Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lee Van Cleef. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lee Van Cleef. Pokaż wszystkie posty

EL CONDOR. 50 lat od premiery

premiera: 19 czerwca 1970
czas trwania: 102 minuty
reżyseria: John Guillermin
scenariusz: Larry Cohen, Steven Carabatsos


 Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl

„Najlepsi ludzie są bękartami” – tak mówi jeden z bohaterów, gdy widzi, że nawet matka traktuje swojego syna z wyraźną niechęcią tylko dlatego, że syn jest nieślubnym dzieckiem. W zależności od kraju i od etapu dziejowego bękarci traktowani byli różnie, ale w Meksyku lat 60. XIX wieku, gdzie toczy się akcja filmu El Condor, byli zazwyczaj pogardzani. Pierwsze, co w tym filmie zaskakuje, to właśnie to, że zostaje podkreślone, iż bohater grany przez Lee Van Cleefa jest bękartem, natomiast ani razu nie ma mowy o tym, że postać odgrywana przez Jima Browna ma czarną skórę. Nie mówię, że ten kontrast ma duże znaczenie w filmie, bo wcale tak nie jest i przy pierwszym oglądaniu nie zwróciłem na to uwagi. Dopiero ponowny seans mi to uświadomił.

Pewnego razu w Almerii. 10 europejskich westernów


Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

„Każda broń gra swoją własną melodię”.* Każdy spaghetti western jest inny, nawet jeśli wszystkie wyglądają podobnie. Przewijają się podobne typy postaci, identyczne są elementy ikonografii, a motyw zemsty występuje niemal wszędzie. No cóż… taki jest ten świat, można go zaakceptować lub nie. Dzięki Quentinowi Tarantino coraz więcej osób polubiło westerny, ale wciąż mało sięga po atrakcyjne starocia.

Na podstawie mitologii stworzonej w Stanach Zjednoczonych Włosi wykreowali własną mitologię wraz ze swoim panteonem bóstw i asów. Sergio Leone nie był pierwszy, ale to on znalazł sposób jak przyciągnąć do kin krajową publiczność. Fabułę samurajskiego dramatu Straż przyboczna (1961) przeniósł na meksykańsko-amerykańskie pogranicze drugiej połowy XIX wieku. Wprawił w ruch machinę, która nie zawsze działała jak należy, ale powstało dzięki niej kilka wartościowych, niezapomnianych obrazów.

Śmierć jeździ konno

Da uomo a uomo (1967 / 115 minut)
reżyseria: Giulio Petroni
scenariusz: Luciano Vincenzoni

Requiescant in pace: Luciano Vincenzoni (1926–2013)

Przez 10 lat Lee Van Cleef odgrywał epizody w około 50 amerykańskich filmach dopóki nie poznał włoskiego reżysera Sergia Leone. Nieoczekiwanie stał się jednym z najważniejszych aktorów włoskiego nurtu popularnego zwłaszcza w drugiej połowie lat 60. Jedna z jego najciekawszych ról pochodzi z filmu Śmierć jeździ konno, w którym partnerował mu John Phillip Law znany z takich ekstrawaganckich ról jak: Manfred von Richthofen z Czerwonego barona (1971) Rogera Cormana, niewidomy anioł z Barbarelli (1968) Rogera Vadima lub też tytułowy Diabolik (1968) z filmu Mario Bavy. Western Petroniego dotyka tematu zemsty, przedstawiając go w sposób efektowny, ale i wzbudzający niepokój. Człowiek może zapominać o wielu rzeczach, ale na pewno nie zapomni bolesnych, niezabliźnionych ran z przeszłości. I nawet czas ich nie uleczy, może dopiero wówczas gdy osoby za nie odpowiedzialne poniosą wreszcie zasłużoną karę.

Rewolwer dla Scotta Mary - o filmie „Dni gniewu”

I giorni dell'ira (1967 / 95 minut)
reżyseria: Tonino Valerii
scenariusz: Ernesto Gastaldi, Tonino Valerii, Renzo Genta na podst. powieści Rona Barkera Der tod Ritt Dienstags

Miasteczko Clifton niczym nie różni się od pozostałych miasteczek na Dzikim Zachodzie. Jest tu saloon, gdzie można napić się whisky i pograć w karty. Jest szeryf pilnujący porządku. Jest bank, w którym ludzie trzymają swoje oszczędności. Jest budynek sądu, gdzie wymierzane są kary, przy czym nie trzeba czekać na sędziego kilka tygodni jak w wielu innych westernach - tutaj sędzia jest na miejscu i w każdej chwili może skazać delikwenta na śmierć lub więzienie. Możliwe, że jest nawet kościół, ale ludzie chodzą tam okazjonalnie, częściej zaś przesiadują w saloonie przy szklaneczce whisky. Główna ulica miasta jest czyściutka, co bardzo dobrze świadczy o mieszkańcach, ale i o pogodzie, trudno tu o deszcz, zaś niebo jest zwykle bezchmurne i słońce oślepia wspólnotę. O czystość dba tutaj jeden człowiek. Na imię ma Scott, nie jest Indianinem ani Meksykaninem, a jednak uważany jest za osobę gorszej rasy, kogoś kogo można bezkarnie bić i poniżać. Wkrótce sytuacja diametralnie się zmieni za sprawą tajemniczego przybysza, Franka Talby'ego. Dzięki temu człowiekowi Scott zamieni miotłę na rewolwer i już nikt więcej nie odważy się go uderzyć ani powiedzieć o nim złego słowa.

Colorado, Cuchillo i świszczące kule

Colorado (pl, fr) / La resa dei conti (wł) / The Big Gundown (amer) 
(1966 / 105 minut)
reżyseria: Sergio Sollima
scenariusz: Sergio Donati, Sergio Sollima

Rok 1966 to bez wątpienia czas przełomowy dla włoskiej odmiany westernu. Obfitował on w szereg sztandarowych pozycji, z których na szczególne wyróżnienie zasługują filmy trzech Sergiów: Leone, Corbucciego i Sollimy. Ci sprawni warsztatowo filmowcy tchnęli nową jakość w upadający gatunek, który w Ameryce miał długą tradycję. Stworzyli oni obrazy odmalowujące za pomocą mrocznych barw bezkresne przestrzenie Dzikiego Zachodu i jego nieodłącznych bohaterów: rewolwerowców, łowców nagród, bandytów, jeźdźców znikąd. Gdy Richard Brooks realizował w Kalifornii i Nevadzie Zawodowców, po drugiej stronie Atlantyku, w hiszpańskiej Andaluzji, Sergio Sollima pokazał amerykańsko-meksykańskie pogranicze wcale nie gorzej niż jego amerykański kolega po fachu.

Włoskie kino gatunkowe

W kinie amerykańskim trudno jest czasem odróżnić kino autorskie od gatunkowego, bo niewielu jest twórców takich jak John Cassavetes i Jim Jarmusch (choć z czasem ich przybywa), którzy tworzyli w pełni autorskie dzieła, nie oglądając się na innych i na obowiązującą modę. W przeciwieństwie do nich wielu wybitnych amerykańskich filmowców, takich jak np. Orson Welles, Alfred Hitchcock i Stanley Kubrick, swoje artystyczne eksperymenty umieszczali w filmach, które łatwo przyporządkować do konkretnego gatunku. Welles zaliczył flirt z kinem noir, Hitchcock tworzył kryminały, thrillery i filmy szpiegowskie, zaś Kubrick spróbował swoich sił w science fiction, horrorze, dramacie historycznym i wojennym. Nie ulega jednak wątpliwości, że kręcili oni dzieła autorskie, nawet mimo tego, że Hitchcock nie pisał scenariuszy do swoich filmów - z pewnością jednak przemycił do scenariuszy własną wizję kina.

W samo południe - czas jest równie bezlitosny, co bandyci

High Noon (1952 / 85 minut)
reżyseria: Fred Zinnemann
scenariusz: Carl Foreman na podst. opowiadania Johna W. Cunninghama The Tin Star

Większość westernów pokazuje Dziki Zachód jako kraj ludzi „wyrywnych”, którzy lubią wszczynać awantury, bijatyki, strzelaniny, nie licząc się z konsekwencjami. Chociaż nazwa „dziki zachód” sugeruje, że taki świat awanturników i wszechobecnej przemocy naprawdę istniał to Fred Zinnemann i scenarzysta Carl Foreman mieli duże zastrzeżenia co do takiego obrazu dawnego Zachodu. W samo południe to western, w którym poznajemy mieszkańców Dzikiego Zachodu jako ludzi, którzy boją się walczyć nawet kiedy mają liczebną przewagę. Ludzie Zachodu w tym filmie nie są ludźmi czynu, zamiast działać wolą przesiadywać w barach albo w ciepłym i bezpiecznym domu, nie wychylając głowy na odstrzał.

Dobrzy, źli i brzydcy - o najlepszych spaghetti westernach


Gdy Sergio Leone bez wiedzy Kurosawy przerobił jego Straż przyboczną (1961) na western nie mógł przypuszczać, że rozpoczyna właśnie nowy nurt w historii kina gatunkowego. Ale upływ czasu pokazał, że Leone stworzył nowy gatunek, mimo iż zaczerpnął fabułę z dalekiej Azji. Spaghetti westerny były ostro krytykowane przez recenzentów, ale chętnie oglądane przez widzów mniej więcej do roku 1968. Wtedy właśnie odnotowano gwałtowny spadek popularności gatunku. W ciągu tych pierwszych lat powstało tak wiele spaghetti westernów, że widzowie bardzo szybko się nimi znudzili. Mimo to ze zmiennym powodzeniem realizowano włoskie westerny do drugiej połowy lat 70. Wśród natłoku wielu badziewi i przeciętnych imitacji Leone można znaleźć kilka perełek, które są wciąż odkrywane przez pasjonatów kina.