FURIA. Nie drażnij tygrysicy

Hai Phượng (2019 / 98 minut)
scenariusz i reżyseria: Lê Văn Kiệt

Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl 

Dużą rolę w rozwoju kina wietnamskiego odgrywa cenzura, a jak powszechnie wiadomo, cenzura hamuje rozwój i nie sprzyja nowym trendom. Wybitny ponoć film Ròm (2019, reż. Tran Dung Thanh Huy) po zdobyciu głównej nagrody na festiwalu w Pusan został zablokowany przez organy cenzorskie i podobnego losu mogła doświadczyć Furia w reżyserii Le-Van Kieta. Powodem była kontrowersyjna tematyka – porywanie dzieci w celu handlu organami. Udało się jednak nie tylko doprowadzić do lokalnej dystrybucji, która przyniosła największy w historii kina wietnamskiego sukces kasowy, ale też przepchnąć tę produkcję do międzynarodowego obiegu*.

Do Polski trafiła za sprawą organizatorów festiwalu Pięć Smaków, zapisała się w historii także jako pierwszy film wietnamski pokazywany w amerykańskich kinach (chociaż tylko w ograniczonej dystrybucji). Dzieło zostało nawet zgłoszone do rywalizacji oscarowej, ale trudno uwierzyć, by dano mu szansę konkurowania z Joon-ho Bongiem (Parasite) i Pedro Almodóvarem (Ból i blask). Tym bardziej, że zamiast innowacyjnego w formie i oryginalnego w treści interwencyjnego dramatu powstało standardowe kino akcji. Nie otwiera oczu na problemy, o których byśmy nie wiedzieli, zapewnia „tylko” 100 minut efektownej rozrywki.

Oryginalny tytuł brzmi Hai Phượng i jest to imię głównej bohaterki granej przez Ngô Thanh Vân (vel Veronica Ngo). To matka, która na utrzymanie córki zarabia jako egzekutorka długów, a więc ktoś, kto w filmach odgrywa zazwyczaj rolę czarnego charakteru. Dla swojej córki jest surowa i nie broni jej nawet w obliczu oskarżeń o próbę kradzieży. To powoduje rodzinny konflikt, który prowadzi do dramatycznej sytuacji. Dziewczynka ucieka i pozbawiona opieki, staje się łatwym celem dla przestępców. Matka niczym tygrysica, której zabrano potomstwo, udaje się w pogoń i z całą swoją drapieżnością próbuje wyrwać to, co do niej należy. Porównanie do tygrysicy nie jest przypadkowe – zostało zaczerpnięte z filmu.

Z pewnością nie można zarzucić filmowi tego, że jest bezrefleksyjny. Taki zarzut można było postawić Uprowadzonej (2008, reż. Pierre Morel), która mimo sporej dawki emocji przedstawiała bohatera kroczącego do celu niemal jak cyborg – bezrefleksyjnie. W filmie Le-Van Kieta nie brakuje przestojów podkreślających dramat bohaterki, która zaczyna zdawać sobie sprawę, że to, co się stało, jest w dużej mierze jej winą. Nie chodzi tylko o tę sytuację z próbą kradzieży, ale i o całe jej życie – ucieczkę z domu, bunt przeciwko ojcu i w efekcie tego fascynacja złem, gangsterskim stylem życia, sztukami walki pomagającymi nie w obronie, lecz w demonstrowaniu własnej wyższości. Jest tu więc potencjał na kino głębsze od klasycznego kina akcji ze stajni Luca Bessona. Tym większa szkoda, że fabuła podąża ścieżkami wydeptanymi setki razy. I twórcy tego nie ukrywają, czego przykładem może być scena w szpitalu, w której pada tekst: „Oglądasz amerykańskie filmy?”, po czym następuje fragment z udawaniem zakładnika jak w amerykańskim (bądź francuskim) filmie sensacyjnym. Zgodnie z regułami tego typu filmów rola policji została zmarginalizowana, ale nie można powiedzieć, że policjanci okazali się nieprzydatni. Gdy bohaterka zjawia się na komisariacie, zostaje najpierw potraktowana typową biurokratyczną gadką, ale ta wizyta nie okaże się bezcelowa. Dzięki dokumentom zdobytym na komisariacie trafia na właściwy trop i poznaje rozmiary problemu, jakim jest handel ludzkimi organami.

Odtwórczyni głównej roli, Veronica Ngo, odnosiła duże sukcesy jako piosenkarka specjalizująca się w popowo-tanecznych klimatach. Była również modelką pozującą do kalendarzy i modowych magazynów. Poza granicami swojego kraju ta 40-letnia aktorka jest rozpoznawalna dopiero od niedawna – zagrała w Bright (2017) z Willem Smithem i The Last Jedi (2017), w postprodukcji jest film Spike’a Lee z jej udziałem, wkrótce zobaczymy ją także u boku Charlize Theron. W Wietnamie już od dekady jest jedną z najpopularniejszych aktorek. Niejednokrotnie występowała w filmach akcji i nawet jeśli nie trenowała od dziecka sztuk walki, została doskonale do tego przygotowana na planie filmowym. Azjatyckie szkoły walki są najlepsze na świecie, ale jeśli ktoś nie ma odpowiednich predyspozycji i zbyt łatwo poddaje się po każdej porażce, to żadna szkoła nie uczyni z niego wojownika. Wietnamską sztukę walki określa się powszechnie skrótem Vovinam i ma ona charakter hybrydowy – łączy różne techniki pochodzące z innych kultur. Podobnie zresztą jak scenariusz filmu, gdzie mamy to, co najlepsze w azjatyckich martialach, połączone z tym, co cieszy się popularnością w Europie i USA.

Do sukcesów Veroniki Ngo należy także zwycięstwo w pierwszej edycji wietnamskiego Tańca z gwiazdami. Ten fakt wbrew pozorom ma duże znaczenie w kontekście omawianej produkcji, bo filmowe sceny walk mają wiele wspólnego z tańcem. Jedno i drugie potrzebuje choreografii, odpowiedniego rytmu i tempa – gdy zawodnik nie nadąża, każdy obserwator zauważy fuszerkę. Tutaj sekwencje walk stoją na wysokim poziomie, a montaż i sposób filmowania nie są tylko popisówką, lecz pozwalają docenić umiejętności protagonistki i jej przeciwników oraz kreatywność realizatorów. Zabrakło tylko kreatywności na dopracowanie scenariusza.

Podróż rozwścieczonej Hai Phượng do Sajgonu została świetnie opowiedziana wizualnie, szczególnie w drugiej połowie, gdy ma miejsce brawurowy pojedynek na dachu pociągu. Wrażenie robią ruchy kamery, mroczna kolorystyka, sceny kaskaderskie i energiczne walki wręcz. A także nietracąca ducha walki Veronica Ngo wcielająca się w rolę zdeterminowanej matki. Dla niej ta ekstremalna sytuacja to coś więcej niż walka o odzyskanie córki. To próba udowodnienia sobie i innym, że mimo wad jest wartościowym człowiekiem, bo potrafi walczyć już nie tylko dla kasy, ale i w słusznej sprawie. Aby w przyszłości jej córka mogła powiedzieć, że jest z niej dumna.

___________________

* Informacje ze wstępu recenzji, dotyczące wietnamskiej cenzury, zostały zaczerpnięte z prelekcji przed seansem, wygłoszonej przez Marcina Krasnowolskiego, jednego z organizatorów festiwalu kina azjatyckiego Pięć Smaków, w ramach którego film można było obejrzeć w Polsce na dużym ekranie. 
___________________

Korekta: Sandra Popławska

0 komentarze:

Publikowanie komentarza