Podwójny seans z butelką whisky

„Przez to śledztwo jestem do tyłu z piciem” - mawiał detektyw Nick Charles, bohater filmu Pościg za cieniem (1934). I chociaż alkohol szkodzi zdrowiu ma jedną pozytywną wartość - bez niego nie byłoby wielu znakomitych filmów. Tacy aktorzy jak Thomas Mitchell, Ray Milland i John Wayne zdobyli Oscara za role pijaków, dla wielu innych aktorów takie role też stanowiły duże wyzwanie. Ważnym miejscem akcji licznych westernów są saloony, w których rozmowy i gra w pokera odbywają się przy szklaneczkach whisky, a jeden z mistrzów gatunku, John Sturges, uczynił alkohol głównym tematem swojego filmu Na szlaku Alleluja (1965). Niektóre filmy (np. Kac Vegas, 2009) pokazują w humorystyczny sposób skutki picia alkoholu, inne traktują temat bardzo poważnie, by ostrzec ludzi przed zgubnym wpływem takich niezdrowych używek. Ja przedstawię teraz dwa być może najlepsze filmy, które w realistyczny sposób podejmują temat wielkiej wagi - uzależnienie od alkoholu.

Stracony weekend
The Lost Weekend (1945 / 101 minut)
reżyseria: Billy Wilder
scenariusz: Charles Brackett, Billy Wilder na podst. powieści Charlesa R. Jacksona

Don Birnam jest pisarzem, któremu nie udało się osiągnąć sukcesu. Pocieszenie znalazł w alkoholu, wszędzie nosił ze sobą butelkę i starał się ukryć swój problem przed utrzymującym go bratem oraz narzeczoną, która za swój cel postawiła wyciągnięcie go z nałogu. Mimo iż twórczość Billy'ego Wildera została mocno ograniczona przez rygorystyczne zasady kodeksu Haysa przestrzegane przez producentów udało mu się stworzyć przejmujący i dogłębny dramat psychologiczny. Stracony weekend to prawdopodobnie pierwsza poważna próba przedstawienia problemu alkoholizmu. Reżyser nie tylko ostrzega przed niszczącym wpływem alkoholu na człowieka, co raczej uświadamia jak wiele człowiek traci otępiając swój umysł nie mającymi żadnej wartości odżywczej produktami.

Czołowy bohater dramatu Wildera to człowiek, który swój talent i ambicję utopił w morzu gorzały. Stał się zgorzkniałym wrakiem człowieka, którego próbują wyciągnąć na powierzchnię godni zaufania ludzie, szczególnie pełna nadziei optymistka Helen St. James. Czy okaże się ona na tyle silna i wytrwała, by pokonać mocnego przeciwnika jakim jest butelka whisky? Niespełniony pisarz tak bardzo jest zamroczony wódką, że nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego wszyscy się o niego martwią, dlaczego próbują go powstrzymać przed robieniem tego, na co ma ochotę. Przywiązanie do używek czyni z niego złodzieja, okrada on nie tylko swojego brata, ale także przypadkową kobietę w barze. Staje się człowiekiem żałosnym i godnym pogardy, ale i tak ma ogromne szczęście, że otaczają go ludzie, którzy podają mu pomocną dłoń. Gdy Helen dowiaduje się, że Don jest alkoholikiem nie jest zbyt zawiedziona, bo ma nadzieję że tę chorobę da się wyleczyć. I trwa w tym przekonaniu do końca.

Znany ze Zdradzieckich skał (1942) Ray Milland wykorzystał szansę jaką otrzymał od Billy'ego Wildera i pokazał, że potrafi zagrać trudną rolę wymagającą maksymalnego zaangażowania, pokazania tego co tkwi wewnątrz człowieka - przede wszystkim wielkiego pragnienia, które każe mu robić wiele głupstw. Birnam jest dorosły, ale zachowuje się jak dziecko, któremu rodzice chcą zabrać ulubioną zabawkę. Aktorowi partneruje Jane Wyman w roli Helen. Aktorka dopiero w następnych latach doczekała się uznania, ale już w tym filmie widać, że przed kamerą czuje się dobrze i potrafi z wyczuciem odegrać nieco naiwną, pozytywnie nastawioną do świata idealistkę. Wyman i Milland przejmująco i taktownie odgrywają cechy osobowości swoich bohaterów.











Film zdobył dwie nagrody w Cannes, trzy Złote Globy i cztery Oscary - spodobał się ówczesnej publiczności i krytykom gdyż odważnie i z dużą dozą realizmu podejmuje istotny temat, który dotyczy wielu ludzi. Stracony weekend ma w sobie to co najlepsze w amerykańskim kinie lat 40. To stuprocentowo klasyczny reprezentant stylu hollywoodzkiego, obficie korzystający z dostępnych środków i technicznego zaplecza. Gordon Jennings i Farciot Edouart, którzy wspólnie zdobyli dwa Oscary za efekty specjalne, przygotowali do filmu scenę, w której bohater znajduje się w stanie delirium. Operator John F. Seitz korzysta z kadrowania i poetyki jakie charakteryzują film noir, natomiast kompozytor Miklós Rózsa (tak jak w Urzeczonej Hitchcocka z tego samego roku) wykorzystał elektroniczny instrument, za pomocą którego wykreował złowieszczą i niepokojącą atmosferę. Zarówno muzyka jak i zdjęcia doskonale współgrają ze stanem umysłu bohatera.

Billy Wilder to trzeźwo myślący i wszechstronny reżyser, który z powodzeniem realizował filmy różnych gatunków. Stracony weekend to obok Podwójnego ubezpieczenia najwybitniejszy jego film z lat 40. Dobrze dobrana obsada i okraszony niezłymi dialogami scenariusz wpłynęły pozytywnie nie tylko na wartość artystyczną filmu, ale i na to że nawet po upływie prawie 70-ciu lat film świetnie się ogląda. Niestety, dramat Wildera ma jedną poważną wadę, która może popsuć ogólne dobre wrażenie - finał jest okropnie pretensjonalny i zupełnie niewiarygodny, bardziej pasujący do komedii niż poważnego dramatu. Takie zakończenie było z pewnością pomysłem szefów Paramountu, którzy koniecznie chcieli mieć happy end zamiast kontrowersyjnego rozwiązania, które bardziej tu pasowało. I w efekcie otrzymaliśmy grzeczny aż do przesady finał, w którym aktorzy robią dobrą minę do złej gry, gdyż ich postacie w jednej chwili tracą wiarygodność. A widzowie mogą tylko stwierdzić, że w 95 procentach jest to naprawdę znakomite kino.

Dni wina i róż
Days of Wine and Roses (1962 / 117 minut)
reżyseria: Blake Edwards
scenariusz: J.P. Miller

Joe jest specjalistą od public relations, uczestniczy w wielu firmowych imprezach, na których nie odmawia sobie alkoholu. Wkrótce poznaje uzależnioną od czekolady Kirsten, która jest abstynentką. Szybko rozkwita uczucie i naturalną koleją rzeczy oboje lądują na ślubnym kobiercu. Joe stopniowo wciąga ukochaną w chorobę alkoholową, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Twórca Śniadania u Tiffany'ego (1961) i Różowej pantery (1963) zanim stał się specjalistą od komedii zrealizował ambitny i wnikliwy dramat o rodzinie stopniowo niszczonej przez alkohol. Edwards nie byłby sobą gdyby nie wprowadził odrobiny humoru, ale ten film to przede wszystkim wiarygodny i przejmujący dramat o chorobie zaraźliwej, niebezpiecznej, destrukcyjnej, która może dotknąć każdego, nawet ludzi pozornie szczęśliwych i spełnionych.

Dni wina i róż to drapieżny spektakl z mocno zarysowanym problemem alkoholizmu, nieprzewidywalną fabułą i ambitnym przekazem. Postacie są wielowymiarowe i zagrane wnikliwie, przejmująco i intuicyjnie. Edwards w sposób dosadny, lecz nie unikając ironii przedstawił ujemne następstwa nadmiernego spożywania mocnych trunków. Nałóg Joego ma wpływ na jego pracę, a także na relacje z rodziną. Scena, w której Joe niszczy szklarnię swojego teścia, poszukując schowanej tam wcześniej butelki, ewidentnie wskazuje, że jego uzależnienie bliskie jest obsesji i choroby psychicznej. Dopiero z czasem zauważa zagrożenia jakie sprowadził na swoją żonę i dziecko, zdaje sobie sprawę, że aby zwalczyć chorobę musi podjąć radykalne kroki i zdecydować się na wiele wyrzeczeń. Gdy Joe zaczyna rozumieć swoje błędy i próbuje naprawić relacje z rodziną (także ze swoim teściem), choroba jego żony coraz bardziej się nasila. Łącząc picie alkoholu z paleniem papierosów nie dostrzega, że naraża nie tylko siebie, ale także swoje dziecko. A w końcówce jest już doszczętnie wyniszczona i zepsuta.

O tym że Jack Lemmon jest świetnym aktorem pewnie wie każdy, kto ogląda stare kino, ale Lee Remick rzadko miała okazję zabłysnąć w naprawdę ciekawej i jednocześnie bardzo wymagającej roli. Zwykle jej ekranowi partnerzy (np. James Stewart w Anatomii morderstwa z 1959) zdołali przyćmić jej aktorską osobowość ukrytą za ładną i sympatyczną twarzą oraz seksowną figurą. Jednak Blake Edwards potraktował ją na równi z wielokrotnie nagradzanym Jackiem Lemmonem, dając im obojgu szansę zaprezentowania swoich umiejętności. Oboje stworzyli wybitne, poruszające kreacje pokazując zarówno talent dramatyczny jak i upodobanie do groteskowej błazenady. Reżyser za pomocą tej dwójki młodych ludzi przedstawił dogłębnie i taktownie autodestrukcję i degradację człowieka oraz staczanie się na samo dno, skąd trudno się podnieść i wrócić do normalności.


Film Blake'a Edwardsa wnikliwie analizuje postawy ludzi, dla których butelka brandy staje się nieodłącznym towarzyszem rozmów i zabaw. Reżyser opowiada o konflikcie wewnątrz miłosnego trójkąta, który tworzą mężczyzna, kobieta i gorzała. Zaczyna się od jednego kieliszka i człowiek nawet nie zauważa kiedy stał się pijakiem. Dni wina i róż to kino z ambicjami, głębokie i wzruszające, o tym że alkohol dostarcza przyjemności jak również bólu i cierpienia. W jednej chwili małżonkowie hasają sobie szczęśliwi (i pijani), a w następnej - śmiech zamiera na ustach, pojawia się frustracja, gorycz, cierpienie. Pić trzeba umieć - kto nie umie może skończyć w kaftanie bezpieczeństwa lub w rynsztoku. Genialna jest ostatnia scena, w której Jack Lemmon patrzy przez okno na neon z napisem „bar” - neon odbija się w oknie, a on próbuje powstrzymać się przed zaspokojeniem swojego pragnienia.

Podsumowanie:
Billy Wilder i Blake Edwards znani są ze specyficznego poczucia humoru, ale obaj nakręcili też bardzo udane dramaty psychologiczne dotykające problematyki alkoholizmu. Mimo podobnej tematyki są to filmy inaczej przedstawiające ten problem, ale podkreślające wielką szkodliwość wysokoprocentowych napojów alkoholowych takich jak whisky i brandy. Obaj twórcy musieli się dostosować do cenzury obyczajowej jaka obowiązywała od lat 30. do drugiej połowy lat 60. Stracony weekend oraz Dni wina i róż to kino na najwyższym światowym poziomie, które warto znać i polecać. Ale oglądać je należy na trzeźwo.

11 komentarze:

  1. To w ogóle ciekawy temat - ,, ludzie kina + alkohol''. Niektórzy się załatwili na amen przez gorzałę, jak Richard Burton, czy Sam Peckinpah - widac wyrażnie, jak się obaj w ciągu paru lat potwornie zestarzeli. Kumpel Burtona od kielicha, Peter O'Toole ( nie ma, jak celtycki etos chlania :D ) w pewnym momencie dał sobie na wstrzymanie, zaliczył odwyk i odstawił na dobre. Nasz Lech Dyblik podobnie.
    Wiadomo, pijak pijakowi nierówny. Pijaństwo Montgomery'ego Clifta, to była depresyjna samodestrukcja w stanie czystym, zupełne przeciwieństwo euforycznej, dionizyjskiej napierdolki Olivera Reeda. Robert Altman też lubił dac w palnik, ale miał wszystko pod kontrolą ; w przeciwieństwie do Peckinpaha, który zaczynał kroic z bladym świtem, reżyserował na bani, a po południu, to już była zwała kompletna. Co charakterystyczne, on nigdy nawet nie próbował walczyc z nałogiem, jeszcze kreskę zaczął wciągac. A z tymi, co go próbowali napominac, rozprawił się gracko w ,,The Wild Bunch'' ; świętojebliwą, abstynencką trzódkę wpierdolił między dwie ,,dzikie bandy'' tęgich ochlaptusów i zdziesiątkował ołowiem.
    Klasyczna ,,obrona Peckinpaha'' :D
    W ,,Pacie Garrecie...'' i ,, Alfredzie Garcii...'' flacha praktycznie nie znika z kadru, wszyscy łoją o każdej porze dnia i nocy.
    Bogart,Lee Marvin i George C. Scott też ostro walili całe życie i lubili pograndzic.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo rozrywkowym człowiekiem był też John Huston, ale on był w czepku urodzony ; nawet jak przeimprezował cały okres zdjęciowy, to i tak odniósł sukces ( ,, Afrykańska Królowa'' )

    OdpowiedzUsuń
  3. Huston kręcił filmy nawet po 70-ce, więc jemu alkohol nie zaszkodził :) To z Peckinpahem to dość interesująca sprawa - okazuje się, że nawet na bani można nakręcić dobre filmy. A Bogart podobno mawiał: "Świat byłby lepszym miejscem, gdyby każdy dzień zaczynał się od dwóch szkockich".

    OdpowiedzUsuń
  4. Można, ale to się chyba tylko jemu udało : ,,Ucieczka Gangstera'' ,,Pat Garrett...'' ,, Dajcie mi głowę...'' były praktycznie w 100% wyreżyserowane po pijaku. ,,Elita Zabójcow'' i ,, Konwój'' zostały w dużym stopniu zrobione przez asystentów - Samuelowi już kompletnie zdrowie wysiadało. W każdym razie ,, Old Iguana'' jest jeden na milion ; dla mnie ,,metr z Sevres'' prawdziwego kultu.
    Z pijackich bon motów Bogarta najbardziej lubię : ,, Świat jest o trzy banie do tyłu, czym prędzej trzeba to nadrobic''
    Lee Marvin słynął z legendarnie mocnej głowy... aż trafił na godnego przeciwnika : Oliver Reeda. Oli mu dopiero pokazał , jak się pije, spaprał chłopa do spodu :D

    OdpowiedzUsuń
  5. "Dni wina i róż" to film mocno zapadający w pamięć. Pamiętam, że zdziwiłam się że tak trudny i kontrowersyjny temat został poruszony w latach 60., ale to dobrze. Tym bardziej on porusza. Jak wspomniałeś, wybitne rola obojga aktorów. Do dziś mam dreszcze na wspomnienie zakończenia filmu. A mogło być tak pięknie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Pamiętam, że właśnie czytałam o filmie "DNI WINA i ROZ" u Izabeli :>
    Ale nie widziałam, że główna bohaterka jest uzależniona od czekolady i jest w dodatku abstynentką - skąd ja to znam ? Jak widać od głodu czekoladowego do alkoholowego jest krótka droga. Tym bardziej film wydaje mi się interesujący :>

    OdpowiedzUsuń
  7. Nowy Nekrolog:
    23 czerwca, w wieku 87 lat zmarł Richard Matheson - pisarz i scenarzysta wielce zasłużony dla kina grozy i fantastyki. Jego najsłynniejsze dzieło, powieśc ,, Jestem Legendą'' z 1954, doczekała sie trzech ekranizacji, w tym jednej na prawdę znakomitej - ,, The Last Man on the Earth'' w 1964, z wybitną rolą Vincenta Price'a. Ponadto powieśc silnie zainspirowała George'a Romero do wykreowania przełomowej ,, Nocy Żywych Trupów'' z 68. Także debiut Spielberga ,,Pojedynek na Szosie'' był ekranizacją opowiadania Mathesona.
    Na podstawie prozy Mathesona powstały też takie dzieła, jak m.in.oryginalny klasyk sf ,, Człowiek, Który się Nieprawdopodobnie Zmniejszał'' Jacka Arnolda i bardzo udany horror ,,Legenda o Piekielnym Domu'' Johna Hougha.
    Matheson był również autorem kilku adaptacji opowiadań Edgara A. Poe dla Rogera Cormana, dużo pracował dla telewizji ( ,,Twilight Zone'' )
    RIP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  8. Alkoholizm w sumie zawsze jest tym samym, choć już każdy alkoholik jest inny. To ciekawe, że postacie alkoholików równie dobrze sprawdzają się w komediach, jak i tragediach (dramatach). Pewnie dlatego, że gorzała czyni z człowieka kogoś bardziej wyrazistego... dopóki nie zwali delikwenta z nóg.
    Ale nie wydaje się, żeby była czymś, co wzmacnia jego kreatywność. Wręcz przeciwnie: zwykle robi z niego głupca, tumana, awanturnika i dupka. Choć zdarzają się alkoholicy z klasą.

    Ciekawy temat podjąłeś: kino i wóda. Wart osobnej monografii.

    OdpowiedzUsuń
  9. Z polskich filmów momentalnie przypomina mi się "Pętla" Hasa, jak już Holoubek rusza w tango to nic go nie zatrzyma. Sceny z Fijewskim w barz i te teksty - "Lalka lej 50gr dla mnie i kolegi" - kult! :)

    OdpowiedzUsuń