warunkiem, że zgodzą się pisać anonimowo lub poprzez figuranta. Wśród Hollywoodzkiej Dziesiątki, czyli tych którzy pierwsi wykazali lojalność, odmawiając złożenia zeznań, znaleźli się tacy scenarzyści, jak: Ring Lardner Jr, Albert Maltz i Dalton Trumbo. Pierwszy z nich może się poszczycić dwoma Oscarami (w 1943 i 1971), ale mógłby ich zdobyć więcej, gdyby Komisja McCarthy'ego nie zahamowała jego działań. Albert Maltz napisał scenariusz Złamanej strzały, ale w czołówce wpisany jest Michael Blankfort i to właśnie on został wymieniony wśród nominowanych do Nagrody Akademii. Dopiero czterdzieści lat później Akademia przyznała, że to Maltz był faktycznym autorem scenariusza Złamanej strzały. Dla wykluczonego scenarzysty nie miało to już najmniejszego znaczenia, gdyż od kilku lat przebywał w grobie.

Jednym z najwybitniejszych autorów hollywoodzkich był Dalton Trumbo, który nie mógł odebrać żadnego ze swoich dwóch Oscarów. Scenariusz Rzymskich wakacji podpisał zamiast niego Ian McLellan Hunter, zaś przy scenariuszu The Brave One użył pseudonimu Robert Rich. Oba skrypty zostały wyróżnione Nagrodą Akademii, lecz Trumbo został wykluczony z uczestnictwa w ceremonii. Swojego Oscara (za drugi z tych filmów) otrzymał dopiero na krótko przed śmiercią, w 1975 roku. Natomiast jako autor Rzymskich wakacji został doceniony dopiero po śmierci, w latach dziewięćdziesiątych.

Pośmiertne nagrody wręczono także rodzinom Michaela Wilsona i Carla Foremana. To ofiary drugiej tury przesłuchań przed Komisją. Odmowa zeznań spowodowała, że ich kariera w amerykańskim przemyśle filmowym stanęła pod znakiem zapytania. Foreman napisał scenariusz Mostu na rzece Kwai, który nie do końca spodobał się reżyserowi, więc poprosił Wilsona o dokonanie poprawek. Gdy scenariusz był już ukończony i zaakceptowany przez reżysera pojawił się problem. Które nazwisko wpisać w czołówce, skoro obaj znajdują się na czarnej liście? Poproszono więc Pierre'a Boulle'a, autora literackiego pierwowzoru, aby zgodził się podpisać tę adaptację. Francuski pisarz wyraził zgodę, ale gdy odbierał nagrodę Brytyjskiej Akademii Filmowej poniosły go wyrzuty sumienia i przyznał, kto jest autorem nagrodzonego tekstu. Producenci, obawiając się, że w ten sposób przekreślił szanse filmu na Oscara, zmusili faktycznych scenarzystów do napisania listu do Akademii, w którym mieli stwierdzić, że ze scenariuszem Mostu... nie mają nic wspólnego.

Inny przykład to Nedrick Young, współautor scenariusza Ucieczki w kajdanach. Film nagrodzono statuetką za scenariusz, lecz tylko drugi z autorów, Harold Jacob Smith, mógł odebrać nagrodę. Smith został uwzględniony w czołówce razem z niejakim Nathanem E. Douglasem - pod takim właśnie pseudonimem ukrył się podejrzewany o lewicowe sympatie Nedrick Young. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych czarna lista przestała już obowiązywać, ale nadal Akademia bała się wyróżniać scenariusze podpisane przez czerwonych. Być może właśnie dlatego Spartakus i Exodus nie zdobyły nominacji za scenariusz, gdyż ich autorem był Dalton Trumbo.

Bardziej przezorni i bardziej chciwi na nagrody byli twórcy Lawrence'a z Arabii, którzy w czołówce uwzględnili nazwisko jednego scenarzysty, Roberta Bolta, lekceważąc wkład Michaela Wilsona (w 1978 Gildia Scenarzystów potwierdziła jego wkład w scenariusz filmu Davida Leana, ale Akademia zaakceptowała tę decyzję dopiero w latach dziewięćdziesiątych). Wilson musiał się wyprzeć także autorstwa Przyjacielskiej perswazji, którą wyróżniono nominacją do Nagrody Akademii. Wszystkie te fakty jednoznacznie wskazują, jak wielką paranoją i głupotą było „polowanie na czerwonych”, skoro wielu wybitnym twórcom odmawiało się praw do dzieł, które współtworzyli.

Joan Fontaine i Alfred Hitchcock zastanawiają się w 1941 roku,
jak Oscar wpłynie na ich kariery.

Wpływ Oscara

Jennifer Lawrence po zdobyciu Złotego Globa za American Hustle wyznała: „Trzymałam tę statuetkę i czułam się dziwnie. Mam dopiero 23 lata, za mało by cokolwiek z tego rozumieć. Kolega z planu Igrzysk śmierci, Philip Seymour Hoffman, śmiertelnie przedawkował heroinę. Miał Oscara, a jednak regularnie się niszczył. Obiecałam sobie nigdy nie być na tyle bogatą i sławną, a jednocześnie tak piekielnie zagubioną, by musieć uciekać w nałogi”.

Nie dla wszystkich Oscar oznacza nobilitację, dla niektórych jest przekleństwem. Wielu aktorów po zdobyciu statuetki bardzo szybko popadło w zapomnienie. Na przykład Luise Rainer, która zmarła kilka lat temu - dwa tygodnie przed swoimi sto piątymi urodzinami. Czy tak długie życie musi oznaczać długą i owocną karierę? Niekoniecznie. Czy ktoś potrafi bez zaglądania do źródeł podać jej najsłynniejsze role? Nazwisko Luise Rainer powraca tylko wówczas, gdy wymienia się aktorów, którzy zdobyli dwa Oscary z rzędu. Należą do nich Spencer Tracy, Tom Hanks, Jason Robards, Katharine Hepburn i właśnie Luise Rainer, która zdobyła Oscary w latach trzydziestych - za role w filmach Wielki Ziegfeld i Ziemia błogosławiona (w pierwszym ta niemiecko-żydowska aktorka zagrała Francuzkę, w drugim Chinkę). Jej buntowniczy charakter, odrzucanie wielu ról i małżeństwo z komunistą Cliffordem Odetsem nie mogły jej przynieść chwały ani uwielbienia publiczności.

Być może jedną z największych zagadek Hollywoodu jest los aktora posługującego się pseudonimem Gig Young. W 1970 został wyróżniony Nagrodą Akademii za rolę drugoplanową w filmie Czyż nie dobija się koni? I skończyła się jego dobra passa. Już wcześniej borykał się z alkoholizmem, ale w latach siedemdziesiątych całkowicie sięgnął dna. Zatrudnił go Mel Brooks do swojej komedii Płonące siodła, ale już pierwszego dnia zdjęć musiał go wyrzucić, gdyż aktor przyszedł na plan kompletnie pijany i nie potrafił wyjść o własnych siłach. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. W 1978 zastrzelił swoją nowo poślubioną żonę, trzydziestoletnią Kim Schmidt, po czym popełnił samobójstwo. Dlaczego to zrobił? Tego chyba się już nigdy nie dowiemy. Oscara nie należy za to winić, on był tylko świadkiem jego upadku, na pewno nie przyczyną.

Niektóre gwiazdy kina miały jednak tak wielką charyzmę, że Oscar nie był im do niczego potrzebny. Do takich gwiazd należały m.in. Henry Fonda, Paul Newman, Kirk Douglas i John Wayne. Fonda swojego Oscara otrzymał na krótko przed śmiercią - czterdzieści lat po otrzymaniu pierwszej nominacji. Douglas był bardzo cenionym aktorem w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, ale miał mniej szczęścia niż jego syn Michael. Odsprzedał synowi prawa do Lotu nad kukułczym gniazdem, w wyniku czego Michael Douglas dostał Oscara za produkcję filmu Miloša Formana. A dwanaście lat później jego pierwsza (i jedyna) aktorska nominacja zamieniła się w statuetkę. Ojciec, mimo iż był żyjącą legendą kina, musiał się zadowolić nagrodą za całokształt.

Joanne Woodward i Paul Newman (rok 1958).

Paul Newman i Joanne Woodward to długotrwałe małżeństwo, których Oscar nie mógł skłócić. Joanne zdobyła statuetkę już przy pierwszej nominacji, w latach pięćdziesiątych, mąż czekał trzydzieści lat na to wyróżnienie - jednak to właśnie on był gwiazdą pierwszej wielkości, jedną z najpopularniejszych i najlepiej zarabiających w Hollywood. To samo można powiedzieć o Johnie Waynie, który prawie pół wieku odgrywał główne role i niepotrzebna mu była do szczęścia Nagroda Akademii. W końcu jednak i jemu trafił się ten zaszczyt, ale po odebraniu statuetki nie spoczął na laurach i grał dotąd, dopóki nie powaliła go choroba.

Na niektórych Oscar podziałał bardzo pozytywnie, np. Audrey Hepburn zdobyła statuetkę za swoją pierwszą główną rolę (Rzymskie wakacje) i to ją zmotywowało do dalszych, coraz lepszych, występów ekranowych. Robert De Niro, Jack Nicholson, Gene Hackman, Dustin Hoffman, Daniel Day-Lewis i Meryl Streep także nie zmarnowali swojego Oscara, a nawet go pomnożyli szukając kolejnych aktorskich wyzwań. Na innych Nagroda Akademii nie miała dobrego wpływu, np. Faye Dunaway swój najlepszy okres w karierze kończy zdobyciem Oscara za Network. Potem nie zagrała już żadnej wartościowej roli. Możliwe, że powodem takiego stanu rzeczy była jej wredna osobowość. Roman Polański opowiadał, że znał ją już od dawna, odkąd była modelką i zawsze miała trudny charakter. Jej partner z Chinatown, Jack Nicholson, mimo iż był wielką gwiazdą kina, okazał się lepszym współpracownikiem, bardziej lubianym przez reżyserów. I nie zwariował, mimo iż zdobył aż trzy złote statuetki.

Ikoniczne postacie, takie jak Greta Garbo i Marilyn Monroe, nigdy nie zdobyły Nagrody Akademii, a Marilyn nie wyróżniono nawet nominacją. Każdy jednak o nich słyszał, choć nie każdy oglądał filmy z ich udziałem. Z kolei Maggie Smith kojarzona jest najbardziej z cyklem o Harrym Potterze, niewielu kinomanów zdaje sobie sprawę, że zdobyła Oscara ponad czterdzieści lat temu - za film Pełnia życia panny Brodie. Mało tego, dziesięć lat później zdobyła drugiego - za Suitę kalifornijską. Jednak ta nagroda chyba nie wywarła dużego wpływu na jej karierę. Aktorka jest znana, ale na pewno nie dzięki Oscarowi.

Dzięki Nagrodom Akademii tacy reżyserzy jak John Ford, William Wyler i Billy Wilder, zdobyli renomę i niezależność, mogli kręcić takie filmy, jakie chcieli. Inni filmowcy, a wśród nich Howard Hawks, Alfred Hitchcock, Otto Preminger i Stanley Kubrick zdobyli zarówno renomę jak i twórczą swobodę bez pomocy Oscara. Także Martin Scorsese nie potrzebował złotej statuetki, by potwierdzić swoje umiejętności - jego filmy mówiły same za siebie. Sporym niedopatrzeniem jurorów Akademii jest brak reżyserskiej nominacji dla takich fachowców, jak: Rouben Mamoulian (innowator z okresu pre-code - jego filmy Dr Jekyll i Mr Hyde oraz Królowa Krystyna wystawiały na próbę cierpliwość cenzorów), Raoul Walsh (Biały żar to doskonały portret psychologiczny postaci gangstera), Fritz Lang (Bannion - kino w zasadzie proste, ale mistrzowsko wyreżyserowane), Anthony Mann (Naga ostroga i Człowiek z Dzikiego Zachodu - jak wyżej), Sam Peckinpah (Dzika banda i Nędzne psy - niemal każda scena zapada w pamięć), a także Brian De Palma (Scarface - nowa jakość zbudowana w oparciu o stare, lecz trwałe, fundamenty). Poza tym Howard Hawks powinien dostać nominację nie za propagandowego (i dziś już archaicznego) Sierżanta Yorka, lecz np. za pierwszą wersję Człowieka z blizną, w której bardzo sprytnie ominął cenzuralne ograniczenia.

Połowa tej nagrody należy do pewnego konia
(Lee Marvin, Oscar za „Kasię Ballou”)

Diane Keaton i Richard Dreyfuss – bohaterowie jubileuszowej,
pięćdziesiątej, ceremonii oscarowej (rok 1978).

Stronniczość

Utworzenie Akademii Filmowej wraz z przyznawaniem przez nią nagród miało przyczynić się do poprawienia jakości amerykańskiej kinematografii. Nie powinno więc dziwić, że Amerykanie zdobywali nagrody znacznie częściej, a zagranicznych twórców nagradzano przeważnie w jednej kategorii. To nagroda amerykańska i jej zadaniem jest promowanie osiągnięć Hollywoodu - filmy nagrodzone Oscarami są więc sprzedawane do innych krajów, a pieniądze z dystrybucji trafiają w ręce amerykańskich decydentów. Oscarowa rywalizacja spowodowała, że reżyserzy chcieli tworzyć filmy doskonalsze, perfekcyjne, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Ale ważna była również problematyka. Pomysłów szukano w literaturze. Realizowano mistrzowskie adaptacje (Przeminęło z wiatrem, Ben-Hur, Lot nad kukułczym gniazdem). Ulubionymi gatunkami członków Akademii stały się dramaty i melodramaty, filmy o ludziach walczących z przeciwnościami losu, z własnymi słabościami, z chorobą.

Lekceważono westerny, horrory, kryminały, filmy fantastyczne i przygodowe. Z gatunków typowo rozrywkowych preferowano musicale, zapewne dlatego że kojarzyły się z teatrem i operą, czyli tzw. kulturą wyższą. Szczególnie dziwna była przegrana Pianisty z filmem Chicago. Dzieło Polańskiego zdobyło nagrodę za reżyserię, scenariusz i główną rolę, co automatycznie powinno mu przynieść także to najważniejsze trofeum. Bo przecież na zdrowy chłopski rozum reżyseria, scenariusz i główna rola to podstawowe czynniki, które decydują o tym, czy film jest bardzo dobry, czy nie. Skąd więc Oscar dla Chicago w kategorii najlepszy film roku? Nie widzę tu logiki. Wcześniej najważniejszego Oscara zdobyły następujące filmy muzyczne: Melodia Broadwayu, Wielki Ziegfeld, Going My Way, Amerykanin w Paryżu, Gigi, West Side Story, My Fair Lady, Oliver! i Dźwięki muzyki. Razem z Chicago – dziesięć tytułów. A w tym roku mamy przecież La La Land. Czyżby jedenasty musical z główną statuetką? Irytująca gatunkowa stronniczość Akademii. Dla porównania - tylko trzy westerny zostały wyróżnione w najważniejszej kategorii (Cimarron, Tańczący z wilkami, Bez przebaczenia). Jeśli doliczymy do tego neo-western To nie jest kraj dla starych ludzi to liczba się zwiększy, ale i tak pozostaje niedosyt. To przecież typowo amerykański gatunek, a jednak klasycznych jego reprezentantów bezczelnie pomijano.

Wśród oscarowych kreacji aktorskich dominują role w dramatach i biografiach (w tym roku szansę ma Natalie Portman za wyrazisty portret Jackie Kennedy). Nagradza się postacie niepełnosprawne: osoby głuche (Jane Wyman w Johnnym Belindzie, Marlee Matlin w Dzieciach gorszego Boga), niewidome (Al Pacino w Zapachu kobiety), autystyczne (Dustin Hoffman w Rain Manie), sparaliżowane (Jon Voight w Powrocie do domu, Daniel Day-Lewis w Mojej lewej stopie, Eddie Redmayne w Teorii wszystkiego) lub cierpiące na chorobę Alzheimera (Julianne Moore w Still Alice).

Od pewnego czasu poważnym aktorskim wyzwaniem jest rola homoseksualisty, albo ujmując to szerzej – kogoś ze środowiska LGBT, by można doliczyć także Jareda Leto, wyróżnionego niedawno za kreację w filmie Witaj w klubie. Inne przykłady: William Hurt w Pocałunku kobiety-pająka, Tom Hanks w Filadelfii, Hilary Swank w Nie czas na łzy, Charlize Theron w Monster, Philip Seymour Hoffman w biografii Trumana Capote'a, Sean Penn w Obywatelu Milku, Christopher Plummer w Debiutantach. Od 1972, kiedy nominowano Petera Fincha za rolę w Tej przeklętej niedzieli, dość regularnie postacie homoseksualistów brały udział w oscarowym konkursie. Nominacją wyróżniono m.in. Marcello Mastroianniego za Szczególny dzień, Javiera Bardema za kreację w Zanim zapadnie noc, a także dwóch protagonistów z Tajemnicy Brokeback Mountain.

Gdyby film Pod Mocnym Aniołem zgłoszono do Oscara, to pewnie Robert Więckiewicz za rolę alkoholika miałby większe szanse na nagrodę niż sam film. Bo dobrze zagrane role pijaków są często wyróżniane przez Akademię. Najsłynniejszy przykład to przejmująca kreacja Raya Millanda w Straconym weekendzie. Butelkę whisky w Oscara przemienili także: Lionel Barrymore w Wolnych duszach, Bette Davis w Kusicielce, Thomas Mitchell w Dyliżansie, Van Heflin w Johnnym Eagerze, Frank Sinatra w Stąd do wieczności, Lee Marvin w Kasi Ballou, John Wayne w Prawdziwym męstwie i Nicolas Cage w Zostawić Las Vegas. Bardzo blisko Oscara za rolę alkoholików byli: Paul Newman (Kotka na gorącym blaszanym dachu), Jack Lemmon i Lee Remick (Dni wina i róż) oraz Albert Finney (Pod wulkanem).

Bardzo rzadko wyróżnia się bohaterów kina akcji. Do wyjątków można zaliczyć: Gene'a Hackmana we Francuskim łączniku, Seana Connery'ego w Nietykalnych (on miał kapitalną kreację w The Offence Sidneya Lumeta, ale żadnych wyróżnień wtedy nie zdobył), Tommy'ego Lee Jonesa w Ściganym (miał wtedy więcej szczęścia, w przeciwieństwie do Harrisona Forda) i Russella Crowe'a w Gladiatorze. Do tej kategorii pasuje także Leonardo Di Caprio, który w Zjawie łączy dramaturgię kina społecznego i psychologicznego z obłędem i pragnieniem zemsty typowymi dla sensacyjnego thrillera. W tym roku laureatem Oscara za całokształt został Jackie Chan, co stanowi pewnego rodzaju nobilitację dla tych wszystkich twardzieli kina akcji, których właśnie Jackie godnie reprezentuje do dziś. Tytuł artykułu Winners & Sinners to również tytuł filmu, w którym Chan wystąpił, wprawdzie na drugim planie, ale w typowym dla siebie, twardzielsko-groteskowym, wcieleniu.

Psychopatów z horrorów też się nie honoruje, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę: Fredric March jako Dr Jekyll i Mr Hyde, Anthony Hopkins jako Hannibal Lecter. Trudno uwierzyć, że Anthony Perkins za postać Normana Batesa w Psychozie nie został nawet nominowany. Warto zwrócić uwagę na jeden fakt, który dobitnie świadczy o tym, że mężczyźni rządzą Hollywoodem. Reżyseria filmowa w Ameryce to męski zawód i w całej prawie dziewięćdziesięcioletniej historii Oscara tylko cztery kobiety zdobyły nominację za wyreżyserowanie filmu: Lina Wertmüller, Jane Campion, Sofia Coppola i Kathryn Bigelow - ta ostatnia zdobyła statuetkę. Z kolei na trzydziestu pięciu prezesów Akademii Filmowej tylko trzy kobiety pełniły tę funkcję. Obecnie przewodniczącą jest Afroamerykanka Cheryl Boone Isaacs.

Ignorancja widzów często przejawia się tym, że jednych aktorów krytykują za aktorski minimalizm (teksty typu „aktor gra jedną miną”), jednocześnie lekceważąc komików, którzy stosują aktorstwo przeszarżowane, oparte niemal wyłącznie na robieniu min (np. Steve Martin i Jim Carrey). Interesujący wywód na ten temat można znaleźć np. w książce Davida Bordwella i Kristin Thompson Film Art. Sztuka filmowa. Wprowadzenie. Autorzy tak to komentują: „W 1985 widzowie mogli być zaskoczeni faktem, że Steve Martin nie został nominowany do Oscara za rolę w All of Me. W tym filmie Martin wcielił się w postać mężczyzny, w którego ciele zamieszkała dusza zmarłej kobiety, zajmując jego prawą stronę. Za pomocą nagłych zmian głosu i graniczącej z akrobacją pantomimy Martinowi udało się wyrazić niezwykłą sytuację, w jakiej znalazł się jego bohater i przekonująco pokazać to swoiste rozdarcie ciała. Podobne rozczarowanie spotkało widzów w 1999, kiedy nominacji do Oscara nie otrzymał Jim Carrey za kreację w Truman Show (…) Ani od Martina, ani od Carreya nie wymagano realistycznej gry w ścisłym znaczeniu tego słowa, bo odgrywane przez nich sytuacje nigdy nie mogłyby zaistnieć w rzeczywistości” (tłum. Bogna Rosińska).

Victor McLaglen mija Louisa B. Mayera i Clarka Gable’a,
by odebrać Oscara w 1936 roku.

Pierwszy i drugi plan - jedna cholera

Czym różni się pierwszy plan od drugiego? Czy jeśli w obsadzie jest Meryl Streep to znaczy że tylko ona jest aktorką pierwszoplanową, reszta zaś stanowi tło? Chyba tak, gdyż Julię Roberts, partnerującą jej w filmie Sierpień w hrabstwie Osage, nominowano do Oscara za rolę drugoplanową. Sporo jest w historii Oscarów takich przykładów. Al Pacino w Ojcu chrzestnym to zdecydowanie pierwszoplanowa postać, tak jak i Marlon Brando, jednak wyróżniono ich nominacjami w innych kategoriach. Hailee Steinfeld w Prawdziwym męstwie występuje niemal w każdej scenie, a jednak nie jest zbyt znaną aktorką, więc w napisach wyróżniono ją dopiero pod koniec i na Oscarach też była drugoplanową gwiazdą.

Teoretycznie nagrody za role drugoplanowe powinny otrzymywać te osoby, które wykorzystały maksymalnie niewielki czas ekranowy i przynajmniej jedną scenę ukradły dla siebie. Tak jak to było na przykład z Anthonym Quinnem (Paul Gauguin w Pasji życia) i Judi Dench (królowa Elżbieta w Zakochanym Szekspirze). Również Jennifer Lawrence w American Hustle stworzyła rolę, która zasługiwała na wyróżnienie w kategorii drugoplanowej - łącząc intuicję, komediowy temperament i umiejętność interpretowania zawiłych scenariuszy zdeklasowała czołowych wykonawców. Niedawno szansę na złotą statuetkę miał Sylvester Stallone i wielu jego fanów trzymało kciuki, by wreszcie zgarnął tę nagrodę. Pytanie: Czy nagrodzenie go za rolę drugoplanową byłoby sprawiedliwe? Według mnie w filmie Creed było dwóch pierwszoplanowych bohaterów i jednym z nich był właśnie Rocky Balboa.

Dobrym przykładem, w którym zacierają się granice między pierwszym a drugim planem jest contemporary western Aż do piekła. Jeff Bridges znalazł się wśród aktorów wyróżnionych za rolę drugoplanową, chociaż jego rola jest duża i miał równie dużo do zagrania, co jego „pierwszoplanowi” koledzy Ben Foster i Chris Pine. Jednak Bridges nie ma prawie w ogóle wspólnych scen ze wspomnianymi młodszymi aktorami. A więc to nie może być ten sam plan. Widz musi wybrać, czy jest to film o szeryfie ścigającym bandytów, czy o bandytach uciekających przed prawem. Najbardziej sprawiedliwe by było, gdyby całą trójkę aktorów wrzucono do jednego wora - tak jak w przypadku Buntu na Bounty z 1935. Wtedy nie było jeszcze kategorii aktor drugoplanowy i trzech wykonawców z filmu Franka Lloyda - Charles Laughton, Clark Gable i Franchot Tone - zostało wyróżnionych w jednej kategorii aktorskiej.

Inne dyskusyjne przykłady to: Alicia Vikander (Dziewczyna z portretu), Rooney Mara (Carol), a w tym roku Viola Davis (Fences) i Dev Patel (Lion). Ale to nie Akademia decyduje, lecz producenci filmów. Zarząd Akademii powinien jednak zaprotestować, tym bardziej, że Alicia Vikander za Dziewczynę z portretu otrzymała wcześniej nominację do BAFTY za pierwszoplanową postać. Jej Oscar za drugi plan wydaje się oszustwem. Takie oszustwa praktykowane są już niemal przez każdą amerykańską wytwórnię, więc stały się czymś normalnym i akceptowalnym. Wspomnę jeszcze, że rywalką Alicji była wtedy dwukrotnie Rooney Mara, którą do BAFTY też nominowano za pierwszy, a do Oscara - za drugi plan. Za tę samą rolę.

Oscarowa ceremonia w starożytnym Rzymie (kadr z „Ben-Hura”).

Rekordziści

Mówiąc o rekordzistach zacząć należy od absolutnego fenomenu, czyli Walta Disneya. Wyprodukowane przez niego filmy zdobyły za życia twórcy dwadzieścia dziewięć Oscarów, z czego sam Disney zgarnął dwadzieścia dwie statuetki, a nominowany był pięćdziesiąt dziewięć razy. Mało tego – otrzymał również cztery nagrody specjalne. To świadczy o tym, jak Akademia była konserwatywna i przewidywalna. Bo Disney przez lata nie zmienił stylu swoich prac. Nie dostosował się do zmian. I jurorzy Akademii też się nie zmienili. Są przywiązani do tradycji, patrzą częściej na sukcesy kasowe, a nie na oryginalność. Unikają kontrowersji, większą wagę przywiązując do tego, co jest obecnie popularne.

Ben-Hur, Titanic i Władca pierścieni: Powrót króla - te trzy monumentalne produkcje zdobyły rekordową ilość Nagród Akademii, aż jedenaście. Ben-Hur jest fenomenalnym widowiskiem, które także i dziś wzbudza zachwyt. Po obejrzeniu remake'u z zeszłego roku jeszcze bardziej widać wielkość dzieła Williama Wylera. Ten film jest naprawdę ponadczasowy i nie wymaga poprawek. Drugi z rekordzistów – Titanic – to jeden z największych sukcesów kasowych w historii kina. Popularność zdobył zasłużenie, bo dbałość o szczegóły i wybitny kunszt reżyserski Jamesa Camerona są imponujące. Znacznie skromniejsza produkcja i zarazem mój faworyt z tamtego roku Tajemnice Los Angeles – cechuje się doskonałym scenariuszem (na podstawie znakomitej powieści), ale nie mógł wiele wywalczyć, mając za przeciwnika tak spektakularne i bardzo trudne w realizacji widowisko. Wypada jeszcze coś powiedzieć o nagrodzonym jedenastoma Oscarami Powrocie króla. Doceniam to, że zamiast kolejnego ckliwego melodramatu bądź dydaktycznej biografii wyróżniono produkcję fantasy.

Tak jak w loterii jedni wygrywają miliony, inni parę złotych lub nic, tak i Oscary rozdawane są często niezbyt sprawiedliwie. John Williams i Ennio Morricone należą do najwybitniejszych na świecie kompozytorów - jeden dostał pięć Oscarów na czterdzieści dziewięć nominacji, drugi – jednego na sześć. Ponadto Morricone dostał nagrodę pocieszenia w postaci Oscara za całokształt i to jeszcze przed konkursowym Oscarem, tak jakby Akademia przeczuwała, że już niczego genialnego nie stworzy. Jak zwykle intuicja ich zawiodła. Największe niedopatrzenia w dziedzinie muzycznych Oscarów to brak nominacji za Dawno temu w Ameryce oraz przegrana soundtracku z Misji na korzyść jazzowych standardów Herbiego Hancocka. W kategoriach muzycznych najczęściej triumfował Alfred Newman (dziewięć statuetek na czterdzieści pięć nominacji). Za teksty piosenek do filmów wyróżniano przeważnie Sammy'ego Cahna (dwadzieścia sześć nominacji, cztery nagrody).

Trudno przecenić umiejętności amerykańskiej projektantki kostiumów Edith Head - wywarła ona spory wpływ na modę i wiele filmów zyskało dzięki jej projektom. Ale trzydzieści pięć nominacji i osiem Oscarów może wydawać się jednak przesadą. W ciągu dziewiętnastu lat (1949-1967) zdobyła trzydzieści nominacji. Dla niej uczestnictwo w ceremonii było sprawą rutynową i nie budziło takich emocji, jak w przypadku aktorów czy reżyserów. Jeszcze więcej wyróżnień spotkało projektanta statuetki Oscara - scenografa Cedrica Gibbonsa - który dostał jedenaście Oscarów na trzydzieści dziewięć nominacji.

Aktorzy i reżyserzy nie triumfowali aż tak często. Rekord wynosi cztery i wśród reżyserów należy do Johna Forda. Trzy trofea dla reżysera to też rzadko spotykana sprawa - tyle dostał Frank Capra i wszystkie w jednej dekadzie. Jeśli zaś chodzi o nagrody aktorskie to rekordzistką jest Katharine Hepburn (cztery nagrody), a tuż za nią - z trzema statuetkami - plasują się Walter Brennan, Jack Nicholson, Daniel Day-Lewis i Meryl Streep, która w tym roku ma szansę wyrównać rekord należący do Katharine Hepburn. Na Oscara za konkretną rolę zasłużyli: Peter O'Toole (osiem nominacji), Richard Burton (siedem), Deborah Kerr (sześć) i Barbara Stanwyck (cztery), ale zawsze omijał ich ten zaszczyt. Próbowano naprawić ten błąd przyznając im nagrodę za całokształt, ale Richard Burton niestety już tego nie dożył i nawet honorowy Oscar go ominął.

Jerry Lewis i kumple zza oceanu:
Dino De Laurentiis i Federico Fellini (rok 1957).

Babel

Zostawmy jednak Amerykanów i przyjrzyjmy się innym narodom. Zwycięstwo w drugiej wojnie światowej było możliwe dzięki współdziałaniu wielu państw. Kinematografia także zyskuje dzięki połączeniu różnych tradycji i kultur, wzajemnego czerpania inspiracji, doceniania nie tylko popisów z własnego podwórka, ale i spoglądania na osiągnięcia innych, wyjścia w świat coraz dalej i coraz głębiej. Kwestią czasu było narodzenie się idei dawania Oscarów zagranicznym filmowcom. Dzięki zdolnym twórcom z Europy rozwijało się przecież kino hollywoodzkie. Bez Niemca Fritza Langa, Węgra Michaela Curtiza, czy Austriaków Billy'ego Wildera i Ottona Premingera historia amerykańskiego kina potoczyłaby się inaczej. W latach trzydziestych dużą popularność w Ameryce zdobył Polak Ryszard Bolesławski (zmarł w 1937), pracujący z największymi gwiazdami Hollywoodu. Europejczycy kształtowali amerykańskie kino, więc jurorzy Akademii nie mogli pominąć faktu, że za granicą pełno jest znakomitych filmowców, których warto promować.

W latach 1948-56 Zarząd Akademii przyznawał nagrody specjalne dla filmów nieanglojęzycznych. Dwukrotnie wyróżniono Włochy i dwukrotnie był to film Vittoria De Siki, trzy razy nagrodzono produkcję z Francji, w tym dwukrotnie dzieła René Clémenta, również trzy razy triumfowała Japonia (m.in. Rashômon Akiry Kurosawy). W 1957 po raz pierwszy kategoria film nieanglojęzyczny trafiła do sekcji konkursowej, a jej pierwszymi laureatami byli Federico Fellini wraz z czołowymi (we Włoszech) producentami Dino De Laurentiisem i Carlo Pontim. Nagrodzony film to La Strada, która zdobyła międzynarodowy rozgłos dzięki odtwórcy głównej roli – Anthony'emu Quinnowi, który kilka lat wcześniej otrzymał Oscara za rolę drugoplanową w filmie Viva Zapata!

Typowa dla Akademii konsekwencja objawiała się w tym, że jurorów rzadko obchodziły prace pochodzące z innych zakątków globu. Państwa uhonorowane w początkowym okresie - Włochy, Francja i Japonia – powtarzały się potem bardzo często w oscarowym konkursie. I chociaż wygrana Dersu Uzały Kurosawy (podczas gdy wśród nominowanych były Zapach kobiety Risiego i Ziemia obiecana Wajdy) mnie nie irytuje, a nawet popieram ten wybór, to jednak nagminne honorowanie Felliniego przy jednoczesnym pomijaniu dzieł polskich (Osiem i pół zamiast Noża w wodzie, Amarcord zamiast Potopu) wzbudza moje wątpliwości. Oprócz tego Fellini otrzymał dwanaście nominacji za reżyserię lub scenariusz. Nie mam jednakże problemów z zaakceptowaniem Oscarów dla Bergmana, który rzeczywiście otrzymał je za stworzenie obrazów wybitnych.

Osobna kwestia to nagrody dla zagranicznych aktorów, ale nie ma tego za wiele. Sukcesy Felliniego nie przełożyły się na Oscary dla jego ulubionego aktora, Marcello Mastroianniego. Z kolei bardzo popularna we Włoszech Claudia Cardinale - którą uhonorowano dwukrotnie Dawidami Donatella (włoskimi Oscarami) za kapitalne kreacje w dramacie mafijnym Dzień puszczyka i komedii Włoch szuka żony - za oceanem uważana była jedynie za zjawiskową piękność, a nie świetną aktorkę. Większe uznanie zdobyła Sophia Loren - jej rolę w wybitnym dramacie Vittoria De Siki Matka i córka nagrodzono statuetką Akademii. Było to nietypowe zagranie, gdyż jest to film włoskojęzyczny, a wcześniej Włoszka Anna Magnani i Francuzka Simone Signoret otrzymały Oscary za anglojęzyczne obrazy. Sukces Sophii Loren powtórzyła dopiero Marion Cotillard, nagrodzona za francuskojęzyczną produkcję. W tym roku do tego grona może dołączyć Isabelle Huppert. Ale najlepsze lata ma ona już dawno za sobą. Podobnie jak Isabelle Adjani, która wraz z Virną Lisi w Królowej Margot zagrały role życia i zasługiwały na wszelkie możliwe nagrody. Film Patrice'a Chereau to zresztą jeden z najlepszych filmów roku, mimo iż reprezentuje ten sam rocznik, co Pulp Fiction, Forrest Gump, Skazani na Shawshank, Leon Zawodowiec, Wichry namiętności, Trzy kolory: Czerwony i Quiz Show (najlepszy film w reżyserii Roberta Redforda).

Akira Kurosawa z honorowym Oscarem,
wręczonym mu przez George’a Lucasa i Stevena Spielberga (rok 1990).

Można jeszcze wspomnieć o Penélope Cruz, ale ona dostała Oscara nie za film Pedro Almodóvara, lecz Woody'ego Allena i za drugi plan, co w jej kraju mogło uchodzić za połowiczny sukces. Skoro jesteśmy przy drugoplanowych aktorkach, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wypełnić akapit innymi nazwiskami: Katina Paxinou (z Grecji), Miyoshi Umeki (z Japonii), Rita Moreno (z Puerto Rico), Lila Kedrova (z ZSRR), Juliette Binoche (z Francji), Lupita Nyong'o (Kenijka urodzona w Meksyku) i Alicia Vikander (ze Szwecji). I teraz pytanie: Czy jest wśród nich aktorka naprawdę wybitna? Ilu fanów japońskiego kina kojarzy Miyoshi Umeki?
 
A jak rzecz się ma z mężczyznami? Już pierwszego w historii Oscara dostał Niemiec Emil Jannings, ale nie bardzo go to obchodziło i przed ceremonią wyjechał do swojej ojczyzny. Maximilian Schell, Roberto Benigni i Jean Dujardin dopełniają listę obcojęzycznych artystów uhonorowanych za świetny występ pierwszoplanowy. A co z drugim planem? Haing S. Ngor, Benicio Del Toro, Javier Bardem, Christoph Waltz - myślę, że w przypadku facetów Akademia wykazała się lepszym wyczuciem, aczkolwiek i tu rażą pewne braki. Toshirô Mifune, Gian Maria Volontè, a nawet Franco Nero zasługiwali przynajmniej na nominację. Nie wspominając już o pomijaniu takich wybitnych filmowców, jak: Henri-Georges Clouzot, Kenji Mizoguchi, Masaki Kobayashi, Jean-Pierre Melville i Sergio Leone. A ze współczesnych to np. Sion Sono, którego Miłość obnażona jest arcydziełem kompletnym.

Polscy filmowcy i aktorzy to już w ogóle nie mogli nawet marzyć o wyjeździe za ocean w celu odebrania tej wyjątkowo prestiżowej nagrody. Paradoksem jest, że kiedy faktycznie reżyser z naszego kraju (mowa o Polańskim) został uhonorowany, to inne czynniki zahamowały jego uczestnictwo w imprezie. Życie dla Romana Polańskiego było bitwą, w której najpierw utracił żonę, a potem wiódł żywot banity. Zdarzały mu się jednak chwile triumfu, jak Oscar za reżyserię Pianisty (to co, że nie mógł przybyć, skoro wpisany jest na oscarowej liście). Nagrodę zdobył zasłużenie, ale pamiętać należy, że światowe kino wiele mu zawdzięcza już od lat sześćdziesiątych, kiedy stworzył nieśmiertelne klasyki: Nóż w wodzie, Wstręt, Matnia i Dziecko Rosemary. Ale w stu procentach polskim filmowcem był Andrzej Wajda, który musiał się zadowolić nagrodą za całokształt. To i tak wielki sukces, z pewnością znacznie większy niż Oscar dla Idy Pawła Pawlikowskiego. Ta nagroda tylko sprowokowała dyskusję o tym, że film jest przeceniany, więc raczej zaszkodziła filmowi i jego twórcom.

W Stanach Zjednoczonych rozchwytywani są polscy operatorzy, ale tylko współpracownik Stevena Spielberga - Janusz Kamiński - został należycie doceniony. Andrzej Bartkowiak, Sławomir Idziak, Andrzej Sekuła, Dariusz Wolski czy np. Adam Holender (Nocny kowboj) nie mieli takiej siły przebicia, nie przekonali oscarowych jurorów o wyższości nad innymi. Wśród kompozytorów na oscarowej liście znajduje się dwóch Polaków: Bronisław Kaper i Jan A.P. Kaczmarek. Nie zmienia to faktu, że najwybitniejsi polscy kompozytorzy to: Wojciech Kilar, Andrzej Korzyński i Jerzy Matuszkiewicz. Ale większość członków Akademii nie zna ich twórczości, więc dlaczego mieliby ich nagradzać. Plusem jest to, że Oscara dostał świetny scenograf Allan Starski, innego zdolnego designera - Antoniego Grota - wyróżniono pięcioma nominacjami (za filmy z lat 1931-40). Ceniona za granicą jest również projektantka kostiumów Anna Biedrzycka-Sheppard. Pracowała z Quentinem Tarantino przy Bękartach wojny, a oscarowe nominacje uzyskała za: Listę Schindlera, Pianistę i Czarownicę.

„Czerwony balonik” (1956) – Oscar za scenariusz
dla francuskiej, prawie niemej, krótkometrażówki.

Mydło i powidło

W długiej historii Oscarów sporo było wydarzeń dziwnych, ciekawych, zabawnych, o których warto wspomnieć. W roku 1934 Oscara za reżyserię otrzymał Frank Lloyd za film Kawalkada. Jego nazwisko miał wyczytać Will Rogers, ale on palnął „Chodź tu po tę nagrodę, Frank!”. No i wstał Frank Capra, który w połowie drogi zrozumiał, że wygrał jego imiennik i konkurent. Jednak do końca dekady Capra triumfował trzykrotnie jako najlepszy reżyser, więc szybko zapomniał o tej wpadce. Dosyć interesujące jest, że zdobywał te nagrody wówczas, gdy przez cztery kadencje (1935-39) piastował urząd prezesa Akademii.

W 1938 Oscara za rolę drugoplanową miała otrzymać Alice Brady za kreację w filmie W starym Chicago. Aktorka nie mogła się pojawić na ceremonii z powodu złamanej kostki. Nagrodę w jej imieniu odebrał jakiś facet. Nie wiadomo kim był, nigdy go już nie widziano i nie odzyskano statuetki. Zarząd Akademii wprawdzie rozważał decyzję, by dać aktorce kopię tego Oscara, ale trwało to zbyt długo i w 1939 Alice Brady zmarła na raka.

W 1985 wśród nominowanych do Oscara za scenariusz znaleźli się P.H. Vazak i Michael Austin, wyróżnieni za Greystoke: Legendę Tarzana, władcy małp. To jedyny taki przypadek, kiedy do oscarowego konkursu trafił pies. Owczarek Vazak został wymieniony w czołówce, ponieważ faktyczny autor tekstu, Robert Towne (Oscar za Chinatown Polańskiego), nie był zadowolony z efektu swojej pracy. Przy okazji wspomnę o niemal analogicznej sytuacji z branży naukowej. Fizyk z Uniwersytetu Stanowego Michigan, Jack H. Hetherington, napisał pracę na temat izotopów helu, którą zamierzano wydrukować w prestiżowym Physical Review Letters w 1975. Kazano mu przeredagować tekst, gdyż używał liczby mnogiej, co wskazywało na pracę zbiorową. Zamiast dokonać poprawek on jednak dopisał współautora – swojego kota Chestera Willarda.

Pamiętam u niektórych widzów zdziwienie z tego powodu, że Artysta zdobył nie tylko najważniejszego Oscara, ale i nominację za scenariusz. No bo jak to tak? Pokolenie wychowane na filmach Quentina Tarantino jest przekonane, że dobry scenariusz musi zawierać dużo dialogów. A właśnie, że nie musi! Obejrzyjcie Wakacje pana Hulot (autorstwa francuskiego geniusza komedii J. Tatiego), które z minimalną ilością dialogów również nominowano za scenariusz. Jeszcze lepszym przykładem jest (także francuska) krótkometrażowa baśń Czerwony balonik, która zdobyła Oscara (a nie tylko nominację!) dla scenarzysty, chociaż historia jest w niej opowiedziana za pomocą przepięknych zdjęć w kolorze, a nie partii dialogowych. To także jedyny film krótkometrażowy z Oscarem za słowo pisane.

Na koniec jeszcze jedna - zapewne nikomu niepotrzebna - informacja. Być może niejeden kinoman zadawał sobie pytanie: Czy Nagrodę Akademii otrzymała osoba o imieniu Oscar? Tak, ale tylko jedna. Autor tekstów piosenek - Oscar Hammerstein II - zdobył dwie statuetki na pięć nominacji. Natomiast wśród nominowanych, lecz nie nagrodzonych, odnotowałem trzy nazwiska: inżyniera dźwięku Oscara Lagerstroma, aktora od drugiego planu Oskara Homolkę i scenarzystę Oscara Brodneya.

Czy możemy już iść do domu, mamusiu?
(Shirley Temple, Oscar specjalny <Juvenile Award> w 1935)

Steve McQueen i Sam Peckinpah – dwaj delikwenci niesłusznie
pomijani przez Akademię (zdjęcie z planu „Ucieczki gangstera”).

Postscriptum

Który film najbardziej zasłużył na swojego Oscara? Moim zdaniem Braveheart: Waleczne serce Mela Gibsona, bo to niepowtarzalne, pełne emocji i wzruszeń widowisko, które głęboko zapada w pamięć. Kino ponadczasowe, bo walka o wolność i prawa człowieka to temat ciągle aktualny. A który film zasługiwał na nagrody, a został kompletnie zignorowany? Moim zdaniem Nędzne psy Sama Peckinpaha. Niektórzy nazwą go filmem zapomnianym, ale ci którzy go widzieli nie zapomną go nigdy.

Największa wpadka Akademii miała miejsce według mnie w 1959 roku, gdy pretensjonalne dziwadło o nazwie Gigi zdobyło aż dziewięć statuetek. Ówczesne obrazy Richarda Brooksa - Kotka na gorącym blaszanym dachu i Bracia Karamazow - nie miały tak wielkiej siły przyciągania jak paryska ramotka Vincente Minnellego. Reżysera, który nakręcił znakomity film Piękny i zły, zasługujący moim zdaniem na większą chwałę. Ale wracając do rocznika, w którym triumfowała Gigi - największymi przegranymi były Zawrót głowy Hitchcocka i Dotyk zła Wellesa. Dziś już wiadomo, że to nieśmiertelne klasyki, podobnie jak As w potrzasku Billy'ego Wildera, który zakwalifikował się do konkursu tylko z jedną nominacją, podczas gdy triumfatorem (z sześcioma statuetkami) był inny paryski wodewil Minnellego Amerykanin w Paryżu.

Najbardziej zasłużone nagrody aktorskie otrzymali według mnie: Kathy Bates za Misery i Natalie Portman za Czarnego łabędzia. No i przede wszystkim Marion Cotillard, której interpretacja postaci Edith Piaf w Niczego nie żałuję przewyższa jakość samego filmu. Także Vivien Leigh zasługiwała na swoje Oscary. Marlon Brando również. Najbardziej niedocenione są zaś w mojej opinii kreacje Humphreya Bogarta w Skarbie Sierra Madre i Steve'a McQueena w filmie Papillon. To są role wybitne, z niewiadomych przyczyn zignorowane przez Akademię. No i czy to w ogóle w porządku, aby aktor tej klasy co Harvey Keitel zdobył jedną nominację do Oscara i jedną do Złotej Maliny (tę drugą dostał za film Martina Scorsese)? Wśród kobiet niesłusznie pomijana była Eleanor Parker. Za świetną rolę w Nagiej dżungli zdobyła jedynie szacunek wśród fanów pereł z lamusa. Za Uwięzioną była przynajmniej nominowana i pewnie nikt by nie narzekał, gdyby przegrała z Glorią Swanson albo Bette Davis. Z kolei Mia Farrow za pamiętną kreację w Dziecku Rosemary dostała nawet Dawida Donatella, a w oscarowym konkursie zabrakło dla niej miejsca.

Nie powiem, że dziś Oscary już nic nie znaczą, bo tak naprawdę od zawsze zdarzały się błędy i niedopatrzenia Akademii. Filmy przeciętne były nagradzane, zaś arcydzieła pomijane. Chociaż od wielu lat nie śledzę na żywo tej parady i średnio mnie już obchodzi kto wygra, to jednak daleko mi do krytykanta, potępiającego filmy oscarowe. Obrazy wyróżnione tą nagrodą to w większości dzieła wartościowe, solidnie zrealizowane i zagrane, prezentujące całe spektrum emocji. Zdarzają się niechlubne wyjątki, ale według moich obserwacji w czasach klasycznego Hollywood częściej nagradzano  przeciętniaków (najbardziej rażąca w mojej opinii jest wspomniana zresztą wyżej wygrana dwóch musicali Vincente Minnellego). 

Jeśli zwyciężał jakiś nośny temat - holokaust lub zniewolenie - to tylko dlatego, że ludzie biorący udział w produkcji zdołali udźwignąć wagę tematu. Akademia starała się promować tych filmowców i aktorów, u których zauważyła wysoki potencjał. Jeśli ktoś z nich nie wykorzystał szansy, to już nie wina Akademii. A fakt, że pominięto kogoś znanego i cenionego wcale nie zaszkodziło tej osobie, a może nawet zwiększyło się grono jej sympatyków. Mimo wielu nieprzychylnych opinii dotyczących werdyktów Akademii Oscary nadal budzą emocje środowiska filmowego i mediów, a widzowie nadal chodzą do kina na filmy nominowane, aby zabrać głos w dyskusji na temat rozdania tych znamienitych nagród.

Kiedy film zdobywa sukces, wówczas jest to interes,
kiedy nie ma sukcesu – jest sztuką (Carlo Ponti)

22 komentarze:

  1. Akademia uwielbia jeszcze temat choroby, kalectwa i niepełnosprawności.
    ,,Scarface'' De Palmy nie miał żadnych szans, ogólnie został przez krytykę ostro zjechany. Do tego De Palma za swoje najlepsze amerykańskie gialli ( ,, Dressed to Kill'' i ,, Body Double'' ) był nominowany do Maliny w kategorii Worst Director. Podobnie , jak Friedkin za ,,Cruising'' - tu aż w trzech kategoriach : najgorszy film, reżyser i scenariusz. Oni pewnego typu kina nie czują, nie rozumieją i nienawidzą - uważam, że pominięcie w swoim czasie ,, Vertigo'' i ,, Touch of Evil'' też jest jakąś tego pochodną.
    Za to w temacie holocaustu chwali się, że statuetka przypadła najlepszemu moim zdaniem filmowi podejmującemu tę kwestię, jaki w ogóle nakręcono - czechosłowackiemu ,, Sklepowi przy Głównej Ulicy'' Jana Kadara i Elmara Klosa ( 1965 ). Oka po tym nie zmrużyłem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Sklepu przy głównej ulicy" nie widziałem, ale zamierzałem wspomnieć, że za ten film nominowano jedyną polską aktorkę - Idę Kamińską (wprawdzie grała głównie w filmach jidysz, no ale mimo wszystko). W tym natłoku materiału jednak o tym zapomniałem. Ale po to jest miejsce na komentarze, by coś jeszcze dopowiedzieć. A film oczywiście postaram się obejrzeć. I to jak najszybciej!

      Usuń
  2. Kadar & Klos to był duet ! Ja muszę odświeżyć ,, Pożądanie zwane Anada'' i obadać ,, Śmierć nazywa sie Engelchen''.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze zapomniałem wspomnieć o ciekawej sytuacji z filmem "Parasolki z Cherbourga", który zdobył pięć nominacji w ciągu dwóch lat. W 1965 - za najlepszy film nieanglojęzyczny, a w 1966 - dostał cztery kolejne nominacje :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Chłopie, ochłoń już :D Jakie to ma znaczenie w porównaniu z tym, że w 78' nie wygrała ,, Operation Thunderbolt'' Menahema Golana z Klausem i Sybil Danning w rolach terrorystów !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ten fakt zadaje kłam twierdzeniu, że Żydzi zawsze dostają Oscary :D

      Usuń
  5. Nic nie zadaje. Wtedy w kategorii ,film nieanglojęzyczny' wygrał francuski dramat Simone Signoret ,, Życie przed sobą'' ( La vie devant soi ) w reż. Izraelczyka Mosze Mizrahiego .
    Klausa się przestraszyli.

    OdpowiedzUsuń
  6. A tak z nowości ; obejrzałem w końcu ,, Lament'' Hong-jin Na. Arcydzieło grozy i comeback dekady , to jest film tak dobry, że na dniach zapodam go jeszcze raz . U mnie w zeszłorocznej dziesiątce wskakuje na 2 miejsce ( tuż po ,, The Witch ) , a ,, Goldstone'' wypada niniejszym z czołówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu bardziej cenisz horrory, niż sensacyjniaki i westerny.
      Myślę, że "Lament" to jest taki film, który po kolejnym seansie tylko zyskuje. Ja widziałem go raz (w kinie), ale gdybym go obejrzał ponownie, to pewnie też umieściłbym go wysoko.
      Co masz na myśli mówiąc "comeback dekady"? Czy chodzi o to, że horror powrócił po latach nieurodzaju?

      Usuń
    2. Nie, chodzi o reżysera, który miał 6 lat przerwy. Przy okazji radzę się z jego wcześniejszymi filmami zapoznać, jak nie widziałeś.
      I nie w tym rzecz, które gatunki cenię bardziej, czy mniej ; film jest wielki i tyle , w moim odczuciu jest lepszym horrorem, niż ,, Goldstone'' sensacją/westernem ( choć cały czas pozostaje dla mnie świetnym filmem ).
      Tak jak z Oscarami , nieraz trzeba wybrać między dwoma rzeczami , które super git , a nie lepszy/gorszy. Coś musi odpaść, bo dwa na raz nie przejdą.
      I pewnie dla tego tak czasem kombinują z tym pomieszaniem ról pierwszo- i drugoplanowych. Ktoś zajebiście zagrał , ale miejsc już brakło, to mu kategorię zmieniają, żeby się załapał(a). Najlepszy przykład ; Sean Penn i Tim Robbins w ,, Rzece Tajemnic'' - dwa pierwsze plany , ale miejsce tylko jedno , dla tego Robbinsa wstawili na drugi , bo nie było wyjścia.

      Usuń
  7. Nieporozumieniem jest, że John Ford nie dostał Oscara za Dyliżans - z drugiej strony miał potężnych konkurentów z "Przeminęło z Wiatrem" na czele ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i znowu John Ford :D Naprawdę jakaś obsesja :) Ale rozumiem, bo ja z kolei mam ostatnio "obsesję" na punkcie Raoula Walsha. I uważam, że w 1939 powinien wygrać Walsh za "Burzliwe lata dwudzieste".

      Usuń
    2. Zupełnie nieświadomie - tak mi się jakoś z Oscarami skojarzył :-D

      Usuń
    3. Nic dziwnego, że się skojarzył. W końcu zdobył cztery Oscary, więc widz zastanawia się, dlaczego ten specjalista od westernów nie dostał statuetki za western.

      Usuń
  8. ,, Dyliżans'' nie miał najmniejszych szans z ,, Przeminęło z Wiadrem'' - członkowie kapituły mieli pełną świadomość, że gdyby ten drugi odpadł, to żony by ich pozagryzały :D
    A tak a propos, moim zdaniem Oscar i to z pocałowaniem ręki należał się Olivii de Havilland za ,, Dark Mirror'' Siodmaka , ewentualnie za ,, Lady in the Cage'' , a nie za te romansidła dla służb kuchennych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie za Dark Mirror jej się należał, tym bardziej, że takie podwójne role były rzadkością. I na pewno nie były łatwe do zagrania. Ale filmy noir (i w ogóle kryminały) były tak samo lekceważone, jak westerny.

      Usuń
  9. I już po Oscarach. Mniejsza o to, kto zdobył najważniejsze trofeum, bowiem warto nadmienić, że wśród nagrodzonych dźwiękowców znajduje się Kevin O'Connell, który zdobył pierwszego Oscara przy dwudziestej pierwszej nominacji. Brawo!

    OdpowiedzUsuń
  10. Ok, skutecznie i na dobre odwiodłeś mi obejrzenia GIGI (bardziej z ciekawości, kto zdobył w tym ważnym roku główną nagrodę, bo nie cierpię musicali, do których też zalicza się owa produkcja). No i tegoroczne też zapiszą się w historii, a twórcy Moonlight nie mogli sobie życzyć sobie lepszej reklamy ani nie można było wymyślić sobie lepszego zwrotu akcji, prawie jak w filmach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie moim zamiarem było kogokolwiek odwodzić od obejrzenia tego filmu ;) Skoro "La La Land" zdobywa tak wielu zwolenników, to pewnie i znajdą się tacy, którzy polubią "Gigi". Ja też nie cierpię musicali, ale gdyby np. wygrała "Deszczowa piosenka" to bym się nie czepiał, mimo tego, że w tym samym roku powstały "High Noon", "The Bad and the Beautiful", "Viva Zapata", "5 Fingers".

      Usuń
    2. No i "The Quiet Man" Johna Forda ;)

      Usuń
    3. Haha :D Czekałem, aż to powiesz ;) Ale tego filmu jeszcze nie widziałem.
      I jeszcze widzę, że w tym roku "Ivanhoe" trafił do konkursu z kilkoma nominacjami, w tym także za najlepszy film - jak na klasyczną przygodówkę to dość zaskakujące.

      Usuń
  11. ,,Un Uomo Tranquillo'' : Giovanni Ford w typowym dla siebie wydaniu rubaszno sentymentalnym . Mniej więcej tak porywający , jak ,,, Gigi''. Akcja typu Kargul goes to Ireland.

    OdpowiedzUsuń