KTÓŻ NIE CHCIAŁBY BYĆ KRÓLEM? 10 najlepszych filmów Johna Hustona




Tekst opublikowany w serwisie film.org.pl

Od śmierci Johna Hustona (1906–1987) minęły już 32 lata, ale jego dzieła pozostają ponadczasowe i nadal są chętnie oglądane. Spośród prawie czterdziestu filmów, które stworzył, spora część należy do klasyki, wymienianej w każdej profesjonalnej publikacji na temat historii kina. Reżyser był przede wszystkim solidnym rzemieślnikiem, potrafiącym wiele wydobyć z aktorów i materiałów literackich, ale także moralistą, nierzadko traktującym kino jako medium do przekazywania wartościowych treści. Zwraca uwagę również duża różnorodność jego filmów, od kryminałów, przez westerny, po kino przygodowe.

W jego filmach powtarzają się pewne motywy i typy bohaterów – najczęściej ludzie, których charakter wystawiany jest na próbę. Statuetka sokoła maltańskiego, złoto w górach Sierra Madre, biżuteria warta milion dolarów, obsesja na punkcie białego wieloryba, pokusa zostania mistrzem bokserskim, sędzią czy królem – to marzenia, które ze zwykłych ludzi czynią postacie na granicy obłędu. Nie każdy tę granicę przekroczy, ale zawsze gdy pojawia się jakaś pokusa, do głosu dochodzą chciwość, żądza władzy, pragnienie bogactwa, nieufność, przekonanie o własnej wyższości. Człowiek przez swoją niedoskonałą naturę jest stworzeniem nieprzewidywalnym, niestabilnym i słabym, co Huston niejednokrotnie wykorzystywał dla stworzenia scen pełnych napięcia i dramaturgii. Potrafił jednak wykreować nie tylko sceny wiarygodne psychologicznie, ale też celowo groteskowe, by podkreślić ludzkie ułomności.

Niniejsze zestawienie nie zostało stworzone przez maszynę wyszukującą z Internetu filmy o najwyższej średniej ocen, dlatego może zabraknąć tak zwanej „żelaznej klasyki”. Moim celem było przemieszanie kilku bezsprzecznych arcydzieł z filmami mniejszego kalibru, docenianymi przez mniejsze grono odbiorców. Gdy dwa lata temu robiłem zestawienie filmów noir z lat czterdziestych, pominąłem Sokoła maltańskiego (1941) i tym razem postąpiłem tak samo. Mój gust podpowiedział mi, że John Huston nakręcił dziesięć lepszych filmów.

10. Obcy (We Were Strangers, 1949)


Po zrealizowaniu dramatu gangsterskiego Key Largo (1948) John Huston wraz z producentem Samem Spiegelem założyli firmę Horizon Pictures. Firma odniosła ogromny sukces, ale… dopiero po odejściu Hustona. Sam Spiegel zdobył trzy Oscary, produkując dla Horizon takie wybitne filmy jak Na nabrzeżach (1954), Most na rzece Kwai (1957) i Lawrence z Arabii (1962), natomiast Huston nakręcił w niej tylko niedocenianych Obcych (1949) i popularną Afrykańską królową (1951). Anglojęzyczny tytuł We Were Strangers wskazuje, że słowo „obcy” występuje tutaj w liczbie mnogiej. Bohaterami filmu są ludzie, którzy czują się jak cudzoziemcy, mimo iż żyją w kraju, gdzie się urodzili i dorastali. Tym krajem jest ogarnięta rewolucją Kuba na długo przed tym, jak świat poznał Fidela Castro (nawet w momencie realizacji filmu był on nieznany, gdyż władzę objął w 1959 roku). Film już od czasu premiery wzbudzał kontrowersje, a w 1963 roku zyskał złą sławę, gdy okazało się, że zabójca J.F. Kennedy’ego oglądał go przed zamachem.

Produkcję zrealizowano na motywach powieści Rough Sketch Roberta Sylvestera. Akcja toczy się w 1933 roku na krótko przed obaleniem prezydenta Gerardo Machado. W umysłach przeciwników rządu tworzy się zuchwały plan na zniszczenie obecnej władzy, ale w grę wchodzi zabicie nie tylko rządowych oficjeli, lecz również osób niewinnych. W akcji uczestniczy pięciu sympatyków rewolucji, w tym kobieta pragnąca zemsty za śmierć brata, który zginął za roznoszenie antyrządowych ulotek. Gdyby film został sfinansowany przez jedną z wielkich hollywoodzkich wytwórni, mógłby odbić się szerokim echem, ale raczkującemu niezależnemu studiu Horizon nie udało się przebić. Trzeba jednak przyznać, że był to ryzykowny projekt, bo po pierwsze, reżyser przyjął postawę krytyczną wobec polityki zagranicznej USA, a po drugie, widać tu gloryfikację rewolucjonistów i akceptację zbrodni (podobnie postąpił 60 lat później Quentin Tarantino, pokazując w Bękartach wojny, że fikcyjna „Operacja Kino” była słuszna mimo wielu przypadkowych ofiar).

Ceniący pracę w naturalnym plenerze John Huston zdecydował się nakręcić film w Hawanie, ale niestety widoczne są efekty z tylną projekcją, tak jakby praca operatora Russella Metty’ego w plenerach Kuby nie do końca poszła zgodnie z planem i trzeba było robić dokrętki w studio. Atrakcją filmu jest dobre aktorstwo zarówno na pierwszym (Jennifer Jones, John Garfield), jak i drugim planie (Pedro Armendáriz, Gilbert Roland). Nad scenariuszem pracował Peter Viertel – współpracownik Alfreda Hitchcocka (Sabotaż, 1942), pisarz (Biały myśliwy, czarne serce, 1953), adaptator dzieł Ernesta Hemingwaya (Słońce też wschodzi, 1957; Stary człowiek i morze, 1958), a także długoletni mąż Deborah Kerr. Od filmu Obcy rozpoczęła się współpraca Johna Hustona z Gladys Hill, trwająca do jej śmierci. Wielokrotnie pełniła ona funkcję asystentki reżysera, była także współscenarzystką czterech filmów (nominowana do Oscara za Człowieka, który chciał być królem).

9. Honor Prizzich (Prizzi’s Honor, 1985)


Honor to piękne słowo, często nadużywane, ale także różnie pojmowane. Dla członka mafii znaczy co innego niż dla uczciwego szarego obywatela. Zbliżający się do osiemdziesiątki John Huston wziął na tapet powieść Richarda Condona i namówił pisarza, by przerobił ją na scenariusz. Condon, mający w dorobku słynną polityczną powieść Kandydat (1959), nie zajmował się wcześniej scenariopisarstwem, ale spełnił prośbę Hustona, z którym od lat się przyjaźnił. Obaj mieszkali przez jakiś czas w Irlandii, potem współpracowali przy Zimowych zabójstwach (1979), gdzie Huston pojawił się na planie jako aktor, Condon jako autor literackiego pierwowzoru. Wcześniej Huston zagrał u boku Jacka Nicholsona w Chinatown (1974) i również ta znajomość przydała się podczas realizacji Honoru Prizzich. Jest to bardzo nietypowy romans, stawiający w miejsce kochanków parę mafijnych zabójców, czyli ludzi z definicji pozbawionych skrupułów i zasad moralnych. Czy to w ogóle możliwe, aby tacy ludzie się w sobie zakochali?

Film został sklasyfikowany jako komedia (także przez samych twórców), ale nie należy oczekiwać, że wywoła on salwy śmiechu. Autorzy bawią się konwencją kina mafijnego, parodiują motywy spopularyzowane przez Ojca chrzestnego (1972), takie jak wątpliwa godność wynikająca z przynależności do rodziny mafijnej, śluby przeplatane z pogrzebami, przyjemna rodzinna atmosfera niszczona przez świst kul, lejącą się krew i wydawane lekką ręką wyroki śmierci. Czy naprawdę można tu jeszcze mówić o honorze? Jak może zakończyć się związek Charleya Partanny i jego partnerki, Irene Walker? Jak zareaguje Don Corrado Prizzi i inni członkowie jego rodziny, gdy zostaną złamane zasady, dzięki którym rodzina Prizzich może się czuć nietykalna?

Operatorem filmu był Andrzej Bartkowiak – niestety mimo współpracy z wieloma znakomitymi reżyserami nigdy nie otrzymał nominacji do Oscara, choć jego zdjęcia, także w omawianym dziele, znakomicie kreowały nastrój opowieści. Doceniono jednak aktorów – tego można się było spodziewać, ale i tak jest jedna niespodzianka. W momencie realizacji filmu Anjelica Huston była „tylko” córką reżysera i partnerką Nicholsona, więc raczej nie pokładano w niej dużych nadziei; jednak to właśnie ona otrzymała jedynego dla filmu Oscara. Pozostałymi wykonawcami wyróżnionymi nominacją byli Jack Nicholson i William Hickey, który wcielił się w najważniejszego bossa, Don Corrado Prizziego. Nicholson oraz jego ekranowa partnerka, Kathleen Turner, otrzymali Złote Globy.

8. Ucieczka do zwycięstwa (Victory, 1981)


Film sportowy nie należy do łatwych gatunków. Sportowe emocje trudno przełożyć na język kina, gdzie każdy ruch aktora jest wyreżyserowany. Trudno cieszyć się ze zwycięstwa bohaterów filmu, gdyż wiadomo, że wygrali nie dzięki własnym umiejętnościom, lecz koncepcji scenarzysty. John Huston zdawał sobie z tego sprawę, dlatego jego Zachłanne miasto to gorzki dramat obyczajowy o niespełnionych ambicjach i bolesnych rozczarowaniach, a nie film o boksie. Ucieczka do zwycięstwa to natomiast coś więcej niż film o piłce nożnej, gdyż akcja osadzona jest w czasach, kiedy nikt nie mógł zostać zwycięzcą. Co z tego, że piłkarze są w stanie wygrać mecz, skoro jako jeńcy wojenni mogą stracić życie przez nienasyconą niemiecką dumę.

Chociaż postacie i fabuła zostały właściwie stworzone od podstaw, to autorzy mieli kilka źródeł, z których mogli czerpać. Pierwszym było autentyczne wydarzenie – Mecz Śmierci rozegrany 9 sierpnia 1942 roku w Kijowie pomiędzy ukraińskimi piłkarzami a żołnierzami Luftwaffe. Kolejne dwa to filmy inspirowane tą historią: węgierski Mecz w piekle (1961) Zoltána Fábriego i radziecka Trzecia połowa (aka Skazani na mecz, 1963) Jewgienija Karelowa. Piłka nożna wciąż jednak była sportem lekceważonym przez kino, szczególnie gdyby spojrzeć na historię filmów o pięściarzach.

Nowatorskim pomysłem twórców było dołączenie do ekipy aktorskiej zawodowych graczy pochodzących z różnych krajów, aby podkreślić że konflikt ma charakter globalny i nie dotyczy tylko garstki pasjonatów. W lidze angielskiej grało wielu obcokrajowców, więc szukano między innymi wśród zawodników Ipswich Town i Manchester City. W tym ostatnim klubie występował przez dwa lata Kazimierz Deyna, który w dodatku był tak wychudzony, że idealnie pasował do roli jeńca wojennego z Europy Wschodniej. Największym sukcesem ludzi odpowiedzialnych za casting okazało się jednak zaangażowanie będącego już wówczas na emeryturze Pelégo, trzykrotnego mistrza świata, który został również choreografem scen piłkarskich. W pamięć zapada „Marsz zwycięstwa” skomponowany przez Billa Contiego oraz dobre role Michaela Caine'a i Sylvestra Stallone'a. Film do dziś pozostaje jednym z najbardziej lubianych filmów o tematyce piłkarskiej. Doceniany jest głównie jako kino rozrywkowe i może u niektórych powodować lekki niedosyt, że nie pokuszono się o mocniejszy, bardziej poważny w wymowie dramat o ludziach przegranych.

7. Moby Dick (1956)


Jedno z najtrudniejszych przedsięwzięć w całej karierze Hustona. Nie zdobyło wielkiego uznania krytyków ani widzów, głównie przez źle obsadzonego Gregory'ego Pecka. To przedsiębiorcy z Warner Bros. żądali obsadzenia tego gwiazdora, ale ich pomysł nie wypalił. Nawet on nie był w stanie przyciągnąć widzów do tak niestandardowej jak na Hollywood produkcji, pozbawionej wątku miłosnego i postaci kobiecych. Peck jednak dał z siebie wszystko i z perspektywy czasu tę rolę można już ocenić pozytywnie – kapitan Ahab w jego interpretacji to człowiek władczy, szalony i nieprzewidywalny. Pozostało w nim jeszcze coś ludzkiego, ale zdeprawowała go obsesja i pragnienie zemsty.

Scenariusz w oparciu o powieść Hermana Melville'a z 1851 roku współtworzył znany z opowieści fantastycznych Ray Bradbury (451 stopni Fahrenheita, 1953). To, co było najważniejsze z filmowego punktu widzenia, czyli walka z trudnym przeciwnikiem, zdało tutaj egzamin, bo sceny z wielorybem wypadły kapitalnie. Wykonano je dzięki miniaturowym modelom, które sfilmowano w specjalnie przygotowanym zbiorniku wodnym. Za te widowiskowe sekwencje jestem gotów wybaczyć nudniejsze momenty z początku filmu, takie jak wywód Orsona Wellesa. Z aktorów wyróżnię Harry'ego Andrewsa, który zagrał tu być może swoją pierwszą znaczącą rolę, po czym stał się w Wielkiej Brytanii mistrzem drugiego planu.

Na uwagę zasługuje styl wizualny, który osiągnął operator Oswald Morris, pracując w Technicolorze. Nie przesadził z kolorami – film jest utrzymany w mrocznej tonacji, przez co wygląda zupełnie inaczej niż poprzednie barwne dzieło Morrisa i Hustona, czyli Moulin Rouge (1952). Tamten był bardziej malarski, więc trochę przejaskrawiony; Moby Dick jest ponury, ale raczej daleki od realizmu, bliższy apokaliptycznej wizji. Nie ukrywam, że znajduje się u mnie w czołówce ze względu na tematykę marynistyczną. Podróż przez bezkresną przestrzeń, walka z żywiołem i własnymi słabościami zazwyczaj świetnie prezentują się na ekranie, bo niekończący się ocean to coś fascynującego i przerażającego zarazem.

6. Sędzia z Teksasu (The Life and Times of Judge Roy Bean, 1972)


Ten film podzielił zarówno publiczność, jak i samych twórców. Autor scenariusza, John Milius, był rozczarowany efektem końcowym, ale Paul Newman i John Huston zaliczają tę produkcję do bardzo udanych. Sędzia Roy Bean to jedna z najbarwniejszych postaci Dzikiego Zachodu, o losach której powstało wiele książek, filmów i seriali. Najsłynniejszym odtwórcą tej postaci jest Walter Brennan, który za swoją interpretację sędziego w Człowieku z Zachodu (1940) otrzymał Oscara. John Huston na podstawie koncepcji scenarzysty Johna Miliusa stworzył western satyryczny, karykaturalny, niestandardowy. Grany przez Paula Newmana bohater jest ekscentryczny i mimo funkcji obrońcy prawa nie jest jedynym sprawiedliwym. To hipokryta, który ma wiele na sumieniu, ale nie przeszkadza mu to sprawować urzędu sędziego i wysyłać ludzi na śmierć.

Już oglądając czołówkę można dostać zawrotu głowy – jest tam tyle gorących nazwisk, że nie sposób ich wszystkich spamiętać. Pewnie lepszym pomysłem byłoby umieszczenie listy płac dopiero na końcu; ja przez większość seansu zastanawiałem się, gdzie są Jacqueline Bisset i Ava Gardner, bo po upływie 90 minut wciąż ich nie zauważyłem. Obie pojawiają się dopiero w ostatnim akcie filmu, co jest jednak rozczarowaniem. Rekompensują je natomiast inne zalety filmu. Sam reżyser pojawił się jako Grizzly Adams, za którego sprawą do fabuły został wprowadzony niedźwiedź Bruno tresowany przez Rona Oxleya. Zaskakujący epizod zagrał Stacy Keach w roli bandyty-albinosa, postaci totalnie przerysowanej i przez to zapadającej w pamięć.

Jestem sobie w stanie wyobrazić, że to, co dla jednych jest zaletą, dla innych może być wadą. Bo Sędzia z Teksasu to kino specyficzne, odrealnione, niepodobne nie tylko do klasycznych westernów, ale też rewizjonistycznych obrazów z lat 70. Mieszanka komedii z tragedią na tle historycznych wydarzeń przywodzi na myśl Małego Wielkiego Człowieka (1970), a udział Paula Newmana w biograficzno-satyrycznym westernie nasuwa skojarzenia z Butchem Cassidym i Sundance'em Kidem (1969). Jednak nawet jeśli John Huston się nimi inspirował, stworzył dzieło jedyne w swoim rodzaju, którego nikt się po nim nie spodziewał. Podobnie jak w przypadku Butcha Cassidy'ego..., w pamięci zostaje piosenka – tym razem jest to Marmalade, Molasses and Honey z tekstem Marilyn i Alana Bergmanów, muzyką Maurice'a Jarre'a i głosem Andy'ego Williamsa. Jako że w kinach można jeszcze oglądać Pewnego razu... w Hollywood (2019) Quentina Tarantino, warto wspomnieć, że w zakończeniu użyto motywu Miss Lily Langtry Maurice'a Jarre'a, skomponowanego do Sędziego z Teksasu.

5. Zachłanne miasto (Fat City, 1972)


To prawdopodobnie najbardziej realistyczny film w reżyserii Johna Hustona. Autor powieści Fat City (1969), Leonard Gardner, piszący na ogół dla czasopism literackich, zgodził się napisać scenariusz. Historia nie jest skomplikowana, ale zainteresowała Hustona, ponieważ sam niegdyś trenował boks i wiele łączyło go z bohaterami, którzy bez wielkiego powodzenia próbują odnieść sukces na ringu. Boks jest tutaj metaforą życia, bo na ringu, jak w życiu, łatwiej o rozczarowanie i bolesny cios w twarz niż pełną satysfakcję i szczery uśmiech. Rozczarowania wynikają z wygórowanych ambicji i marzeń, ale i z ludzkiej natury, która po prostu pragnie pochwał i zaszczytów.

Zachłanne miasto zaczyna się jak klasyczny film sportowy. Doświadczony zawodnik dostrzega potencjał w znacznie młodszym koledze i daje mu namiary na dobrego trenera, by uczynić z niego zawodowca. Wydaje się, że historia dalej opowiada się sama: młody uczeń w końcu będzie musiał pokazać wszystkim, jaki z niego kozak, i jeśli przegra, to w wielkim stylu, jak Rocky Balboa. Ale nic z tego, bo to nie jest ten rodzaj kina. To nie film w stylu Ucieczka do zwycięstwa, gdzie niedoceniany bramkarz w decydującym momencie broni rzutu karnego i staje się bohaterem. Tutaj postawiono na realizm, tu nie ma bohaterów, tylko zwykli ludzie. Nawet początek, o którym wspomniałem, nie jest standardowy, bo między głównymi bohaterami nie ma aż tak dużej różnicy wieku. Postać, którą nazwałem doświadczonym zawodnikiem, ma 30 lat, a więc to nie żaden emeryt, tylko człowiek, który wciąż może wiele osiągnąć.

Odtwórca głównej roli, Stacy Keach, wypadł tak świetnie, że Stowarzyszenie Krytyków z Kansas City nagrodziło go w kategorii Najlepszy aktor ex aequo z Marlonem Brando wyróżnionym za Ojca chrzestnego. Jednak wśród nominowanych do Oscara znalazła się tylko aktorka drugoplanowa Susan Tyrrell. Nie doceniono Jeffa Bridgesa ani operatora Conrada L. Halla, którzy też nie zawiedli. Ich praca dobitnie akcentuje realistyczną konwencję, szczerość i wrażliwość. W dobrym tonie jest także wykorzystana na ścieżce dźwiękowej ballada country Help Me Make It Through the Night (Pomóż mi przetrwać noc) skomponowana i wykonana przez Krisa Kristoffersona. Nie została stworzona specjalnie do filmu – po raz pierwszy można ją było usłyszeć w 1970 roku.

4. Pod wulkanem (Under the Volcano, 1984)


Wielu filmowców chciało zekranizować powieść Malcolma Lowry'ego Pod wulkanem (1947) zanim dokonał tego z powodzeniem twórca Afrykańskiej królowej. Chociaż pióro trafiło w ręce Guya Gallo, niemającego w dorobku sukcesów scenopisarskich, jego adaptacja okazała się na tyle udana, że projekt otrzymał wreszcie zielone światło. Huston mógł powrócić do Meksyku, gdzie wcześniej nakręcił Skarb Sierra Madre i Noc iguany, ale tym razem miał przedstawić tę krainę w kolorze. Za kamerą stanął marzący o emeryturze 77-letni Gabriel Figueroa, a przed obiektywem – Albert Finney, idealny do roli alter ego Lowry'ego. Krytycy z Los Angeles nagrodzili go ex aequo z F. Murrayem Abrahamem uhonorowanym za Amadeusza, ale Oscara wygrał ten drugi.

Literacki pierwowzór jest uważany za rzecz trudną do przełożenia na język filmowy. Opowiada o brytyjskim dyplomacie, który żyje w małym meksykańskim miasteczku położonym w pobliżu dwóch wulkanów. W Dzień Zmarłych (Día de Muertos), kiedy to mieszkańcy Meksyku celebrują tradycję i bawią się jak dzieci, Brytyjczyk Geoffrey Firmin stacza się na samo dno. Powodem jego upadku jest alkohol, ale kryje się za tym coś więcej. Żona i brat starają się mu pomóc, ponieważ czują się winni. Alkoholizm głównego bohatera nie wziął się znikąd, jest następstwem bolesnych rozczarowań i życiowych porażek. Znamienna jest scena, w której jakiś facet opowiada fabułę Szalonej miłości (Mad Love, 1935) z Peterem Lorrem (człowiekowi zostają przeszczepione dłonie mordercy), co grany przez Finneya bohater kwituje słowami: „Są rzeczy, za które nie można przeprosić”... Morał tego starego horroru pasuje również do filmu z Finneyem, gdzie winna jest sięgająca po alkohol ręka bohatera, ale nie spragnione uczuć serce.

Trudno zliczyć, ile powstało filmów o alkoholikach, ale co ważniejsze, wiele z nich to udane produkcje. Przez to dzieło Hustona znajduje się nieco w cieniu, choć jest doskonale zrealizowane i wspaniale zagrane (Albert Finney wiadomo, jest fenomenalny, ale Jacqueline Bisset u jego boku też wypadła olśniewająco). Pod wulkanem to produkcja przygnębiająca, momentami nieprzyjemna i właściwie pozbawiona spójnej fabuły, ale z pewnością nie uboga w treść. Postacie i relacje między nimi zostały przedstawione wiarygodnie. Może nie jest to dzieło tak wielowarstwowe, jak chcieliby niektórzy, ale to ambitny, rzetelny dramat psychologiczny, wzbudzający emocje i dający do myślenia. Tworzący go filmowcy na pewno byli trzeźwi.

3. Człowiek, który chciał być królem (The Man Who Would Be King, 1975)


Któż nie chciałby być królem? Nie każdy wprawdzie jest świadom, jakie obowiązki i niebezpieczeństwa się z tym wiążą, ale samo słowo „król” kojarzy się z władzą, luksusem i licznymi przywilejami... Kolejny materiał literacki, jaki John Huston postanowił przerobić na film, to opowiadanie Człowiek, który chciał być królem (1888) napisane przez Rudyarda Kiplinga, laureata literackiej Nagrody Nobla i członka masonerii. Huston już w latach 50. planował zrobić ten film z inną obsadą i potem wielokrotnie powracał do tego pomysłu, aż w końcu osiągnął swój cel. Scenariusz, wypełniony po brzegi znakomitymi dialogami i niebanalnymi zwrotami fabularnymi, jest dziełem reżysera i jego wieloletniej asystentki Gladys Hill.

Akcja rozpoczyna się w Indiach, które w ostatnich dekadach XIX wieku stały się „klejnotem w koronie brytyjskiej”. Dwóch żołnierzy brytyjskich i zarazem niestrudzonych poszukiwaczy przygód, Daniel Dravot i Peachy Carnehan, odwiedza korespondenta gazety „The Northern Star”, Rudyarda Kiplinga, by w jego obecności podpisać niezwykłą umowę. Umowa ma świadczyć o tym, że to, co planują, nie jest wymysłem szaleńca, lecz kontynuacją brytyjskich podbojów kolonialnych. Rozpoczyna się wyprawa, która przez tereny Afganistanu i góry Hindukuszu prowadzi na ziemie Kafiristanu, „krainy niewiernych”, pamiętającej czasy Aleksandra Wielkiego.

Człowiek, który chciał być królem spełnia oczekiwania miłośników kina przygodowego. Jest porywającą, eskapistyczną i błyskotliwą rozrywką, sprawdzającą się także jako tragikomedia oraz satyra na kolonializm i pragnienie władzy. Pochwała przygody i niezależności kontrastuje z krytyką zuchwałości i zbyt mocnej wiary w siebie. Wyraźny jest antywojenny przekaz, ale też postawa patriotyczna. W ścieżce dźwiękowej znalazła się irlandzka melodia znana jako The Minstrel Boy (1813) Thomasa Moore'a z tekstem The Son of God Goes Forth to War (1812) Reginalda Hebera. Ciekawostką może być fakt, że rolę najwyższego kapłana zagrał Karroom Ben Bouih, który w trakcie realizacji miał 103 lata; nigdzie w sieci nie ma informacji o jego śmierci, przez co można odnieść wrażenie, że staruszek żyje już 148 lat.

Film zdobył uznanie publiczności i krytyków, sami aktorzy zaliczają go do najlepszych w dorobku. W obsadzie znaleźli się Sean Connery, Michael Caine i Christopher Plummer, którzy świetnie wpasowali się w nastrój epoki kolonialnej. Produkcję wyróżniono czterema nominacjami do Oscara. Doceniono w szczególności stronę wizualną – kostiumy Edith Head (zdobywczyni ośmiu Oscarów) oraz scenografię Alexandra Traunera (Komedianci, Garsoniera). Warto wspomnieć o efektach specjalnych – sceny w zaśnieżonych górach powstały dzięki pomysłowości Wally'ego Veeversa i talentowi malarza tła Douga Ferrisa, natomiast sfilmowanie Kafiristanu, gdy do dyspozycji były plenery Maroka, stało się możliwe dzięki zaangażowaniu Alberta Whitlocka, wybitnego specjalisty od kreowania krajobrazów za pomocą malowania na szkle.

2. Asfaltowa dżungla (The Asphalt Jungle, 1950)


Przełomowe osiągnięcie amerykańskiego kryminału filmowego. Jeden z czołowych przedstawicieli kina noir, a jednocześnie prekursor gatunku znanego dziś jako heist movie. To w tym filmie po raz pierwszy umieszczono w centrum fabuły napad rabunkowy. Wkrótce ten schemat przerabiano na różne sposoby. Skorzystali na tym między innymi Francuzi, którzy stworzyli własny nurt kina gangsterskiego reprezentowany przez Rififi (1955) Jules'a Dassina. Historię z Asfaltowej dżungli przerobiono na western (The Badlanders, 1958), przygodę egipską (Cairo, 1963) i blaxploitation (Cool Breeze, 1972). Inspirację dziełem Hustona można dostrzec także w pierwszym znaczącym filmie Stanleya Kubricka pod tytułem Zabójstwo (1956). Tytuł Asfaltowa dżungla został wykorzystany przez telewizję, ale emitowany w 1961 roku 13-odcinkowy serial pokazywał punkt widzenia policjantów, zaś scenariusz filmu Hustona stał się podstawą tylko dziewiątego odcinka.

Sprawcą całego zamieszania był pisarz William R. Burnett, współpracownik Johna Hustona przy scenariuszach Law and Order (1932) i High Sierra (1941). Gdy reżyser wraz z Benem Maddowem pracowali nad adaptacją, utwór Asfaltowa dżungla (1949) był nowością wydawniczą, inaczej niż w przypadku adaptacji Sokoła maltańskiego z 1941 roku, która była trzecią przeróbką powieści Dashiella Hammetta. Chociaż oba tytuły były wydarzeniami sezonu i do dzisiaj zalicza się je do żelaznego kanonu, zdecydowanie wolę Asfaltową dżunglę, gdzie pokazano punkt widzenia gangstera, nie rezygnując z dodania mu cech pozytywnych. Jest tutaj też pewna złośliwość wobec stróżów prawa – nie dość, że aby schwytać przestępców, muszą liczyć na przypadek, a nie własne umiejętności, są przedstawieni jako ludzie nieróżniący się od kryminalistów niczym poza tym, że noszą odznaki. Porucznik Ditrich (Barry Kelley) jest skorumpowanym funkcjonariuszem, z kolei Alonzo Emmerich (Louis Calhern), prawnik i szanowany obywatel, okazuje się oszustem i właściwie głównym czarnym charakterem. Wypowiada również ważne zdanie: „Crime is only... a left-handed form of human endeavor” (w przekładzie Pawła Składanowskiego: „Zbrodnia to tylko... kalekie dziecko ludzkiej zaradności”). Nie mniej istotne słowa padają z ust komisarza policji (John McIntire): „Brud, z którego nasi ludzie starają się oczyścić miasto, czasem zostaje im na rękach”.

Chociaż ogólna wymowa filmu pokazuje, że zbrodnia nie popłaca, cenzorzy mieli pewne zastrzeżenia. Nie podobało im się umieszczenie w centrum fabuły sceny rabunku i przedstawienie jej ze szczegółami, jakby celebrujące ten moment, sugerujące podziw dla odważnej i zgranej ekipy. Problematyczny był również fragment, w którym jeden z bohaterów popełnia samobójstwo. Ostatecznie postanowiono przymknąć oczy na odstępstwa od niektórych punktów Kodeksu Haysa, bo sam wydźwięk historii był poprawny moralnie. Uczestnictwo w zbrodniczym procederze jest traktowane jak sposób na biznes, ale nie ma zgody społeczeństwa na takie zagrywki. Jeśli znalazłeś się po lewej stronie prawa, nie dożyjesz szczęśliwej emerytury.

Tak się akurat złożyło, że wszystkie trzy filmy Hustona, jakie umieściłem na podium, zdobyły po cztery nominacje do Oscara. Asfaltową dżunglę wyróżniono za scenariusz, reżyserię, czarno-białe zdjęcia Harolda Rossona i rolę drugoplanową Sama Jaffe'a. Ta ostatnia nominacja wydaje się zaskakująca, bo to przecież postać grana przez Jaffe'a jest mózgiem całej akcji. To on zbiera ekipę i umawia się z paserem. Wszyscy pozostali (przynajmniej w moim odczuciu) tworzą drugi plan. Cała obsada jest bez zarzutu – John McIntire i Barry Kelley w rolach gliniarzy, Marc Lawrence jako działający na dwóch frontach bukmacher, a przede wszystkim Sterling Hayden, którego postać okazuje się bardziej złożona, niż z początku mogłoby się wydawać. Po tym, gdy komisarz Hardy mówi o nim, że jest bezwzględnym zabójcą, pozbawionym zasad i ludzkich odruchów, następna w kolejności scena pokazuje tego bandytę jako człowieka sentymentalnego, pragnącego powrócić na rodzinną farmę. Pisząc o tym filmie, często wspomina się o udziale Marilyn Monroe, mimo iż był to tylko epizod, raptem dwie sceny, spośród których tylko jedna pozostaje w pamięci jako kluczowa dla fabuły. Aktorka pierwszą główną rolę zagrała w musicalu Dziewczęta z chóru (1948), a ostatni raz na ekranie pojawiła się u Johna Hustona w Skłóconych z życiem (The Misfits, 1961).

1. Skarb Sierra Madre (The Treasure of the Sierra Madre, 1948)


Ponowny seans tego dzieła tylko umocnił jego pozycję i sprawił, że wątpliwości co do pierwszego miejsca zniknęły. Skarb Sierra Madre, podobnie jak dwa powyższe obrazy, to arcydzieła kinematografii. Moim zdaniem, rzecz jasna. Z pewnością jest wiele osób, dla których wybitne osiągnięcia to Sokół maltański (1941), Key Largo (1948), Afrykańska królowa (1951), Skłóceni z życiem (1961) i Noc iguany (1964), czyli te sławne tytuły, których brakuje na mojej liście. Widziałem je i niektóre lubię, ale uważam, że złota dziesiątka Hustona może się bez nich obejść.

Skarb Sierra Madre, jak większość najlepszych rzeczy w kinie, zainspirowała literatura. Autorem pierwowzoru – Der Schatz der Sierra Madre (1927) – jest tajemniczy Bruno Traven, którego prawdziwa tożsamość pozostaje nieznana. John Huston, tworząc filmową adaptację jego książki, sprawił, że ten ukrywający swoje pochodzenie pisarz stał się obiektem zainteresowania dużej części świata. Inną godną polecenia ekranizacją jednego z utworów autora jest Macario (1960) Roberta Gavaldóna – opowieść z pogranicza realizmu i fantastyki, inspirowana baśnią braci Grimm Der Gevatter Tod. Akcja jednego i drugiego utworu toczy się w Meksyku i tam też odbył się etap zdjęciowy. Większość projektów wytwórni Warner Bros. była realizowana w scenografii studyjnej, bo praca na otwartej przestrzeni oznaczała najczęściej niemiłe niespodzianki, uciążliwe niewygody i dodatkowe wydatki, które nie zostały uwzględnione w planie finansowym. Upór reżysera opłacił się – dzięki naturalnym plenerom uzyskano świetny przygodowy klimat, aktorzy stali się bardziej naturalni, ich zmęczenie było prawdziwe, a sama historia zyskała na wiarygodności.

Z dużym realizmem i inteligencją autorzy podeszli do tematu eksploracji złota. Pożądany kruszec nie błyszczy, wygląda jak piasek, dlatego trzeba mieć dobre oko i bagaż doświadczeń, by wydrzeć ziemi to, co dla ludzkości ma wielką wartość. Potęga złota czyni spustoszenie w ludzkiej psychice. Człowiek przestaje myśleć racjonalnie, jego chciwość i egoizm coraz mocniej dają się we znaki. Oczywiście zależy to także od charakteru człowieka i w tym filmie zostało to podkreślone – nie każdy ulegnie destrukcyjnej sile skarbu. Mądry człowiek korzysta z okazji, ale nie niszczy drugiego człowieka ani siebie, bo wie, że marzenia mogą jak piasek w jednej chwili rozproszyć się na wietrze i jedyne, co pozostanie, to żyć dalej.

Za reżyserię i adaptowany scenariusz Huston otrzymał Oscary. To jedna z najcelniejszych decyzji Akademii – często się zdarza, że wyróżnia ona świetnych reżyserów za nie najlepsze filmy lub za całokształt. Sporym zgrzytem jest jednak przegrana w kategorii Najlepszy film na korzyść Hamleta (1948) Laurence'a Oliviera oraz pominięcie Humphreya Bogarta przy rozdzielaniu nominacji. Rola Freda C. Dobbsa to jedna z jego najdoskonalszych kreacji, wzbogacająca ekranowy wizerunek aktora o ciekawe niuanse psychologiczne. Jedynego aktorskiego Oscara otrzymał ojciec reżysera, Walter Huston, co było kolejną świetną decyzją Akademii. Rola okazała się bowiem wspaniałym zwieńczeniem kariery tego weterana teatru i filmu (dobry występ zaliczył też między innymi u Howarda Hawksa w Ludziach za kratami z 1930).

______________________

PS. Niniejszy artykuł został zainspirowany akcją „Oglądamy filmy wyreżyserowane przez Johna Hustona”, której podsumowanie znajduje się pod tym linkiem (blog Po napisach).
______________________


korekta: Kamila Regel

1 komentarze: