Czarny łabędź - perfekcyjna aktorka w roli perfekcyjnej tancerki

Black Swan (2010 / 108 minut)
reżyseria: Darren Aronofsky
scenariusz: Mark Heyman, Andres Heinz, John J. McLaughlin
   
Tacy aktorzy jak Robert De Niro i Daniel Day-Lewis to perfekcjoniści, którzy nie tylko grają, ale także wcielają się maksymalnie w odtwarzaną postać. Na przykład De Niro, kiedy przygotowywał się do roli boksera odbył wielomiesięczny trening i stoczył kilka walk na ringu. Jednak kiedy grał gwałciciela i mordercę w Przylądku strachu to w ramach przygotowań do roli nikogo nie zgwałcił ani nie zabił. Czy przez to jego rola była mniej wiarygodna? Na pewno nie! W filmie Czarny łabędź pojawia się zaś dylemat - czy aktorka z pozoru delikatna i niewinna potrafiłaby zagrać postać bezwzględnego czarnego charakteru? Nina Sayers to tancerka baletowa, która zdaniem reżysera potrafiłaby idealnie wcielić się w postać białego łabędzia. Ale zgodnie z koncepcją tegoż reżysera jedna artystka ma zagrać podwójną rolę - pozytywną i negatywną. A więc musi to być osoba o niewinnym wyglądzie, ale drapieżnym charakterze.

Świat baletu pokazany jest w filmie w sposób dość zaskakujący i dyskusyjny. Nie ma tu rywalizacji pomiędzy baletnicami, Nina Sayers bardzo szybko dostaje rolę i nikt nie próbuje dyskutować z decyzją reżysera. Główna bohaterka nie musi nawet zbyt wiele ćwiczyć - i tak jest perfekcyjna. Jednak coś jest nie tak z jej umysłem - zaczyna widzieć rzeczy, jakie nie śniły się nawet filozofom. Popada w obsesję, uważa że jej koleżanka po fachu, imieniem Lily, chce odebrać jej rolę. Obsesja bycia najlepszym niszczy ciało i umysł oraz powoduje, że człowiek staje się podejrzliwy i nieufny. Reżyser zręcznie manipuluje widzem, gdyż nie wiadomo, czy Lily faktycznie ma złe zamiary czy jest prawdziwą przyjaciółką. Ale jeśli w grę wchodzą sukces i chwała to czy można liczyć na prawdziwą przyjaźń?

Potrafię docenić niektóre pomysły reżysera i scenarzystów, ale ogólnie uważam, że scenariusz pełen jest bzdur (szczególnie w końcówce) oraz scen, bez których ten film mógłby się obejść (np. sceny erotyczne). Na szczególne wyróżnienie zasługuje Natalie Portman. Pewnie wiele numerów tanecznych wykonała przy pomocy dublerki, czego nie widać, dzięki sprawnemu montażowi i efektom specjalnym, ale żadna dublerka nie zastąpiłaby jej w wyrażaniu emocji za pomocą mimiki twarzy i odpowiednich gestów. Natalie Portman stworzyła przekonujący portret artystki, która za wszelką cenę pragnie być perfekcyjna. Te pragnienia doprowadzają ją do obsesji i niepokojących zachowań. Aktorka o drobnej sylwetce i nie wyróżniającym się wyglądzie zewnętrznym stworzyła zaskakująco mocną kreację, silnie oddziałującą na emocje i wyobraźnię widza.

Operator Matthew Libatique okazał się wszechstronny i świetnie się sprawdził zarówno w scenach baletowych jak i tych, w których dominują elementy dramatu psychologicznego i horroru, nie obca jest mu też poetyka surrealizmu. Sny, wizje, halucynacje będące symbolem autodestrukcji i zatracenia, seks i taniec jako metafory wyzwolenia - to wszystko zostało sfilmowane z dużym wyczuciem, talentem i artystycznym zacięciem. Świetnie jest pokazane, jak w czarno-biały świat ludzkich dramatów nieoczekiwanie wkraczają bardziej żywe kolory, symbolizujące jednak śmierć, pesymizm i obecność zbrodni, jak 'krwista' czerwień.

Pomysł na film był świetny, ale moim zdaniem został on zepsuty przez nieprzemyślany scenariusz i reżyserską zabawę w surrealizm. Filmowy surrealizm bywa potrzebny, aby wniknąć w psychikę bohaterów i poznać ich stan umysłu, ale używanie tej poetyki w nadmiarze bywa szkodliwe, gdyż widz przestaje traktować poważnie opowiadaną historię, a bohaterowie stają się postaciami ze snu, o których szybko się zapomina. Film Aronofskiego jest nieco przekombinowany, lecz z pewnością jest to dobre kino, które warto obejrzeć, chociażby dla świetnej kreacji Natalie Portman.

13 komentarze:

  1. Dla mnie, chociaż erotomanką nie jestem, właśnie scena erotyczna jest szalenie istotna w odbiorze filmu - dobitnie pokazuje, że nawet najbardziej realistyczne sceny (bo przecież żadnych udziwnień surrealistycznych w scenie łóżkowej nie ma) mogą się okazać wytworem schizofrenicznego umysłu. Ja natomiast zrezygnowałabym ze scen "horrorowych" - tych skupionych na paznokciach i odrywaniu skóry. Jestem na nie zbyt delikatna i, co najgorsze, tego typu "smaczki" na długo pozostają w mojej pamięci. Ale pomijając moje fobie - uważam, że film jest świetny i wiele zawdzięcza właśnie takiemu gatunkowemu eklektyzmowi.

    Nie wiem, czy pamiętasz taką zabawną historię - dublerka Natalie Portman ogłosiła wszem i wobec, że w 3/4 ujęć tańczy ona. I nagle społeczeństwo się zbulwersowało, że jak to? oszukano nas? itd. Słyszałam nawet głosy, że należy Natalie Oscara odebrać :) To było dla mnie szalenie dziwne zjawisko, bo myślałam, że w XXI wieku dosłownie każdy zna specyfikę kina. ...A przy okazji takiego filmu zdaje sobie sprawę, że potrzeba kilkunastu lat ciężkiej pracy, by zostać baletnicą... Wyszło na to, że Portman w rok miała nauczyć się piruetów i to właśnie za nie należała się jej nagroda. Świetnie ująłeś to we wstępie - dobry aktor nie musi żyć życiem granej postaci, by zagrać ją wiarygodnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałem coś o tym w jakiejś gazecie i byłem zdziwiony stwierdzeniem, że Oscar się jej nie należał, bo zastępowała ją dublerka. Wprawdzie wtedy nie oglądałem jeszcze tego filmu, ale domyślałem się, że jej aktorstwo na pewno nie polegało tylko na umiejętnościach tanecznych, tak samo jak i Hilary Swank nie dostała Oscara za to, że dobrze boksowała w filmie "Za wszelką cenę".

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie to rozśmieszyło, bo wyszło na to, że dublerzy występują jedynie w scenach kaskaderskich, rozumianych jako totalnie ekstremalne. Sądząc po wielkim oburzeniu publiczności - Portman MUSIAŁA się do roli nauczyć perfekcyjnie tańczyć (wiemy przecież, że trenowała). Jeśli nie została primabaleriną - oszukała nas. Taka "wiara w obraz" - i to w dzisiejszych czasach! Fenomenalne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Może i zdjęcia rzeczywiście są bardzo dobre, ale według mnie mają jedną wadę. Panuje wszechobecne poczucie klaustrofobii. Oglądamy film o balecie - przedstawionym w naprawdę fajny / oryginalny sposób, a na seansie można się udusić w tych małych korytarzykach. Chociaż może to właśnie było zamierzenie Aronofskyego? W każdym bądź razie, zabawa reżysera w surrealizm i jak piszesz - nie przemyślany scenariusz. Ja to widzę tak: Byłoby dobrze, natomiast cała historia wydaje się być rozklekotana. Niby wszystko do siebie pasuję, jednak oglądając obraz odnosi się wrażenie braku harmonii - nie tylko w życiu aktorki, ale i w całym filmie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja natomiast przeczytałam, że żadnej dublerki nie było, że Portman jako dziecko tańczyła w balecie i nawet odnosiła sukcesy, a film powstał specjalnie dla niej, aby mogła zatańczyć raz jeszcze. Dla mnie sceny erotyczne były miłe, łatwe i przyjemne, lubię erotykę na ekranie. Gorzej, kiedy film ogląda się np. z mamą, co ja akurat uczyniłam. Mamie się podobał średnio, że niby przerost formy nad treścią, może dlatego, że bardzo się nastawiła na jakieś arcydzieło. Mnie się podobało, nawet mały zachwycik się wkradł, ale drażniło mnie to, że ta baletnica jest niedojrzała emocjonalnie, wręcz chora psychicznie, bym rzekła.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja po tym filmie chyba też spodziewałem się jakiegoś arcydzieła, tyle dobrego o nim słyszałem. Nie widziałem żadnego poprzedniego filmu Aronofskiego i nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Liczyłem jednak na kino, które dostarczy jakichś emocji i wzruszeń. Ale kiedy bohaterowie dokonują na ekranie niesamowitych rzeczy to trudno mi się takim filmem ekscytować lub wzruszać. Dlatego odczułem rozczarowanie.

    Ja czytałem, że Portman ćwiczyła taniec od dziecka, ale nie w balecie. A co do tej dublerki, to dla mnie jest to nieistotne czy aktorkę zastępowała dublerka czy nie. Oglądając film uwierzyłem w to, że Natalie Portman tańczyła bez niczyjej pomocy, a o to na pewno chodziło twórcom tego filmu.

    OdpowiedzUsuń
  7. Bo ten film jest przereklamowany, przez ludzi którzy raz do roku pójdą do kina i w towarzystwie muszą się pochwalić jednym ambitnym filmem jaki znają. W tym wypadku padło na Czarnego Łabędzia, jest Natalie Portman, taniec modny, więc ujdzie... Co nie znaczy, że film jest zły, bo tak nie uważam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zgadzam się, co do postaci granej przez Portman. Myślę, że niepotrzebne są spekulacje nad tym, ile tańca w tym filmie było udziałem aktorki, a ile jej dublerki. Mam nadzieję, że w wyścigu po Oscara, Natalie zwyciężyła przede wszystkim dzięki wiarygodnie skonstruowanej postaci, temu, jak genialnie oddała szaleństwo swojej bohaterki, a nie temu, jak ładnie tańczyła. Przynajmniej, mam głęboką nadzieję, że tak było. Co do reżyserii, uważam, że nie można zarzucić Aronofsky'emu zbyt wiele. "Czarny łabędź" to świetne wykonany film, zrealizowany przez profesjonalistę, a to, czy uważamy czy jakieś sceny były zbędne, czy nie, nie powinno stanowić pola manewru do dyskusji nad talentem reżysera, bo ja z kolei oddałam się temu, co reżyser przedstawia bez reszty i to jest raczej kwestia tego, jak bardzo ufamy twórcy filmu. A i dołączam się do zachwytów na pracą Libatique. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Oczywiście Aronofsky nie popełnia tu żadnych błędów, gdyż on miał taką wizję tej historii i przedstawił ją na ekranie dokładnie tak, jak planował. Mnie jednak ta wizja nie przekonała do końca. Film miał być dramatem z elementami thrillera, a te gatunki wymagają pewnego realizmu, napięcia i emocji. Aronofsky stworzył jednak jakiś artystyczny eksperyment i jeśli ten film obejrzę po raz drugi, tym razem z innym nastawieniem, to możliwe, że mogę go bardziej docenić.

    OdpowiedzUsuń
  10. Fantastyczny film! A mimo wszystko czegoś mi w nim brakowało ....

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie (filmdine.blogspot.com)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mnie się niektóre surrealistyczne pomysły podobały, oniryczne zabawy również. Choć mam wrażenie, że to jeden z tych obrazów, które ogląda się tylko raz. Mam tak z kilkoma filmamy Aronofsky'ego zresztą.
    Kreacja Portman świetna, zgadzam się.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. To jeden z moich ulubionych filmów ale nie od razu tak było, dopiero gdy obejrzałam go po raz drugi zakochałam się bezgranicznie. Szkoda, że zaczynając recenzję pisząc o wyrzeczeniach aktorów nie wspomniałeś o lekcjach baletu i zrzuceniu wagi, które musiała zastosować Natalie, takie niewykorzystane zdania przez to pozostają. Co do samego filmu to jest on przesycony symboliką, ukrytymi znaczeniami i albo się je widzi albo nie. Na początku też miałam wrażenie przekombinowania, jednak po ponownym obejrzeniu stwierdziłam, że wszystko jest doskonale przemyślane. Każda rzecz zazębia się w całość, jedynym motywem, który nieco mi "odstaje" od reszty to postać tancerki, którą Nina wysłała na emeryturę i z którą potem miała halucynacje. Po za tym wszystko jest jak najbardziej na miejscu i tworzy jeden z najbardziej szokujących filmów w swoim przekazie, ukrytym pod czarnymi piórkami rodzącego się czarnego łabędzia :) Nie będę pisać tutaj całej analizy dlaczego tak uważam i jak interpretuję, bo kiedyś też zamierzam poświęcić temu chwilkę na blogu, a jest to dość rozległy temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja oglądałem tylko raz, tak mocno wbił mi się w pamięć, że uznałem iż nie muszę (przynajmniej na razie) do niego wracać. Możliwe, że przy drugim oglądaniu bardziej bym go docenił.

      Usuń